8.12.2026

„Death is not a costume” M. Mansona, czyli ja owinięty powtórzeniami

 Death Is Not a Costume” to moja perła w koronie albumu „One Assassination Under God – Chapter 1”. Utwór numer sześć, między „Sacrilegious” a „Meet Me in Purgatory”. Słuchałem go obsesyjnie, obsesyjnie, obsesyjnie. Wracałem do niego po raz kolejny i kolejny, wysyłałem link znajomym, aż zapragnąłem poświęcić mu tekst na blogu.

„One Assassination Under God – Chapter 1”, Nuclear Blast, 2024

Strasznie cieszyło mnie, że mogę podzielić się z kimś czymś, co sam uważam za wartościowe. Lubię obdarowywać ludzi takimi znaleziskami. Link wysłałem między innymi Syli, koleżance ze studiów (20 lat temu). Odpisała po chwili:

S: Pasuje do mnie teraz.

Ja: Musisz jej najpierw posłuchać.

S: Przeczytałam tekst.

Ja: Teraz posłuchaj muzyki.

S: Teraz idę spać, jestem wykończona życiem. I umieraniem.

Ja: Śpij dobrze.

S: Dobranoc. Może znowu mi się przyśnisz, to tam pogadamy.

Ja: A potem posłuchamy „Death Is Not a Costume”.

Zaserduszkowała wiadomość. A ja słuchałem dalej.

Próbowałem zrozumieć, co właściwie jest w tej piosence takiego, że nie mam ochoty jej wyłączyć. Manson buduje napięcie z niezwykłą cierpliwością. Hipnotyczne powtórzenia, drapieżny wokal, mocodajny bas, narastająca dynamika sprawiają, że utwór działa transowo. Transowo. Transowo. Transowo.

Pierwsze sekundy – szumy i narastające dźwięki – przywołują mi atmosferę otwarcia „Organ Grinder” albo „Antichrist Superstar”. Później uruchamiają się kolejne muzyczne skojarzenia: „Spaceman” Babylon Zoo, „Dzisiaj mnie kochasz, jutro nienawidzisz” Sweet Noise. Nie dlatego, że są to utwory szczególnie do siebie podobne. Łączą się w mojej głowie poprzez brzmienie i atmosferę. Muzyka Mansona jest zresztą gmachem pełnym drzwi prowadzących do różnych estetyk. Otwierasz jedne, a za nimi znajdujesz następne. W tym eseju podążam ścieżką wybrukowaną metaforami budującymi „Death Is Not a Costume”. Dotrę w zaskakujące miejsce. Ale to będzie piękne miejsce – moje marzenie!

8. Owinięty powtórzeniami

Ponieważ brakowało mi języka, którym mógłbym opisać techniczną stronę „Death Is Not a Costume”, to poprosiłem o to Kubę, kolegę z pracy, który od czasu do czasu tworzy muzykę i o jej budowie wie całkiem sporo. Oto co napisał:

„Konstrukcja utworu standardowa: intro, zwrotka, refren, zwrotka, refren, bridge, refren, outro. Stylistyka na pograniczu rocka i metalu (nu-metal?). Gitary pięknie brzmią, ładnie na początku współgrają. Bas standardowy, podobnie perkusja. Udusiłbym producenta muzycznego za mix wokalu. O wiele lepiej utwór brzmiałby bez tego „mechanicznego” pogłosu. Co nie zmienia faktu, że barwę głosu Manson ma atrakcyjną. Rozpiętość skali, w której śpiewa, nie jest duża. Prosty wykon na rejestrze piersiowym. Czyściutko. W moim odczuciu zdrowiej śpiewa niż kiedyś, miał tendencję do zdzierania gardła, teraz podchodzi z szacunkiem do swojego głosu”.

Tyle Kuba. Teraz ja.

Death Is Not a Costume” ma taką właściwość, że nie doczekał się teledysku. Dzięki temu jego odbiór pozostaje doświadczeniem wyłącznie muzycznym, a przez to bardziej osobistym. Obcuję z dziełem, do którego nie ma gotowej warstwy wizualnej, która prowadziłaby wyobraźnię w określonym kierunku. Punktem odniesienia pozostaje okładka albumu. To na nią patrzę, słuchając utworu w serwisie YouTube.

„Śmierć nie jest kostiumem” to pojemna metafora. Śmierć to nie przebieranka, rola do odegrania czy gra (aczkolwiek scena gry w szachy w „Siódmej pieczęci” I. Bergmana przedstawia odwrotną perspektywę). To również nie jest fikcja ani iluzja. Kostium jest tymczasowy, a śmierć oznacza ostateczność. Przypomina o tym Zagłoba w Ogniem i mieczem Sienkiewicza: „Ja zaś wolę życie, bo śmierć to naraz sztuka, od której się żadnym dowcipem nie wykręcisz”.

Dwa wizerunki śmierci: Siódma pieczęć” (1957) I. Bergmana; „Danse Macabre” Bernta Notke

Ale skoro śmierć nie jest kostiumem, to czym jest – i kto właściwie próbuje zrobić z niej kostium?

Tego się chyba nie dowiem. Za to z tabeli tempa utworów na MansonWiki (https://manson.wiki/Marilyn_Manson_lyrics_and_tablature#One_Assassination_Under_God_.E2.80.93_Chapter_1) dowiem się, że tempo „Death Is Not a Costume” to 162 BPM (liczba uderzeń na minutę), czyli podobne do „Little Horn”, „1996” i „As Sick as the Secrets Within”. Piosenka trwa 4 minuty i 52 sekundy i liczy 309 słów, co daje 63 słowa na minutę (czyli ok. 1 słowo co 0,95 sekundy). Zatem tempo muzyki jest ponad dwa i pół razy szybsze niż tempo wypowiadanych słów. Być może dzięki temu nie odbieram piosenki jako pośpiesznej, lecz bardziej kontemplacyjną. To trochę paradoksalne, ale tak jest. 

Cechą budującą analizowany utwór są powtórzenia (w różnej formie): paralelizm składniowy, refren, anafora, epifora. Gdyby wyłuskać wersję bez powtórzeń, mielibyśmy 102 słowa. Oznacza to, że 207 słów (67%) stanowią powtórzenia, a tylko 33% tekstu wnosi treść semantyczną.

Jakie wnioski płyną z tej i wcześniejszej matematyki?

Na pewno cztery.

1️⃣ tekst nie rozwija narracji linearnie. Mamy tu raczej do czynienia z krążeniem wokół kilku obrazów, z monologiem człowieka uwięzionego w powracających myślach. W 1994 r. Manson nagrał piosenkę „Wrapped In Plastic” (Owinięty w plastik); w przypadku „Death Is Not a Costume” można by powiedzieć „Wrapped in Repetitions” (Owinięty powtórzeniami).

2️⃣ powtórzenia pełnią funkcję psychologiczną. Owinięcie się nimi oznacza natręctwo myśli, obsesję czy po prostu jakąś trudność psychologiczną. Człowiek przeżywa te same słowa wielokrotnie, zamiast iść dalej.

3️⃣ utwór przypomina kompozycję muzyki liturgicznej, lamentu albo tantrę. Chodzi w nich o pogłębione, emocjonalne doświadczenie.

4️⃣ taka matematyka sprawia, że słuchacz zapamiętuje obrazy.

Obrazy są sugestywne i prowadzą w różne przestrzenie.

Idę tam!

7. Mój umysł, twój koń

Obrazy zbudowane są z metafor, symboli, kontrastów, apostrof, powtórzeń. Metaforyka jest sugestywna, co, moim zdaniem, czyni piosenkę wizualną. Widzimy zamalowane okna, czarną księgę, krew na dłoniach.

Try to get inside my head

All the windows are painted shut

Take your horse to my water to drink

I'm not the gift that you think

Spróbuj dostać się do mojego umysłu / Wszystkie okna zostały zamalowane.

Przyprowadź swojego konia do mojego źródła, żeby się napił

Nie jestem darem, za jaki mnie uważasz

Intuicyjnie odczytuję tu odwrócenie powiedzenia „oczy są zwierciadłem duszy”, przypisywanego (nie wiedzieć czemu) Szekspirowi. Szekspir w tragedii Król Ryszard III (tł. Józef Paszkowski) napisał:

Tobie polecam władze duszy mojej.

Nim okiennice zawrę moich oczu:

Czy śpię, czy czuwam, miej mię w Swej opiece!

Cyceronowi z kolei przypisuje się sformułowanie „Twarz jest zwierciadłem duszy”. Oznacza to, że wyraz twarzy miałby odzwierciedlać ludzkie myśli i emocje.

U Mansona zamiast zwierciadła mamy okna – tradycyjny symbol kontaktu ze światem i możliwości zajrzenia do wnętrza. Dostęp taki został świadomie odcięty. Pojawia się więc motyw odłączenia od rzeczywistości, zamknięcia się w sobie. Koresponduje to z motywem odłączenia się ciała od duszy w kontekście „Disassociative”. 

Uwielbiam tę piosenkę! Od zawsze marzyło mi się, aby po słowach: „4, 3, 2, 1” wszedł chór mieszany. Rozszerzenie instrumentarium – a raczej głosarium – z pewnością uatrakcyjniłoby odsłuch.

Cranberries: In your head, in your head / Zombie, zombie, zombie-ie-ie

Zaraz potem pojawia się obraz konia (z pewnością nie ma on nic wspólnego z „Four Rusted Horses”) i wody. Angielskie przysłowie mówi: „You can lead a horse to water, but you can't make it drink” (możesz stworzyć komuś możliwość, ale nie możesz zmusić go, żeby z niej skorzystał). Być może Manson przekształca to powiedzenie na własny użytek, nie mówi przecież o jakiejkolwiek wodzie, lecz o „my water”. Woda to symbol życie, prawdy, własnego doświadczenia. Koń zaś instynktownie unika wody, która wydaje mu się niezdatna do picia. Końmi interesuję się, odkąd przeczytałem „Szlak umrzyka”, „Księżyc Komanczów”, „Na południe od Brazos” i „Ulice Laredo” Larry’ego McMurtry’ego. Ihaaa!

6. Pęknięcia w magii

Potem narrator przechodzi do pewnej konstatacji i nie mówi już o własnej niedostępności, a wskazuje na drugą osobę i to, co na niej ciąży:

You've got cracks in your magic

Blood on your hands

Cracks in your magic

Blood on your hands

W twojej magii pojawiły się pęknięcia / Masz krew na rękach

Pęknięcia w twojej magii / Krew na twoich rękach

Krew na rękach to stary motyw biblijny. Pojawia się w opowieści o Kainie po zabójstwie Abla, w Psalmach, a z motywem odpowiedzialności i obmywania rąk spotykamy się w scenie z Piłatem. Wątek znajdziemy w szekspirowskim Makbecie (Lady Makbet), a na polskim gruncie w Balladynie J. Słowackiego. W każdym z tych przypadków chodzi o winę, której nie można zmyć.

U Mansona „krew na rękach” oznacza winę całego człowieka (a nie dłonie poplamione krwią jak na poniższych kadrach), dlatego można tu mówić o synekdosze, szczególnym rodzaju metonimii. Co więcej, zestawienie jej z „pęknięciami w twojej magii” tworzy interesującą całość, bo niezależnie od tego, do kogo skierowana jest ta apostrofa, dokonuje się tu demaskacja. Iluzja/autorytet przestaje działać.

Kadry z „Heart-Shaped Glasses”, Say10” i Don’t Chase the Dead

W piosence ujawnia się forma dialogowa – lecz z kim rozmawia narrator, do kogo się zwraca (Jezus Chrystus?) – to pozostaje w strefie dociekań. Ta forma stwarza możliwości dla muzycznych interpretacji. Pink Floyd w „Keep Talking” wprowadzili żeński chórek, tzw. backing vocals (co – gdy tego słucham – powoduje, że mam dreszcze na plecach). Manson ma na swoich płytach sporo kawałków, w których współpraca artysta-chórek świetnie by brzmiała. „mOBSCENE” czy „Arma-goddamn-motherfuckin-geddon (The Teddybears Remix)” są tego przykładem.

5. W poszukiwaniu małej czarnej księgi

Krew prowadzi do winy, wina do osądu, a osąd do przedmiotu, na punkcie którego się zafiksowałem – do „little black book”.

