Skonsumowałem Głód (1890, tł. F. Mirandola) Knuta Hamsuna. Jejku, jakże to interesujące! Jakże daje do myślenia! To myślenie, ten proces przeżywania przeczytanej książki przypomniały mi o kilku oczywistych sprawach.
Głód to opowieść o młodym pisarzu, który boryka się z ubóstwem i głodem w Christianii (Oslo). Opowieść podana w 1. osobie w formie monologu wewnętrznego, choć dialogi też się pojawiają, bo jednak bohater tej opowieści siłą rzeczy utrzymuje kontakt z mieszkańcami miasta. Z gospodynią, u której wynajmuje pokój; z policjantem, który deleguje go do oddziału zarezerwowanego (by mógł przetrwać noc); z redaktorami Nożyczkarzem i Komandorem; z lekarzem chorób kobiecych; z tajemniczą Ylajali (choć nie poznajemy jej prawdziwego imienia). Monolog ów jest mową łgarza i intryganta, szaleńca i paranoika. Pogłębia się bowiem psychiczna i fizyczna degradacja.
Jak czkawka wracają „dawne historie, zjawy, halucynacje, złudzenia i szalone pomysły”, a świadomość położenia głównego bohatera pozwala mu skonkretyzować siebie: „(...) jestem tylko nędznym partaczem, któremu jednak bardzo źle się powodzi na świecie” czy „Chciałem umrzeć stojąco”. Albo wyrazić myśl o ubóstwie:
Niezależnie co się dzieje, jedna postawa jest stała: poczucie dumy i towarzyszący mu wstyd.
Powieść tę odczytałem w duchu egzystencjalizmu. Oto jednostka, której prawdziwego imienia nie poznajemy (przecież kłamie, przedstawiając się jako Andrzej Tangen) skonfrontowana jest ze światem. Podejmuje w nim szereg działań, a i świat oddziałuje na nią. Wędrówka z kołdrą pod pachą; próba sprzedaży guzików surduta albo okularów, by móc kupić jedzenie; kilka palców u stóp niemal zmiażdżonych przez olbrzymi wóz pełen… chleba; otrzymanie „niedużej, ale wspaniałej” kości z odrobiną mięsa. Tu jest wieczna walka o przetrwanie. Tu są samotność i izolacja jednostki. Tu jest sprawa godności człowieka podejmującego próby bycia prawdziwym wobec siebie. Z takiej konfrontacji wyłania się ostatecznie coś, co mógłbym określić absurdem istnienia w świecie. Optymistyczne natomiast jest to, że Hamsun zdaje się powiadać: w najgłębszym, najbardziej absurdalnym cierpieniu człowiek ma wolność wyboru i zdolność do tworzenia własnej drogi.
Wyalienowanie, samokrytycyzm, walka o zachowanie tożsamości – wszystko to sprawia, że 134-letni Głód jest potężny i aktualny. Tak aktualny, że gdy po jego przeczytaniu spacerowałem zadowolony, przypomniało mi się kilka oczywistych prawd. Te wdzięczności skonkretyzowały się tym silniej może dlatego, że wcześniej łyknąłem powieść Józefa Ignacego Kraszewskiego pt. Chaty za wsią (1854).
Chata za wsią to przejmująca opowieść o miłości cygana o imieniu Tumry, który porzuca swój tabor, swoją rodzinę, i młodziutkiej chłopki Motruny, córki Lepiuka. Wyklęta przez ojca (za jego namową również przez braci) wiedzie, obydwoje wiodą, żywot biedny, nędzny w swojej lichej lepiance, tytułowej chacie (rzecz się dzieje na Wołyniu). Obydwoje umierają. On śmiercią samobójczą, ona wskutek wyczerpania, biedy, udręki. Część ostatnia, tj. tom III, opowiada losy ich córki Marysi. Jakby nie patrzeć, i w niej płynie krew cygańska, jednak swoją postawą, umiejętnością radzenia w życiu zdobywa sympatię mieszkańców Stawiska, a nawet pojawia się kawaler, który zakochuje się w niej. Dzieje się dużo wzruszającego, los rzuca kłody pod nogi, a ja sądziłem, że najlepszym rozwiązaniem dla Marysi będzie, jak dołączy do Aprasza, Azy i reszty cyganów i pójdzie z nimi w świat. Tak się jednak nie dzieje. Ku radości czytelnika!
Zaś ku radości szanownego Czytelnika, który dotarł do tego miejsca postu, wykładam rzeczone oczywistości, które zaświeciły w mojej głowie po lekturze Hamsuna i Kraszewskiego.
💚Wdzięczny jestem, że mam dostęp do wody pitnej.
💚Wdzięczny jestem, że mam co jeść.
💚Wdzięczny jestem, że mam dach nad głową.
💚Wdzięczny jestem, że mam znajomych i rodzinę.
💚Wdzięczny jestem, że mam marzenia.
💚Wdzięczny jestem, że mieszkam w tej części świata, w której panuje klimat umiarkowany.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz