8.03.2026

„One Assassination Under God Tour 2026” Marilyn Mansona, czyli odzyskany fan ‡

 Nie wiem, jak nazwać uczucie, które ogarnęło mnie, gdy zaledwie kilka, może kilkanaście metrów przede mną pojawił się Marilyn Manson, a wraz z nim zespół: Tim Skold, Gil Sharone, Matthew Piggy D. Montgomery, Nick Annis. Stałem niedaleko sceny w łódzkiej Atlas Arenie i tonąłem w oceanie fanów. Trybuny były w większości zajęte, na płycie głównej tłum. Szacuję, że mogło nas być 12-13 tysięcy.

I. Atlas Arena

Serce biło mi mocno. Podekscytowanie. Szczęście. Dawna fascynacja, dawna miłość – wszystko to nagle odżyło. Poczułem w sobie coś, co towarzyszyło mi w 2009 r. podczas koncertu w warszawskiej Stodole, wcześniej na studiach, a jeszcze wcześniej – przez cztery lata liceum.

Próbuję sobie przypomnieć, kiedy odkryłem zespół Marilyn Manson. Moje obliczenia wskazują na rok 1999. Miałem wtedy piętnaście lat i chodziłem do pierwszej klasy liceum. W kinach pojawił się „Matrix” z ikonicznym dla mnie utworem „Rock Is Dead”. Rok wcześniej powstało „Mroczne miasto”, choć mało kto o nim wiedział. W 1999 roku ukazał się też album, który uwielbiam: „The Last Tour on Earth”.

A więc dwadzieścia siedem lat temu.

Liczba 27 nieustannie powraca w moim życiu. To dzień moich urodzin, dzień śmierci mamy, liczba przywołująca Klub 27, w 2027 r. ukaże się moja debiutancka książka. Liczba ta pojawia się także teraz i trudno mi uznać to za przypadek. Nie ma przypadków, są znaki. Ten koncert stał się dla mnie ważnym momentem: ponownym odkryciem w sobie fana, fana Marilyn Manson. Kiedyś nim byłem, potem przestałem. Jakże niesamowity potrafi być powrót! Ten esej jest tego świadectwem.

Nie spodziewałem się, że tamtego dnia zgromadzę wokół siebie ludzi, z którymi będziemy razem szaleć najpierw na koncercie, a później na afterparty. Do Łodzi przyjechałem z siostrą, która tamtego dnia obchodziła urodziny.
Przed Atlas Areną poznałem Jolę, która była już na kilku koncertach Mansona, oraz Asię, która ostatecznie zmieniła plany i postanowiła wrócić do Poznania późniejszym pociągiem. W samej hali poznałem Thomasa – śpiewał piosenki zarówno przed koncertem, jak i później, w różnych miejscach Łodzi. Był jeszcze wysoki młodzieniaszek imponujący mi wiedzą o Mansonie, ale wkrótce rozdzielił nas tłum. Na trybunach siedział mój znajomy, Tomek, z którym mogłem chwilę porozmawiać. Po koncercie dołączyła do nas jeszcze Sandra, koleżanka Thomasa, a od tamtej chwili – koleżanka nas wszystkich.

Nie zależało mi na czarnym stroju podczas koncertu. Jedynym czarnym akcentem były skarpetki w zielone czaszki. Poza tym miałem na sobie krótkie zielone bojówki i biały bawełniany T-shirt. Postawiłem na wygodę.

Pod halą byliśmy około godziny 17, bramki otwarto o 18, support, czyli VOWWS, pojawił się na scenie przed 20, a Marilyn Manson rozpoczął koncert punktualnie o 21.

Był to występ pełen energii, witalności, namiętności i intensywnych dźwięków perkusji, gitar, basu, wokalu. Byłem szczęśliwy.

Manson prezentował się lepiej niż siedemnaście lat wcześniej w warszawskiej Stodole, gdy pod czarnym T-shirtem bez rękawów skrywał niewielki brzuszek. Naplucie do cylindra kapelusza, a następnie włożenie go na głowę do dziś wydaje mi się gestem prymitywnym. 

Manson ma pięćdziesiąt siedem lat, a zaprezentował się jako ktoś w znakomitej, świeżej formie scenicznej.

Bilet (tylko w wersji elektronicznej) na koncert

Oto setlista:

„One Assassination Under God Tour”, 18 lipca 2026 r; Atlas Arena w Łodzi:

„Nod If You Understand”

„Disposable Teens”

„Angel With the Scabbed Wings”

„Great Big White World”

„This Is the New Shit”

„Dried Up, Tied and Dead to the World”

„Exit Wound”

„The Nobodies”

„Diary of a Dope Fiend” (interludium)

„Sweet Dreams”

„mOBSCENE”

„The Beautiful People”

„Tourniquet”

„Personal Jesus”

„If I Was Your Vampire”.

Szczególnego smaku tamteu wieczorowi dodawały drobne gesty i słowa kierowane do publiczności. Miło było słyszeć, jak Manson wielokrotnie wypowiadał nazwę Łodzi: „Łuusz/Łuuś (na swoich mediach społecznościowych podawał tę nazwę z zachowaniem polskich znaków)”. Podczas „The Dope Show” zmienił też fragment tekstu i zaśpiewał: „The drugs, they say, are made (...) in Poland”.

W pewnej chwili wyznał: „You are the loudest”.

W innej: „You are my great, big, white world”.

Straciłem dużo wody, więc T-shirt był mokry od potu. W kieszeni spodenek miałem koszulę na zmianę, przebrałem się. 

Ten koncert pozwolił mi się wykrzyczeć, wyrzucić z siebie napięcie, wyartykułować brud, który nosiłem w środku. Koncert pozwolił mi się obudzić; tak, obudzić z marazmu, w jakim istniałem. Otworzyły się nowe szczeliny rzeczywistości, a jedna z nich zaprowadziła mnie do chwil, w których było mi dobrze z tą muzyką, dobrze tylko z nią. Dwadzieścia siedem lat temu.

Muzyka Mansona odpychała ludzi, przy których nie chciałem przebywać. Dla wielu była zbyt agresywna, dziwna albo obrazoburcza. Byli też tacy, którzy słuchali i rozumieli, a jeśli nawet nie rozumieli, to potrafili zaakceptować moje uwielbienie. Dzięki niemu nie było ono samotnym przeżyciem, stawało się sposobem poznawania ludzi, z którymi mogłem dzielić własną wrażliwość.

Kilka dni później – po koncercie – na grupie fanowskiej napisałem, a potem otrzymałem odpowiedź:

Ja: „Słucham Mansona od 1999 r. Era „Portrait of an American Family”, „Smells Like Children”, „Antichrist Superstar”, „Mechanical Animals”, „The Last Tour on Earth”, „Holy Wood”, „The Golden Age of Grotesque”, a potem przestałem…

W domu mam autobiograficzną Trudną drogę z piekła, byłem w Stodole w 2009, teraz w Łodzi, a po koncercie po raz 1. w życiu byłem na afterparty w Woolturze z ludźmi poznanymi tego samego dnia. Dołączyłem do 2 grup na FB; patrzę i widzę, że dzieją się świetne rzeczy! Cieszę się, że są ludzie, którzy propagują muzykę Marilyn Manson. Serce rośnie, Człowieku! Dziękuję Ci!

Pisząc te słowa, słucham „Saturnalia”. Booże, jakie to jest dobre! Zaraz wrzucę „I want to kill You like they do in the movies”, a potem „As sick as the secrets within”! Booże, jakie to jest dobre!”.

EB: Czytając to wszystko naprawdę żałuję, że nie było Cię z nami na poprzednich zlotach. Słuchasz Mansona 7 lat dłużej. Z książek gorąco polecam Dysekcję gdzie są czyste fakty bez kolorowanki. Jesteś świetnym fanem i dobrze Cię mieć tutaj z nami!

Wydawnictwo Kagra: Trudna droga z piekła (2000) M. Mansona i Neila Straussa, tł. Magdalena Mejs; Dysekcja Marilyn Manson (2002) Gavina Baddeleya, tł. Bogusław Lubański

II. Zaległości i powroty

Po powrocie z koncertu żyłem nim jeszcze przez kolejne dni, tygodnie. Muzyka całkowicie zawładnęła moją codziennością, działała jak narkotyk, w tej chwili nucę: „this the new religion to me”. Słuchałem nie tylko albumu „One Assassination Under God – Chapter 1”, któremu poświęcę dalszą część tego eseju (to kapitalna muzyka, gdzie głos Mansona brzmi świeżo i czysto), ale przede wszystkim zacząłem nadrabiać wieloletnie zaległości. Obejrzałem nieobejrzane teledyski, przesłuchałem albumy, których wcześniej nie poznałem dostatecznie dobrze. I mam kilka refleksji. Oto one.

WE ARE CHAOS” (2020) okazał się nieprawdopodobną, balladową niespodzianką. Znajdują się na nim piękne, wzruszające utwory: „Paint You with My Love”, „Half-Way & One Step Forward” i „Solve Coagula”. Album kończy ballada „Broken Needle”. Jakaż piękna! Jakaż wzruszająca! Kocham Was! kocham świat cały! I dziękuję, dziękuję!

Podczas koncertu w Łodzi Manson mówił do polskiej publiczności: „I fuckin' love You”, co zabrzmiało jak echo słów z „Keep My Head Together”.

Heaven Upside Down” ukazał się w 2017 roku – roku śmierci ojca Briana Warnera, a zarazem roku śmierci mojej mamy. Szczególnie zachwyciła mnie „Saturnalia”, utwór nawiązujący do starożytnego Rzymu. Słyszę w nim również pewne muzyczne powinowactwo z „Posthuman”.

The Pale Emperor” (2015) oraz „Eat Me, Drink Me” (2007) to albumy, które mnie mało porywają. Warto jednak wspomnieć, że teledysk do „Heart-Shaped Glasses (When The Heart Guides The Hand)” wyreżyserował James Cameron.

Na „Born Villain” (2012) najbardziej podoba mi się utwór tytułowy. Wychwyciłem też kilka możliwych podobieństw i nawiązań: „No Reflection” przywołuje mi „Long Hard Road Out of Hell”, „The Gardener” – „That Don’t Impress Me Much” Shanii Twain, a „Breaking the Same Old Ground” – „Lamb of God”.

Na „The High End of Low” (2009) również usłyszałem wiele znajomych nut. „Running to the Edge of the World” kojarzy mi się z „In the Shadow of the Valley of Death”, „WOW” z „Golden Years” (a momentami także z „I Don’t Like the Drugs…”), „Wight Spider” przywołuje „Mechanical Animals”, natomiast „I Have to Look Up Just to See Hell” – „I Put a Spell on You”.

Jestem zdumiony różnorodnością i pozytywnie zaskoczony. Muzyka Marilyn Mansona nie istnieje w kulturowej próżni. Tworzy rozległą sieć skojarzeń i kontekstów, zachęca do odnajdywania podobnych melodii, motywów i emocji zarówno w jego wcześniejszej twórczości, jak i w muzyce innych wykonawców, filmie, literaturze, malarstwie. Lubię gry kontekstualne, uwielbiam tę intelektualną i kulturową podróż. Czymś takim właśnie jest studium Gavina Baddeleya Dysekcja Marilyn Manson, którą to książkę zdążyłem kupić i przeczytać.

Najbardziej jednak, słuchając tych albumów, uświadomiłem sobie, że mam do czynienia z Artystą przez wielkie A, z człowiekiem, który pisze teksty, nagrywa płyty, koncertuje, maluje. Tworzy od ponad 32 lat! I poczułem ukłucie smutku. Zatrzymałem się w miejscu, zasnąłem, pozwoliłem, by twórczość we mnie osłabła, zresztą, niewiele jej było. On tymczasem pracował, rozwijał się i dawał ludziom muzykę, emocje oraz piękno. To porównanie było bolesne, ale również otrzeźwiające. Kontakt z jego sztuką nie tylko zachwyca, ale budzi i pobudza!

Płyta wyprodukowana przez M. Mansona i Tylera Batesa, wydana przez Nuclear Blast 22.11.2024 r.

III. „One Assassination Under God – Chapter 1”

Jednym z moich najwspanialszych doświadczeń estetycznych tego roku jest właśnie album „Jedno zabójstwo pod okiem Boga – rozdział 1”. Ukazał się on w roku 2024. Słuchałem wielokrotnie, wielokrotnie, wielokrotnie (i mówiąc szczerze, słucham go i w tej chwili). Ten dwunasty studyjny album zawiera 9 utworów, trwa niecałe 45 minut. Rock industrialny, rock alternatywny, rock gotycki, punk rock, nu-metal – oto muzyczne konwencje, w jakich się mieści. To, co znajduje się poniżej, to zapis kolejnych skojarzeń, zachwytów, pytań i odkryć, to próba opisania tego, co wydarzyło się między muzyką Mansona a mną.

1. „One Assassination Under God”

Pierwsze trzy sekundy utworu natychmiast przywołały mi na myśl otwarcie „Antichrist Superstar”. To tylko krótkie skojarzenie, ale wystarczyło, by wzbudzić ekscytację.

Piosenka rozwija się zaskakująco melodyjnie, choć od początku obecne są niepokój, krzyki i wyeksponowane instrumentarium. Całość kołysze i hipnotyzuje, jednocześnie nie pozwalając poczuć się – hmmm – bezpiecznie. Połączenie chwytliwej melodii z atmosferą zagrożenia.

Teledysk do utworu wyreżyserował Bill Yukich. 

2. „No Funeral Without Applause” 

Pierwsze dwie sekundy wywołują u mnie natychmiastowe skojarzenie z „Dogma” z debiutanckiego albumu, podobna barwa brzmienia. Najbardziej jednak zapadł mi w pamięć piękny, wręcz poetycki fragment: 

„Stop the hands on the clock forever

And forget what we left behind” [2:47].

[Zatrzymaj wskazówki zegara na zawsze

i zapomnij o tym, co zostawiliśmy za sobą].

Te słowa zaskakująco przypominają mi fragment Lalki Bolesława Prusa:

Pluń na wszystko, co minęło: na własną boleść i na cudzą nikczemność… Wybierz sobie jaki cel, jakikolwiek, i zacznij nowe życie. Rób dalej majątek czy cudowne wynalazki, żeń się ze Stawską czy zawiąż drugą spółkę, byleś czegoś pragnął i coś robił”.

Nie twierdzę, że Manson czytał Prusa. Fascynuje mnie jednak, jak podobna intuicja może pojawić się u twórców oddzielonych epoką, językiem i kulturą: aby ruszyć dalej, trzeba w pewnym momencie odciąć się od przeszłości. Manson wyraził to w sposób liryczny, Prus – epicki. 

3. „Nod If You Understand”

Od pierwszych sekund dostaję energię, za którą kochałem Mansona, a która kojarzy mi się z bezczelną, agresywną siłą „Irresponsible Hate Anthem”. Piosenka trafiła na koncertową setlistę, dlatego mogłem usłyszeć ją na żywo w Atlas Arenie. Nie licząc słów wypowiedzianych jeszcze przed opuszczeniem kurtyny, pierwszymi zaśpiewanymi przez Mansona słowami tamtego sobotniego wieczoru było „I need destruction”. Coś pięknego! Energetycznego. Mocnego. Wściekłego. Marilyn Manson we wspaniałej formie!

4. „As Sick as the Secrets Within”

Piękna ballada!

Manson ma niezwykły talent do pisania utworów, które są jednocześnie delikatne i niepokojące. „Coma White” czy „The Last Day on Earth” urzekają melancholijnymi melodiami i wzruszającymi riffami. „As Sick as the Secrets Within” wpisuje się w ten sam nurt.

Szczególnie przejmujące jest zakończenie, gdy Manson wielokrotnie powtarza:

Keep sleeping, I'll make you dream of me

[Śpij dalej, sprawię, że będziesz śnić o mnie]

W jego wykonaniu brzmi to ekscytująco, a skojarzyło mi się z „Kołysanką” K. Komedy w „Dziecku Rosemary”. 

Teledysk wyreżyserował Bill Yukich.

5. „Sacrilegious”

To chyba jedyny utwór na albumie, który nie zrobił na mnie wrażenia. Być może dlatego, że słuchałem go zaledwie kilkanaście razy i zwyczajnie nie zdążył jeszcze we mnie dojrzeć. Mam wrażenie, że jest zbyt widowiskowy, zbyt „klipowy” (teledysk wyreżyserował ponownie Bill Yukich), zbyt rockandrollowy. Rockandrollowo brzmi np. „Rock 'n' Roll Nigger” (cover znajdujący się na płycie „Smells Like Children”) – a piosenkę tę szczerze lubię.

Najmocniej zapadła mi jednak w pamięć fraza powtarzana od trzeciej minuty: „Coming back / Coming back, baby”, ponieważ od razu usłyszałem w niej echo „Mister Superstar”: „Superstar, super fuck baby…” [3:54]. Kalka muzyczna jest uderzająca.

6. „Death Is Not a Costume

To dla mnie perła w koronie „One Assassination Under God – Chapter 1” i jeden z najlepszych utworów Mansona w ogóle! Hipnotyczne powtórzenia, narastające napięcie, drapieżny wokal, basy. Słucham jej w sposób niemal obsesyjny. Piosenka jest tak znakomita, że poświęcę jej osobny wpis na blogu.

7. „Meet Me in Purgatory”

Lubię ten utwór w taki sam sposób, w jaki lubię „New Model No. 15”. Trudno mi wyjaśnić to podobieństwo, oba kawałki mają przecież zupełnie inny charakter. Ale mnie chodzi o satysfakcję, jaką odczuwam podczas słuchania. Tekst jest dla mnie ciekawszy niż warstwa muzyczna. Na przykład refren stawia pytania o rzeczy ostateczne:

Are you gonna pray for me

When I'm in purgatory

Or just stare through the stained glass at my body lying there?

[Czy będziesz się za mnie modlić, gdy będę w czyśćcu, czy tylko będziesz patrzeć przez witraż na moje ciało leżące tam?]

8. „Raise the Red Flag”

Ten utwór darzę taką samą sympatią jak „User Friendly”. Tak jak we wcześniejszym duecie, tak również tu mamy do czynienia z różnymi energiami. Rzadko słucham/będę słuchał, ale i tak lubię, a na koncercie, gdyby ją wykonano, skakałbym i śpiewał jak szatan.

Pierwszy wers tej piosenki brzmi: „Your autopsy table is ready” (Twój stół sekcyjny już czeka). Czy nie jest to odesłanie do kadrów z teledysku „Front Toward Enemy”?