Cross my name off the devil's to-do list

Burn every page in that little black book

And we're praying it remains 

in the mouth of God

Wykreśl moje imię z diabelskiej listy zadań / Spal każdą stronę tej małej czarnej księgi

I módlmy się, by pozostała / w ustach Boga

„Little black book” nie pojawia się ona u Mansona po raz pierwszy. W „Children of Cain” („Born Villain”, 2012), piosence o człowieku postrzegającym siebie jako część skażonej, naznaczonej winą ludzkości, mamy:

So take your little black book

I see the way that you look into it

I'll eat it and I'll cut my tongue

And all the pages you spread,

Sweet as honey you said

But I'm choking on your bitter stories

Weź więc swoją małą czarną księgę / Widzę, jak zaglądasz do jej wnętrza

Pożrę ją, choć rozetnę sobie przy tym język / i wszystkie jej rozłożone strony

Mówiłaś, że są słodkie niczym miód / ale ja krztuszę się goryczą twoich historii

Jeśli w powyższym fragmencie znajduje się podpowiedź do nurtującego mnie pytania, to ma ona kształt taki, jak w tym cytacie właśnie🙄

Zadałem sobie pytanie, czy przedstawiona na okładce płyty akwarela mogłaby być jedną z kart (a może nawet okładką) rzeczonej „little black book”.

Szybko uznałem, że nie.

W teledysku do „As Sick as the Secrets Within”, który można odczytać jako opowieść o procesie twórczym lub nieustannym stwarzaniu samego siebie, widzimy tę akwarelę jeszcze w trakcie powstawania. Towarzyszą jej inne prace rozłożone w pracowni artysty.

Okładkowa karta z portretem sprawia wrażenie luźno położonej na innym arkuszu. To praca wyjęta z teczki malarskiej – i z pewnością nie „little black book”. [0:27] „The Son of the Morning

Kadry z teledysku „As Sick as the Secrets Within

4. I staniesz w moim cieniu

Akwarela na okładce albumu nosi tytuł „And You Shall Stand in My Shadow”. I może przywoływać Psalm 91, rozpoczynający się słowami:

„Kto przebywa w pieczy Najwyższego

i w cieniu Wszechmocnego mieszka,

mówi do Pana: «Ucieczko moja i Twierdzo,

mój Boże, któremu ufam».

Bo On sam cię wyzwoli z sideł myśliwego

i od zgubnego słowa”.

Nie będę podążał tym tropem, ponieważ nie wydaje mi się szczególnie istotny dla interpretacji. Znacznie ważniejszy jest sam obraz.

Akwarela przedstawia wydłużoną, niemal nieludzką twarz o wysokim czole i zarysowanych kościach policzkowych. Lekko przymrużone oczy patrzą wprost na odbiorcę: uważnie, czujnie, z determinacją. Nad linią oczu biegnie ciemny łuk przypominający aureolę. Dominują chłodne biele i szarości, przełamane różem, czerwienią, ochrą oraz ziemistymi brązami. Kompozycja jest oszczędna, można powiedzieć, że ascetyczna, a zarazem ekspresyjna.

Podczas wielokrotnego słuchania „Death Is Not a Costume” przestała być dla mnie jedynie akwarelą oglądaną na ekranie. „And You Shall Stand in My Shadow” i muzyka połączyły się w jednej sekundzie, a ja doświadczyłem czegoś, co nazwałbym doświadczeniem transportującym.

3. Słońce i cień

Inna metafora pojawia się w drugiej części utworu:

I'll break your sunshine

To scare my shadow away”

Rozbiję twoje słońce / żeby odstraszyć własny cień

Zmienia się pozycja narratora!

Wcześniejsze wersy mają przede wszystkim charakter próśb, życzeń lub stwierdzeń („Cross my name off…”, „Burn every page…”, „Wish I knew you…”). Teraz narrator deklaruje działanie, a deklarację tę powtarza wielokrotnie. Mamy hipnotyczny, obsesyjny efekt, podobny trochę do… zaklęcia albo mantry.

Coś podobnego dzieje się w „Antichrist Superstar”:

The time has come it is quite clear

Our antichrist

Is almost here… 

it is done”

Nadszedł czas, to jest dość oczywiste / Nasz antychryst

Jest prawie tutaj… / Dokonało się

Uważam, że w obu przypadkach mamy podobną funkcję dramatyczną. Narastające napięcie znajduje ujście w wykrzyczanej frazie. Manson wywołuje efekt magiczny. I w taki sposób „Death Is Not a Costume” uczy mnie cierpliwości i uważności. Nie warto przerywać jej przed ostatnią sekundą. Pragnę jej słuchać od początku do końca.

2. Drzwi percepcji

Za którymś (zapewne -ątym) razem przestałem liczyć godziny, w czasie których słuchałem „Death Is Not a Costume”. Zatraciłem się w czasie. Wpatrując się w youtubową akwarelę „And You Shall Stand in My Shadow”, w pewnym momencie doznałem nierzeczywistej zmiany.

Może mi się wydawało, a może nie.

Plamy tworzące twarz jakby nieznacznie się przesunęły. Obraz na moment ożył. 

Stało się tak, jak się dzieje podczas oglądania na YouTube okładki albumu „WE ARE CHAOS”. Twarze nie są stabilne, podlegają zmianom, plamy są płynne, barwy przenikają się, nakładają na siebie. Oglądamy nie realizację impresjonizmu czy symbolizmu. Oglądamy estetykę ekspresjonistyczną. Oglądamy przeżycie psychodeliczne.

Może nie, może mi się tylko wydawało…

Szczególnie mocno poczułem basowy, mroczny, syntezatorowy charakter utworu. Post-punk, hard rock, gothic rock. Metaliczny, czysty głos Mansona. Wszystko to otoczyło mnie muzyczną powłoką działającą trochę jak pole siłowe.

Podobną właściwość odczuwam w „Disassociative”, w „Narayan” i „Climbatize” The Prodigy czy „Parabola” i „Reflection” Tool. To utwory, które stopniowo, stopniowo, stopniowo zamykają we wnętrzach swoich muzycznych głębin.

Doznanie trwało chwilę, ułamek sekundy (może w ogóle go nie było?). Krótkie przeniesienie się w inny stan percepcji, świadomości. Doznanie transportujące. O drzwiach percepcji i tego typu doświadczeniach pisał w swoich esejach „Drzwi percepcji” i „Niebo i piekłoAldous Huxley (bardzo cenię jego ostatnią powieść, „Wyspę”). Z tym tylko, że Huxley miał meskalinę, a ja mam Mansona.

Metonimia to czy synekdocha?

1. Moje marzenie o Mansonie

Kilka(naście) minut temu wspomniałem o chórku, backing vocals, rozszerzeniu instrumentarium. Nieprzypadkowo. To były celowo rozrzucone tropy wiodące do możliwości sformułowania mojego marzenia. Marzenia związanego oczywiście z Mansonem (w jego świecie siedzę kolejny tydzień i marzę tylko o nim). 

Jest nim, aby nagrał album z orkiestrą symfoniczną.

Metallica zrobiła to w 1999 i 2019 r. Ich „S&M” należy do czołówki moich najlepszych albumów w ogóle, a są nimi: „Mechanical Animals” Mansona, „Fat of the Land” Prodigy, „Lateralus” Tool, „Mainline” 4 Strings, „2K19” Stachurskiego, „Władca Pierścieni” Howarda Shore’a. 

Ach, usłyszeć „Death Is Not a Costume” z towarzyszącą jej orkiestrą symfoniczną!

Nie pierwszy raz pomyślałem o swoim pragnieniu, by Marilyn Manson nagrał taki album. To marzenie powróciło do mnie teraz, po kilkunastu latach, po koncercie w Łodzi. 

Nadrobiłem zaległości albumowe, o czym napisałem tu: https://slowanazdrowie.blogspot.com/2026/08/one-assassination-under-god-tour-2026.html. I mając na uwadze wszystkie płyty, skomponowałem tracklistę dwupłytowego albumu dla zespołu Marilyn Manson i orkiestry symfonicznej. Wybrałem utwory wolniejsze, ceremonialne (a wybór nie był łatwy):

1. Birds of Hell Awaiting

2. A Place in the Dirt

3. Kinderfeld

4. I Want to Kill You Like They Do in the Movies

5. Fundamentally Loathsome

6. Disassociative

7. Valentine's Day

8. Coma White

9. Coma Black

10. Dope Hat

11. Diary of a Dope Fiend

12. Running to the Edge of the World

13. Death Is Not a Costume

14. I Put a Spell on You

15. Golden Years

16. Paint You With My Love

17. Half-Way & One Step Forward

18. Sacrifice of the Mass

19. The Last Day on Earth

20. Born Villain

Nie zgłaszam propozycji orkiestry symfonicznej, dyrygenta ani składu zespołu Mansona. Jedyne nazwiska, jakie przychodzą mi do głowy, to Twiggy Ramirez, John5, Danny Elfman. Bardzom ciekaw, jak z pozycji dyrygenta (gdyby nim był) taki koncert by poprowadził Henryk Mikołaj Górecki? Albo Krzysztof Penderecki z tą swoją fizys. Zdaję sobie sprawę z fantazji tych myśli, ale kto mi zabroni wędrować różnymi ścieżkami „Death Is Not a Costume”? To wędrowanie, ten akt jest potrzebny, by lepiej rozpoznać rzeczony tekst kultury, a wraz z nim i siebie. Umieszczam go w różnych kontekstach, znajduję nawiązania i cytaty. Rozumienie staje się precyzyjniejsze i szersze zarazem.

A jednak nie napisałem, choćby w dwóch słowach, o czym jest ta piosenka. I nie napiszę, nie wyciągnę wniosków. Nie o to mi tu przecież chodzi.

Za to napiszę wiadomość do Syli:

Ja: Pamiętasz „Death Is Not a Costume”?

Ona może odpisze jednym słowem (a może nie):

S: Pamiętam.

Ja: Napisałem o nim na blogu.

S: Mam teraz przeczytać?

Ja: Nie. Najpierw posłuchajmy.


8.03.2026

„One Assassination Under God Tour 2026” Marilyn Mansona, czyli odzyskany fan ‡

 Nie wiem, jak nazwać uczucie, które ogarnęło mnie, gdy zaledwie kilka, może kilkanaście metrów przede mną pojawił się Marilyn Manson, a wraz z nim zespół: Tim Skold, Gil Sharone, Matthew Piggy D. Montgomery, Nick Annis. Stałem niedaleko sceny w łódzkiej Atlas Arenie i tonąłem w oceanie fanów. Trybuny były w większości zajęte, na płycie głównej tłum. Szacuję, że mogło nas być 12-13 tysięcy.

I. Atlas Arena

Serce biło mi mocno. Podekscytowanie. Szczęście. Dawna fascynacja, dawna miłość – wszystko to nagle odżyło. Poczułem w sobie coś, co towarzyszyło mi w 2009 r. podczas koncertu w warszawskiej Stodole, wcześniej na studiach, a jeszcze wcześniej – przez cztery lata liceum.

Próbuję sobie przypomnieć, kiedy odkryłem zespół Marilyn Manson. Moje obliczenia wskazują na rok 1999. Miałem wtedy piętnaście lat i chodziłem do pierwszej klasy liceum. W kinach pojawił się „Matrix” z ikonicznym dla mnie utworem „Rock Is Dead”. Rok wcześniej powstało „Mroczne miasto”, choć mało kto o nim wiedział. W 1999 roku ukazał się też album, który uwielbiam: „The Last Tour on Earth”.

A więc dwadzieścia siedem lat temu.

Liczba 27 nieustannie powraca w moim życiu. To dzień moich urodzin, dzień śmierci mamy, liczba przywołująca Klub 27, w 2027 r. ukaże się moja debiutancka książka. Liczba ta pojawia się także teraz i trudno mi uznać to za przypadek. Nie ma przypadków, są znaki. Ten koncert stał się dla mnie ważnym momentem: ponownym odkryciem w sobie fana, fana Marilyn Manson. Kiedyś nim byłem, potem przestałem. Jakże niesamowity potrafi być powrót! Ten esej jest tego świadectwem.

Nie spodziewałem się, że tamtego dnia zgromadzę wokół siebie ludzi, z którymi będziemy razem szaleć najpierw na koncercie, a później na afterparty. Do Łodzi przyjechałem z siostrą, która tamtego dnia obchodziła urodziny.
Przed Atlas Areną poznałem Jolę, która była już na kilku koncertach Mansona, oraz Asię, która ostatecznie zmieniła plany i postanowiła wrócić do Poznania późniejszym pociągiem. W samej hali poznałem Thomasa – śpiewał piosenki zarówno przed koncertem, jak i później, w różnych miejscach Łodzi. Był jeszcze wysoki młodzieniaszek imponujący mi wiedzą o Mansonie, ale wkrótce rozdzielił nas tłum. Na trybunach siedział mój znajomy, Tomek, z którym mogłem chwilę porozmawiać. Po koncercie dołączyła do nas jeszcze Sandra, koleżanka Thomasa, a od tamtej chwili – koleżanka nas wszystkich.