Kadr z teledysku Front Toward Enemy” (2026)

9. „Sacrifice of the Mass”

Album zamyka utwór o niezwykłym klimacie – mrocznym, podniosłym i wywołującym dreszcz, pesymizm, smutek. Już pierwsze dźwięki sieją niepokój, przygnębienie, a jednocześnie budzą ciekawość. Kompozycja rozwija się powoli i powoli buduje atmosferę.

W 3:34 pojawia się pojedyncza nuta, która brzmi niemal identycznie jak motyw z „Live to Tell” [0:34] z albumu „Confessions on a Dance Floor” Madonny.

Silne, pesymistyczne wrażenie robi finał:

                                Mother can't mourn me

Father won't win my fights
I'm dressed in my mortuary best
I'm ready for my ride
The blood of the covenant
Is thicker than the
Water of the womb
They're waiting with open arms
For me to join them soon

[Matka mnie nie opłacze / Ojciec nie stoczy za mnie moich walk.

Jestem ubrany w swój najlepszy pogrzebowy strój / Jestem gotów wyruszyć w ostatnią drogę.

Krew przymierza jest gęstsza niż woda łona / Czekają na mnie z otwartymi ramionami, żebym wkrótce do nich dołączył]

Omawiany utwór kojarzy mi się z „Count to Six and Die”, „Cruci-Fiction in Space”, a także z przywoływaną już raz „Kołysanką” Komedy. Po zakończeniu miałem ochotę już tylko na… „Marsz żałobny” Chopina.

Dziewięć utworów. Dziewięć tytułów. Dziewięć wypowiedzeń – zdań oznajmujących, rozkazujących, porównanie. Razem piosenki układają się w spójny poemat narracyjny: jedno zabójstwo pod okiem Boga – nie ma pogrzebu bez oklasków – kiwnij głową, jeśli rozumiesz – jesteś tak chory, jak tajemnice, które nosisz w sobie – świętokradztwo – śmierć nie jest kostiumem – spotkaj się ze mną w czyśćcu – wznieś czerwoną flagę – ofiara mszy świętej.

Kadry z filmu Mroczne miasto (1998) w reż. Alexa Proyasa i teledysku „Front Toward Enemy

IV. „Front Toward Enemy”

W dniu, w którym odbył się koncert, znana była nowa piosenka Mansona, natomiast 21 lipca 2026 r. ukazał się klip do niej. Mowa o „Front Toward Enemy”. Na facebookowej grupie fanowskiej Marilyn Manson ‡ Villains ‡ Poland rozmawiano o teledysku:

EB: Dla mnie woda 💦 Każdy teledysk z „Portrait of an American Family” (32 lata temu) jest lepszy. Klip na raz, jak animacja do „We Are Chaos”. 

MGM: Moim zdaniem taki trochę powrót do „Groteski”... Być może ze względu na udział Tima Skolda w teledyskach. Ogólnie teledysk kiepski graficznie i w ogóle przypominający „Deep Six” biorąc pod uwagę to białe tło, ale muzycznie spoczko (...). Nie zaprzeczam, że lubię jak coś się dzieje na ekranie, bo to moje przeciwieństwo, ja lubię monotonię w życiu, a od sztuki wymagam dynamiki. A w tym teledysku nic się nie dzieje w porównaniu do innych utworów MM (...).

Ja: Mam zdanie odmienne:) Teledysk ten jest oszczędny w formie, narracyjny, nie epatuje turpizmem; kolorystyka – że tak to ujmę – sterylna, stonowana; dopracowane, dopieszczone kadrowanie. Naprawdę doceniam to! W komentarzu na innej grupie napisałem, że teledysk ten swoją estetyką przypomina mi... film „Mroczne miasto” (1998) Alexa Proyasa. Więc jak dla mnie – ogień! (...). Oglądam ten teledysk i widzę: to jest kino artystyczne (i w dodatku pełne symboliki, metafor). Zachwycają mnie dbałość o detale i minimalizm. W warstwie muzycznej wściekłości wyczuwam jakieś podobieństwa do „Little Horn” czy „King Kill 33”.

Nie chciałem poprzestać na wrażeniu, dlatego obejrzałem raz jeszcze „Deep Six” (teledysk jest surrealny i w jakiś sposób psychodeliczny; bardzo mi odpowiada brzmienie). A potem TĘ „animację”. 

Podobieństwo między „We Are Chaos” a „Front Toward Enemy” rzeczywiście istnieje, zwłaszcza w sposobie ujmowania obiektów i komponowania kolejnych obrazów. Różnica jest jednak taka, że o ile „Front Toward Enemy” czerpie z estetyki kina artystycznego i minimalistycznego i pełny jest znaczeń, o tyle „We Are Chaos” to już propozycja kina ekspresjonistycznego, surrealistycznego, a może nawet estetyki campowej (o ile już teraz nią nie jest). Są to więc dwa różne sposoby opowiadania historii. W moich oczach oba zasługują na uznanie.

Kadry z filmu Pies andaluzyjski (1929) w reż. Luisa Buñuela i teledysku We are Chaos (2020) Matta Mahurina


Ten wysmakowany, estetyczny, minimalistyczny teledysk wyreżyserował Henri Alexander Levy (projektant mody, założyciel marki Enfants Riches Déprimés). To, co charakteryzuje tę reżyserię, to m.in. statyczne kadry, mało montażu, precyzyjne kadrowanie, stonowana kolorystyka (biały, czarny, metaliczny), eksponaty. Są wśród nich, m.in.: 

- książki „The Age Between: Adolescence and Therapy” i „High Risk: Children Without A Conscience” [0:38], 

- Indications for Child Analysis (dokumentacja psychologiczna dziecka) [3:36]; 

- niemiecki Krzyż Żelazny i radziecki medal z sierpem i młotem [3:37];

- „1931 Skull Temple University Medical School” (album absolwentów medycyny); 

- koszulka z napisem „Psychiatry is a dying industry” (Psychiatria to schyłkowa branża) [0:43].

Na wspomnianej grupie fanowskiej ktoś zwrócił uwagę na znaczenie tytułu:

Front toward enemy napis umieszczany na przedniej stronie kierunkowej miny przeciwpiechotnej M18A1 Claymore. Informuje, którą stroną należy skierować urządzenie w stronę przeciwnika”.

To spostrzeżenie wydało mi się trafne. Wojskowy kontekst dobrze wpisuje się w biograficzny i konfrontacyjny charakter utworu. Manson śpiewa słowa „Front Toward Enemy / Front Toward Enemy” („Strona skierowana ku nieprzyjacielowi”, „Przodem do przeciwnika”), patrząc prosto w kamerę, a więc również prosto na widza. Stajemy się adresatami tego komunikatu.

Największe wrażenie zrobiła jednak na mnie postać niskorosłego chłopca. Motyw dziecka powraca w twórczości Mansona od jej początków, dlatego od razu zwróciłem na niego uwagę. Jego twarz natychmiast przywołała mi skojarzenie z teledyskiem „I Don't Like the Drugs…”, a także – już po raz trzeci w tym eseju – z „Mrocznym miastem”.

Dopiero po kilku kolejnych seansach zacząłem odczytywać jego rolę inaczej. Pomyślałem, że nie oglądam po prostu niskorosłego chłopaka (a pojawia się i jego klon). Oglądam młodego Mansona. Mężczyzna śpiewający do kamery to Manson dojrzały, a trzecia postać – leżąca na stole sekcyjnym – to Manson umarły. W takim ujęciu teledysk opowiada o całym ludzkim życiu, o dzieciństwie, dorosłości i śmierci. Mamy tu freudowską myśl, że dziecko jest ojcem mężczyzny: dzieciństwo kształtuje wyobraźnię, wrażliwość, lęki, talent, rzutuje na całe życie.

Przy okazji zauważyłem jeszcze jeden szczegół. W scenie, w której chłopak podciąga się na drążku, raz widać na jego plecach tatuaże [1:36], a chwilę później już ich nie ma [1:49].

Jesteśmy więc w świecie, którego głównymi komponentami są psychiatria/psychologia, wojskowość, stawanie się. Z tych elementów Levy i Manson budują swoją opowieść.

Nie potrafię przejść obok tego obojętnie. Moje życie zawodowe związane jest z obszarem zdrowia psychicznego, słucham o ludzkim cierpieniu, kryzysach i próbach odbudowy życia. Dzisiaj odbudowuję się jako fan i mam teledysk, w którym centralne miejsce zajmują psychiatria, dzieciństwo, pamięć. Moje życie jest związane z Mansonem. Oto jest kolejny znak!

Afterparty w Woolturze: ja, Sandra, Thomas, Wioleta, Asia

V. Wooltura: after party

Wspomniałem, że po koncercie poszliśmy na afterparty do Wooltury (ale najpierw coś zjeść, bo towarzystwo zgłodniało, więc w okolicach północy zaflancowaliśmy w jakiejś arabskiej knajpce). 

W Woolturze złączyliśmy dwa stoliki pod ścianą, kupiliśmy piwko, rozmawialiśmy, słuchaliśmy muzyki, a Thomas co jakiś czas podśpiewywał. Wtedy też powiedział, że jednym z jego ulubionych albumów jest „WE ARE THE CHAOS”.

Poziom niżej na parkiecie można było potańczyć. Tańczyliśmy.