Nie zależało mi na czarnym stroju podczas koncertu. Jedynym czarnym akcentem były skarpetki w zielone czaszki. Poza tym miałem na sobie krótkie zielone bojówki i biały bawełniany T-shirt. Postawiłem na wygodę.

Pod halą byliśmy około godziny 17, bramki otwarto o 18, support, czyli VOWWS, pojawił się na scenie przed 20, a Marilyn Manson rozpoczął koncert punktualnie o 21.

Był to występ pełen energii, witalności, namiętności i intensywnych dźwięków perkusji, gitar, basu, wokalu. Byłem szczęśliwy.

Manson prezentował się lepiej niż siedemnaście lat wcześniej w warszawskiej Stodole, gdy pod czarnym T-shirtem bez rękawów skrywał niewielki brzuszek. Naplucie do cylindra kapelusza, a następnie włożenie go na głowę do dziś wydaje mi się gestem prymitywnym. 

Manson ma pięćdziesiąt siedem lat, a zaprezentował się jako ktoś w znakomitej, świeżej formie scenicznej.

Bilet (tylko w wersji elektronicznej) na koncert

Oto setlista:

„One Assassination Under God Tour”, 18 lipca 2026 r; Atlas Arena w Łodzi:

„Nod If You Understand”

„Disposable Teens”

„Angel With the Scabbed Wings”

„Great Big White World”

„This Is the New Shit”

„Dried Up, Tied and Dead to the World”

„Exit Wound”

„The Nobodies”

„Diary of a Dope Fiend” (interludium)

„Sweet Dreams”

„mOBSCENE”

„The Beautiful People”

„Tourniquet”

„Personal Jesus”

„If I Was Your Vampire”.

Szczególnego smaku tamteu wieczorowi dodawały drobne gesty i słowa kierowane do publiczności. Miło było słyszeć, jak Manson wielokrotnie wypowiadał nazwę Łodzi: „Łuusz/Łuuś (na swoich mediach społecznościowych podawał tę nazwę z zachowaniem polskich znaków)”. Podczas „The Dope Show” zmienił też fragment tekstu i zaśpiewał: „The drugs, they say, are made (...) in Poland”.

W pewnej chwili wyznał: „You are the loudest”.

W innej: „You are my great, big, white world”.

Straciłem dużo wody, więc T-shirt był mokry od potu. W kieszeni spodenek miałem koszulę na zmianę, przebrałem się. 

Ten koncert pozwolił mi się wykrzyczeć, wyrzucić z siebie napięcie, wyartykułować brud, który nosiłem w środku. Koncert pozwolił mi się obudzić; tak, obudzić z marazmu, w jakim istniałem. Otworzyły się nowe szczeliny rzeczywistości, a jedna z nich zaprowadziła mnie do chwil, w których było mi dobrze z tą muzyką, dobrze tylko z nią. Dwadzieścia siedem lat temu.

Muzyka Mansona odpychała ludzi, przy których nie chciałem przebywać. Dla wielu była zbyt agresywna, dziwna albo obrazoburcza. Byli też tacy, którzy słuchali i rozumieli, a jeśli nawet nie rozumieli, to potrafili zaakceptować moje uwielbienie. Dzięki niemu nie było ono samotnym przeżyciem, stawało się sposobem poznawania ludzi, z którymi mogłem dzielić własną wrażliwość.

Kilka dni później – po koncercie – na grupie fanowskiej napisałem, a potem otrzymałem odpowiedź:

Ja: „Słucham Mansona od 1999 r. Era „Portrait of an American Family”, „Smells Like Children”, „Antichrist Superstar”, „Mechanical Animals”, „The Last Tour on Earth”, „Holy Wood”, „The Golden Age of Grotesque”, a potem przestałem…

W domu mam autobiograficzną Trudną drogę z piekła, byłem w Stodole w 2009, teraz w Łodzi, a po koncercie po raz 1. w życiu byłem na afterparty w Woolturze z ludźmi poznanymi tego samego dnia. Dołączyłem do 2 grup na FB; patrzę i widzę, że dzieją się świetne rzeczy! Cieszę się, że są ludzie, którzy propagują muzykę Marilyn Manson. Serce rośnie, Człowieku! Dziękuję Ci!

Pisząc te słowa, słucham „Saturnalia”. Booże, jakie to jest dobre! Zaraz wrzucę „I want to kill You like they do in the movies”, a potem „As sick as the secrets within”! Booże, jakie to jest dobre!”.

EB: Czytając to wszystko naprawdę żałuję, że nie było Cię z nami na poprzednich zlotach. Słuchasz Mansona 7 lat dłużej. Z książek gorąco polecam Dysekcję gdzie są czyste fakty bez kolorowanki. Jesteś świetnym fanem i dobrze Cię mieć tutaj z nami!

Wydawnictwo Kagra: Trudna droga z piekła (2000) M. Mansona i Neila Straussa, tł. Magdalena Mejs; Dysekcja Marilyn Manson (2002) Gavina Baddeleya, tł. Bogusław Lubański

II. Zaległości i powroty

Po powrocie z koncertu żyłem nim jeszcze przez kolejne dni, tygodnie. Muzyka całkowicie zawładnęła moją codziennością, działała jak narkotyk, w tej chwili nucę: „this the new religion to me”. Słuchałem nie tylko albumu „One Assassination Under God – Chapter 1”, któremu poświęcę dalszą część tego eseju (to kapitalna muzyka, gdzie głos Mansona brzmi świeżo i czysto), ale przede wszystkim zacząłem nadrabiać wieloletnie zaległości. Obejrzałem nieobejrzane teledyski, przesłuchałem albumy, których wcześniej nie poznałem dostatecznie dobrze. I mam kilka refleksji. Oto one.

WE ARE CHAOS” (2020) okazał się nieprawdopodobną, balladową niespodzianką. Znajdują się na nim piękne, wzruszające utwory: „Paint You with My Love”, „Half-Way & One Step Forward” i „Solve Coagula”. Album kończy ballada „Broken Needle”. Jakaż piękna! Jakaż wzruszająca! Kocham Was! kocham świat cały! I dziękuję, dziękuję!

Podczas koncertu w Łodzi Manson mówił do polskiej publiczności: „I fuckin' love You”, co zabrzmiało jak echo słów z „Keep My Head Together”.

Heaven Upside Down” ukazał się w 2017 roku – roku śmierci ojca Briana Warnera, a zarazem roku śmierci mojej mamy. Szczególnie zachwyciła mnie „Saturnalia”, utwór nawiązujący do starożytnego Rzymu. Słyszę w nim również pewne muzyczne powinowactwo z „Posthuman”.

The Pale Emperor” (2015) oraz „Eat Me, Drink Me” (2007) to albumy, które mnie mało porywają. Warto jednak wspomnieć, że teledysk do „Heart-Shaped Glasses (When The Heart Guides The Hand)” wyreżyserował James Cameron.

Na „Born Villain” (2012) najbardziej podoba mi się utwór tytułowy. Wychwyciłem też kilka możliwych podobieństw i nawiązań: „No Reflection” przywołuje mi „Long Hard Road Out of Hell”, „The Gardener” – „That Don’t Impress Me Much” Shanii Twain, a „Breaking the Same Old Ground” – „Lamb of God”.

Na „The High End of Low” (2009) również usłyszałem wiele znajomych nut. „Running to the Edge of the World” kojarzy mi się z „In the Shadow of the Valley of Death”, „WOW” z „Golden Years” (a momentami także z „I Don’t Like the Drugs…”), „Wight Spider” przywołuje „Mechanical Animals”, natomiast „I Have to Look Up Just to See Hell” – „I Put a Spell on You”.

Jestem zdumiony różnorodnością i pozytywnie zaskoczony. Muzyka Marilyn Mansona nie istnieje w kulturowej próżni. Tworzy rozległą sieć skojarzeń i kontekstów, zachęca do odnajdywania podobnych melodii, motywów i emocji zarówno w jego wcześniejszej twórczości, jak i w muzyce innych wykonawców, filmie, literaturze, malarstwie. Lubię gry kontekstualne, uwielbiam tę intelektualną i kulturową podróż. Czymś takim właśnie jest studium Gavina Baddeleya Dysekcja Marilyn Manson, którą to książkę zdążyłem kupić i przeczytać.

Najbardziej jednak, słuchając tych albumów, uświadomiłem sobie, że mam do czynienia z Artystą przez wielkie A, z człowiekiem, który pisze teksty, nagrywa płyty, koncertuje, maluje. Tworzy od ponad 32 lat! I poczułem ukłucie smutku. Zatrzymałem się w miejscu, zasnąłem, pozwoliłem, by twórczość we mnie osłabła, zresztą, niewiele jej było. On tymczasem pracował, rozwijał się i dawał ludziom muzykę, emocje oraz piękno. To porównanie było bolesne, ale również otrzeźwiające. Kontakt z jego sztuką nie tylko zachwyca, ale budzi i pobudza!

Płyta wyprodukowana przez M. Mansona i Tylera Batesa, wydana przez Nuclear Blast 22.11.2024 r.

III. „One Assassination Under God – Chapter 1”

Jednym z moich najwspanialszych doświadczeń estetycznych tego roku jest właśnie album „Jedno zabójstwo pod okiem Boga – rozdział 1”. Ukazał się on w roku 2024. Słuchałem wielokrotnie, wielokrotnie, wielokrotnie (i mówiąc szczerze, słucham go i w tej chwili). Ten dwunasty studyjny album zawiera 9 utworów, trwa niecałe 45 minut. Rock industrialny, rock alternatywny, rock gotycki, punk rock, nu-metal – oto muzyczne konwencje, w jakich się mieści. To, co znajduje się poniżej, to zapis kolejnych skojarzeń, zachwytów, pytań i odkryć, to próba opisania tego, co wydarzyło się między muzyką Mansona a mną.

1. „One Assassination Under God”

Pierwsze trzy sekundy utworu natychmiast przywołały mi na myśl otwarcie „Antichrist Superstar”. To tylko krótkie skojarzenie, ale wystarczyło, by wzbudzić ekscytację.

Piosenka rozwija się zaskakująco melodyjnie, choć od początku obecne są niepokój, krzyki i wyeksponowane instrumentarium. Całość kołysze i hipnotyzuje, jednocześnie nie pozwalając poczuć się – hmmm – bezpiecznie. Połączenie chwytliwej melodii z atmosferą zagrożenia.

Teledysk do utworu wyreżyserował Bill Yukich. 

2. „No Funeral Without Applause” 

Pierwsze dwie sekundy wywołują u mnie natychmiastowe skojarzenie z „Dogma” z debiutanckiego albumu, podobna barwa brzmienia. Najbardziej jednak zapadł mi w pamięć piękny, wręcz poetycki fragment: 

„Stop the hands on the clock forever

And forget what we left behind” [2:47].

[Zatrzymaj wskazówki zegara na zawsze

i zapomnij o tym, co zostawiliśmy za sobą].

Te słowa zaskakująco przypominają mi fragment Lalki Bolesława Prusa:

Pluń na wszystko, co minęło: na własną boleść i na cudzą nikczemność… Wybierz sobie jaki cel, jakikolwiek, i zacznij nowe życie. Rób dalej majątek czy cudowne wynalazki, żeń się ze Stawską czy zawiąż drugą spółkę, byleś czegoś pragnął i coś robił”.

Nie twierdzę, że Manson czytał Prusa. Fascynuje mnie jednak, jak podobna intuicja może pojawić się u twórców oddzielonych epoką, językiem i kulturą: aby ruszyć dalej, trzeba w pewnym momencie odciąć się od przeszłości. Manson wyraził to w sposób liryczny, Prus – epicki. 

3. „Nod If You Understand”

Od pierwszych sekund dostaję energię, za którą kochałem Mansona, a która kojarzy mi się z bezczelną, agresywną siłą „Irresponsible Hate Anthem”. Piosenka trafiła na koncertową setlistę, dlatego mogłem usłyszeć ją na żywo w Atlas Arenie. Nie licząc słów wypowiedzianych jeszcze przed opuszczeniem kurtyny, pierwszymi zaśpiewanymi przez Mansona słowami tamtego sobotniego wieczoru było „I need destruction”. Coś pięknego! Energetycznego. Mocnego. Wściekłego. Marilyn Manson we wspaniałej formie!

4. „As Sick as the Secrets Within”

Piękna ballada!

Manson ma niezwykły talent do pisania utworów, które są jednocześnie delikatne i niepokojące. „Coma White” czy „The Last Day on Earth” urzekają melancholijnymi melodiami i wzruszającymi riffami. „As Sick as the Secrets Within” wpisuje się w ten sam nurt.