Sprawiało mi przyjemność przebywanie wśród ludzi. Byłem ich autentycznie ciekawy. Obserwowałem ich i ich stylizacje. Żyłem i byłem zdrów. Cieszyłem się nocą i możliwościami, jakie mam w życiu. 

Wracałem z Łodzi (padał deszcz) z poczuciem, że odzyskałem coś ważnego, że wróciło do mnie to, co mnie – mój gust muzyczny, gust estetyczny – (u)kształtowało. Odzyskałem część samego siebie. Przypomniałem sobie, kim byłem kiedyś, i wiem, kim chcę być nadal. To właśnie dlatego powstał ten tekst: by zapisać i zrozumieć wyjątkowy moment w moim życiu. Tym momentem jest odkrycie w sobie fana, odzyskanie go, spowodowanie, że się odrodził. Przez ostatnie lata byłem daleko i wydarzyło się wiele. Muzyka TA muzyka okazała się wielka i wspaniała. Czekała na mnie, a ja do niej wróciłem. I fuckin' love You!

‡ ‡


12.31.2025

Podsumowanie czytelniczego roku 2025

 Dzisiaj jest śnieg. Rok i dwa lata temu śniegu nie było.

Przeczytałem 51 powieści (w tym tomy opowiadań i poezji). Oto one („+/-” oznacza, że książki nie przeczytałem w całości):


Grafika wygenerowana w DALL-E
Grafika wygenerowana w DALL-E


grudzień

51. Larry McMurtry, Księżyc Komanczów;

50. Stephen King, Gra Geralda +/-;

listopad

49. Roman Dmowski vel Kazimierz Wybranowski, Dziedzictwo

48. Joan Didion, Graj jak się da;

47. Jakub Kulasa, Szczęśliwa ręka;

46. Philip Roth, Dziedzictwo;

październik

45. Bogusz Moskaluk, Czarodziejska górka;

44. Lauren Groff, Wyspa kobiet;

43. Charles Bukowski, Dzwon nie bije nikomu;

42. Kinga Sabak, Trochę z zimna, trochę z radości;

41. Gabriel García Márquez, Widzimy się w sierpniu;

40. Maciej Sieńczyk, Pijaczek;

39. Aleksandra Paduch, Trzewia;

38. Pierre Boulle, Most na rzece Kwai;

37. Louis-Ferdinand Céline, Wojna

36. James Jones, Zew mężobójcy

wrzesień

35. Jul Łyskawa, Prawdziwa historia Jeffreya Watersa i jego ojców +/-;

34. Jakub Wojtala, Podciep;

33. Pola Irkin-Jaroszewska, Wsiebiewzięcie;

sierpień

31-32. David Foster Wallace, Niewyczerpany żart +/-, Krótkie wywiady z paskudnymi ludźmi +/-;

lipiec

30. Tomasz Sablik, Siedem dni;

29. Małgorzata Lebda, Łakome;

28. Michał Wachnicki, A morze wcale nie wzbiera;

26-27. Kinga Kosińska, Brudny róż. Zapiski z życia, którego nie było; Kurzajka;

25. Pavol Rankov, Klinika;

czerwiec

24. Larry McMurtry, Wszystko dla Billy'ego +/-;

23. Tomek Tryzna, Idź, kochaj;

maj

22. Jakub Zając, Dziczek;

21. David Vann, Legenda o samobójstwie;

20. Natalka Suszczyńska, Chipsy dla gości;

19. Magdalena Genow, Złodziejka matek;

18. Aleksandra Kasprzak, Wydrąż mi rodzinę w serze;

17. Serhij Żadan, Anarchy in the UKR;

kwiecień

16. Krzysztof Jaworski, Jak pisałem powieść kryminalną (w tym biednym kraju);

15. Flannery O’Connor, Mądrość krwi;

14. Sławomir Mrożek, Wesele w Atomicach;

marzec

13. Fiodor Dostojewski, Idiota;

12. Dominika van Eijkelenborg, Tkanki;

11. György Spiró, Iksowie;

luty

10. William Faulkner, Azyl;

9. William S. Burroughs, Pedał;

8. Charles Bukowski, Szmira;

7. Jaroslav Hašek, Przygody dobrego wojaka Szwejka +/-;

styczeń

6. Marta Hermanowicz, Koniec;

5. Jonas Jonasson, Analfabetka, która potrafiła liczyć;

4. Peter Handke, Pełnia nieszczęścia;

3. Ignacy Karpowicz, Ludzie z nieba;

2. Haruki Murakami, Zawód: powieściopisarz;

1. Joanna Wilengowska, Król Warmii i Saturna.


Najlepsze z przeczytanych:

Zew mężobójcy J. Jonesa: autor ten stał się jednym z moich ulubionych, choć przeczytałem jego raptem 2 powieści, a najbardziej pragnę Długi tydzień w Parkman. Zew… to wielkie studium mężczyzny w relacji z kobietą i mężczyzny w ogóle, studium męskości. Zresztą, poświęciłem mu wpis na blogu. Tam tą powieścią podniecam się wytrwale.