Szczególnie przejmujące jest zakończenie, gdy Manson wielokrotnie powtarza:

Keep sleeping, I'll make you dream of me

[Śpij dalej, sprawię, że będziesz śnić o mnie]

W jego wykonaniu brzmi to ekscytująco, a skojarzyło mi się z „Kołysanką” K. Komedy w „Dziecku Rosemary”. 

Teledysk wyreżyserował Bill Yukich.

5. „Sacrilegious”

To chyba jedyny utwór na albumie, który nie zrobił na mnie wrażenia. Być może dlatego, że słuchałem go zaledwie kilkanaście razy i zwyczajnie nie zdążył jeszcze we mnie dojrzeć. Mam wrażenie, że jest zbyt widowiskowy, zbyt „klipowy” (teledysk wyreżyserował ponownie Bill Yukich), zbyt rockandrollowy. Rockandrollowo brzmi np. „Rock 'n' Roll Nigger” (cover znajdujący się na płycie „Smells Like Children”) – a piosenkę tę szczerze lubię.

Najmocniej zapadła mi jednak w pamięć fraza powtarzana od trzeciej minuty: „Coming back / Coming back, baby”, ponieważ od razu usłyszałem w niej echo „Mister Superstar”: „Superstar, super fuck baby…” [3:54]. Kalka muzyczna jest uderzająca.

6. „Death Is Not a Costume

To dla mnie perła w koronie „One Assassination Under God – Chapter 1” i jeden z najlepszych utworów Mansona w ogóle! Hipnotyczne powtórzenia, narastające napięcie, drapieżny wokal, basy. Słucham jej w sposób niemal obsesyjny. Piosenka jest tak znakomita, że poświęcę jej osobny wpis na blogu.

7. „Meet Me in Purgatory”

Lubię ten utwór w taki sam sposób, w jaki lubię „New Model No. 15”. Trudno mi wyjaśnić to podobieństwo, oba kawałki mają przecież zupełnie inny charakter. Ale mnie chodzi o satysfakcję, jaką odczuwam podczas słuchania. Tekst jest dla mnie ciekawszy niż warstwa muzyczna. Na przykład refren stawia pytania o rzeczy ostateczne:

Are you gonna pray for me

When I'm in purgatory

Or just stare through the stained glass at my body lying there?

[Czy będziesz się za mnie modlić, gdy będę w czyśćcu, czy tylko będziesz patrzeć przez witraż na moje ciało leżące tam?]

8. „Raise the Red Flag”

Ten utwór darzę taką samą sympatią jak „User Friendly”. Tak jak we wcześniejszym duecie, tak również tu mamy do czynienia z różnymi energiami. Rzadko słucham/będę słuchał, ale i tak lubię, a na koncercie, gdyby ją wykonano, skakałbym i śpiewał jak szatan.

Pierwszy wers tej piosenki brzmi: „Your autopsy table is ready” (Twój stół sekcyjny już czeka). Czy nie jest to odesłanie do kadrów z teledysku „Front Toward Enemy”?

Kadr z teledysku Front Toward Enemy” (2026)

9. „Sacrifice of the Mass”

Album zamyka utwór o niezwykłym klimacie – mrocznym, podniosłym i wywołującym dreszcz, pesymizm, smutek. Już pierwsze dźwięki sieją niepokój, przygnębienie, a jednocześnie budzą ciekawość. Kompozycja rozwija się powoli i powoli buduje atmosferę.

W 3:34 pojawia się pojedyncza nuta, która brzmi niemal identycznie jak motyw z „Live to Tell” [0:34] z albumu „Confessions on a Dance Floor” Madonny.

Silne, pesymistyczne wrażenie robi finał:

                                Mother can't mourn me

Father won't win my fights
I'm dressed in my mortuary best
I'm ready for my ride
The blood of the covenant
Is thicker than the
Water of the womb
They're waiting with open arms
For me to join them soon

[Matka mnie nie opłacze / Ojciec nie stoczy za mnie moich walk.

Jestem ubrany w swój najlepszy pogrzebowy strój / Jestem gotów wyruszyć w ostatnią drogę.

Krew przymierza jest gęstsza niż woda łona / Czekają na mnie z otwartymi ramionami, żebym wkrótce do nich dołączył]

Omawiany utwór kojarzy mi się z „Count to Six and Die”, „Cruci-Fiction in Space”, a także z przywoływaną już raz „Kołysanką” Komedy. Po zakończeniu miałem ochotę już tylko na… „Marsz żałobny” Chopina.

Dziewięć utworów. Dziewięć tytułów. Dziewięć wypowiedzeń – zdań oznajmujących, rozkazujących, porównanie. Razem piosenki układają się w spójny poemat narracyjny: jedno zabójstwo pod okiem Boga – nie ma pogrzebu bez oklasków – kiwnij głową, jeśli rozumiesz – jesteś tak chory, jak tajemnice, które nosisz w sobie – świętokradztwo – śmierć nie jest kostiumem – spotkaj się ze mną w czyśćcu – wznieś czerwoną flagę – ofiara mszy świętej.

Kadry z filmu Mroczne miasto (1998) w reż. Alexa Proyasa i teledysku „Front Toward Enemy

IV. „Front Toward Enemy”

W dniu, w którym odbył się koncert, znana była nowa piosenka Mansona, natomiast 21 lipca 2026 r. ukazał się klip do niej. Mowa o „Front Toward Enemy”. Na facebookowej grupie fanowskiej Marilyn Manson ‡ Villains ‡ Poland rozmawiano o teledysku:

EB: Dla mnie woda 💦 Każdy teledysk z „Portrait of an American Family” (32 lata temu) jest lepszy. Klip na raz, jak animacja do „We Are Chaos”. 

MGM: Moim zdaniem taki trochę powrót do „Groteski”... Być może ze względu na udział Tima Skolda w teledyskach. Ogólnie teledysk kiepski graficznie i w ogóle przypominający „Deep Six” biorąc pod uwagę to białe tło, ale muzycznie spoczko (...). Nie zaprzeczam, że lubię jak coś się dzieje na ekranie, bo to moje przeciwieństwo, ja lubię monotonię w życiu, a od sztuki wymagam dynamiki. A w tym teledysku nic się nie dzieje w porównaniu do innych utworów MM (...).