Księżyc Komanczów L. McMurtry’ego: całe miesiące czekałem na tę premierę, a gdy się doczekałem, czekałem, aż będzie można wypożyczyć ją w Bibliotece Śląskiej; jednak nie doczekałem się: Black Friday (a raczej sobota) okazał się nieziemską okazją, by kupić 4 tomy w – powiedzmy – przystępnej cenie: tak też zrobiłem! Lektura dostarczyła mi wielu wrażeń, wzruszeń (wątek Gusa i Klary, która wyjeżdża z Austin przed wielką rejzą – ostatnią rejzą, którą poprowadził Garb Bizona; wątek Newta, jego matki Maggie i Calla; Jack Spoon; Deets), powodów do przerażenia (wydaje mi się, że w porównaniu z pozostałymi tomami Księżyc… epatuje okrucieństwem w stopniu najwyższym), sentymentów. Kocham!

Smaczek: w dwóch miejscach pojawiają się odwołania do Polski.

Który tom tetralogii o Dzikim Zachodzie podoba mi się najbardziej? W jakiej kolejności?

Na południe od Brazos i Ulice Laredo;

potem Szlak umrzyka;

potem Księżyc Komanczów.

Dziczek J. Zająca: proza wysokich lotów, którą mógłbym porównać do Madame Antoniego Libery; wielopoziomowa, intertekstualna, precyzyjna; wzbudziła mój zachwyt. Dziczek postawił mnie na nogi, zaktywizował, zrobił ze mną to, czego żadna książka ze mną nie zrobiła (a co opisałem na blogu). Jestem szczęśliwy, że było mi dane poznać Autora, rozmawiać z nim; jeśli napisze nową książkę, to będzie to mój must have. Trzymam, Jakub, kciuki!

Pijaczek M. Sieńczyka: piękna polszczyzna, indywidualny styl; czytałem, zachwycając się i pragnąc więcej. To nie jest opowieść o uzależnieniu, wchodzeniu w nie czy wychodzeniu. To coś zupełnie innego: to przepiękny hołd dla zwykłego człowieka. Pijaczka wydało Wydawnictwo Biblioteki Śląskiej, a ja wypożyczyłem go w Bibliotece Śląskiej.


Najgorsza z przeczytanych:

Jak pisałem powieść kryminalną (w tym biednym kraju): książka, która nie wiem, po co powstała, po co ją wydano? Skomentowałem ją na FB Biura Literackiego, a inny komentujący (właściwie komentująca) zgodził się ze mną: 

„Charakterystyczne, że Autor do odczytu wybrał fragmenty, które są jakoś znośne. Czemuż nie zdecydował się przeczytać czegoś z części właściwej swojego dzieła - z "Wybierz dzień", gdzie umieścił same wyimki z "Kuriera Warszawskiego" o zamachach samobójczych, nieudanych samobójstwach, samobójstwach, samobójstwie w szpitalu, samobójstwie w areszcie, samobójstwie byłego ministra, samobójstwie w kąpieli, samobójstwie nieudałym, samobójstwie żołnierza, samobójstwie wskutek skoku do Wisły albo z któregoś tam piętra itp. itd.?? Samobójstwo na każdy dzień roku; i tak przez kilkadziesiąt stron... Jakie to nowatorskie! Albo czemu nie wybrał czegoś z częściej ostatniej pt. "Udział wzięli"? Bo może wtedy słuchacze połapaliby się, że ktoś tu robi z nich jaja... 

Pierwsze zdanie - "Noc była ciemna jak mgła smoleńska, jak sumienie marksisty, jak strzały w piątej minucie..." - równie wątpliwe i dałbym rękę uciąć, że coś takiego już gdzieś czytałem. A jak! ➡️ "Zapiski oficera Armii Czerwonej" Sergiusza Piaseckiego: "Noc była czarna jak sumienie faszysty, jak zamiary polskiego pana, jak polityka angielskiego ministra".

Książka ta to straszne gniot i szkoda na nią czasu. Nie tylko czasu, bo i papieru, i drzew.

Dziękuję za możliwość wyrażenia swojego czytelniczego absmaku👌😬😁”.

„Dziękuję za ten komentarz, miałam bardzo podobne poczucie, że ta książka to kpina z czytelnika…”. 


To be read

Słabo sprawdzają się moje plany na przyszły rok. Niemniej tutaj kilka pomyślanych: Solaris S. Lema, coś Wiesława Myśliwskiego, Psy wojny, Czysta robota F. Forsytha

Wszystkiego najczytelniejszego w 2026 roku!