Ja: Mam zdanie odmienne:) Teledysk ten jest oszczędny w formie, narracyjny, nie epatuje turpizmem; kolorystyka – że tak to ujmę – sterylna, stonowana; dopracowane, dopieszczone kadrowanie. Naprawdę doceniam to! W komentarzu na innej grupie napisałem, że teledysk ten swoją estetyką przypomina mi... film „Mroczne miasto” (1998) Alexa Proyasa. Więc jak dla mnie – ogień! (...). Oglądam ten teledysk i widzę: to jest kino artystyczne (i w dodatku pełne symboliki, metafor). Zachwycają mnie dbałość o detale i minimalizm. W warstwie muzycznej wściekłości wyczuwam jakieś podobieństwa do „Little Horn” czy „King Kill 33”.

Nie chciałem poprzestać na wrażeniu, dlatego obejrzałem raz jeszcze „Deep Six” (teledysk jest surrealny i w jakiś sposób psychodeliczny; bardzo mi odpowiada brzmienie). A potem TĘ „animację”. 

Podobieństwo między „We Are Chaos” a „Front Toward Enemy” rzeczywiście istnieje, zwłaszcza w sposobie ujmowania obiektów i komponowania kolejnych obrazów. Różnica jest jednak taka, że o ile „Front Toward Enemy” czerpie z estetyki kina artystycznego i minimalistycznego i pełny jest znaczeń, o tyle „We Are Chaos” to już propozycja kina ekspresjonistycznego, surrealistycznego, a może nawet estetyki campowej (o ile już teraz nią nie jest). Są to więc dwa różne sposoby opowiadania historii. W moich oczach oba zasługują na uznanie.

Kadry z filmu Pies andaluzyjski (1929) w reż. Luisa Buñuela i teledysku We are Chaos (2020) Matta Mahurina


Ten wysmakowany, estetyczny, minimalistyczny teledysk wyreżyserował Henri Alexander Levy (projektant mody, założyciel marki Enfants Riches Déprimés). To, co charakteryzuje tę reżyserię, to m.in. statyczne kadry, mało montażu, precyzyjne kadrowanie, stonowana kolorystyka (biały, czarny, metaliczny), eksponaty. Są wśród nich, m.in.: 

- książki „The Age Between: Adolescence and Therapy” i „High Risk: Children Without A Conscience” [0:38], 

- Indications for Child Analysis (dokumentacja psychologiczna dziecka) [3:36]; 

- niemiecki Krzyż Żelazny i radziecki medal z sierpem i młotem [3:37];

- „1931 Skull Temple University Medical School” (album absolwentów medycyny); 

- koszulka z napisem „Psychiatry is a dying industry” (Psychiatria to schyłkowa branża) [0:43].

Na wspomnianej grupie fanowskiej ktoś zwrócił uwagę na znaczenie tytułu:

Front toward enemy napis umieszczany na przedniej stronie kierunkowej miny przeciwpiechotnej M18A1 Claymore. Informuje, którą stroną należy skierować urządzenie w stronę przeciwnika”.

To spostrzeżenie wydało mi się trafne. Wojskowy kontekst dobrze wpisuje się w biograficzny i konfrontacyjny charakter utworu. Manson śpiewa słowa „Front Toward Enemy / Front Toward Enemy” („Strona skierowana ku nieprzyjacielowi”, „Przodem do przeciwnika”), patrząc prosto w kamerę, a więc również prosto na widza. Stajemy się adresatami tego komunikatu.

Największe wrażenie zrobiła jednak na mnie postać niskorosłego chłopca. Motyw dziecka powraca w twórczości Mansona od jej początków, dlatego od razu zwróciłem na niego uwagę. Jego twarz natychmiast przywołała mi skojarzenie z teledyskiem „I Don't Like the Drugs…”, a także – już po raz trzeci w tym eseju – z „Mrocznym miastem”.

Dopiero po kilku kolejnych seansach zacząłem odczytywać jego rolę inaczej. Pomyślałem, że nie oglądam po prostu niskorosłego chłopaka (a pojawia się i jego klon). Oglądam młodego Mansona. Mężczyzna śpiewający do kamery to Manson dojrzały, a trzecia postać – leżąca na stole sekcyjnym – to Manson umarły. W takim ujęciu teledysk opowiada o całym ludzkim życiu, o dzieciństwie, dorosłości i śmierci. Mamy tu freudowską myśl, że dziecko jest ojcem mężczyzny: dzieciństwo kształtuje wyobraźnię, wrażliwość, lęki, talent, rzutuje na całe życie.

Przy okazji zauważyłem jeszcze jeden szczegół. W scenie, w której chłopak podciąga się na drążku, raz widać na jego plecach tatuaże [1:36], a chwilę później już ich nie ma [1:49].

Jesteśmy więc w świecie, którego głównymi komponentami są psychiatria/psychologia, wojskowość, stawanie się. Z tych elementów Levy i Manson budują swoją opowieść.

Nie potrafię przejść obok tego obojętnie. Moje życie zawodowe związane jest z obszarem zdrowia psychicznego, słucham o ludzkim cierpieniu, kryzysach i próbach odbudowy życia. Dzisiaj odbudowuję się jako fan i mam teledysk, w którym centralne miejsce zajmują psychiatria, dzieciństwo, pamięć. Moje życie jest związane z Mansonem. Oto jest kolejny znak!

Afterparty w Woolturze: ja, Sandra, Thomas, Wioleta, Asia

V. Wooltura: after party

Wspomniałem, że po koncercie poszliśmy na afterparty do Wooltury (ale najpierw coś zjeść, bo towarzystwo zgłodniało, więc w okolicach północy zaflancowaliśmy w jakiejś arabskiej knajpce). 

W Woolturze złączyliśmy dwa stoliki pod ścianą, kupiliśmy piwko, rozmawialiśmy, słuchaliśmy muzyki, a Thomas co jakiś czas podśpiewywał. Wtedy też powiedział, że jednym z jego ulubionych albumów jest „WE ARE THE CHAOS”.

Poziom niżej na parkiecie można było potańczyć. Tańczyliśmy.

Sprawiało mi przyjemność przebywanie wśród ludzi. Byłem ich autentycznie ciekawy. Obserwowałem ich i ich stylizacje. Żyłem i byłem zdrów. Cieszyłem się nocą i możliwościami, jakie mam w życiu. 

Wracałem z Łodzi (padał deszcz) z poczuciem, że odzyskałem coś ważnego, że wróciło do mnie to, co mnie – mój gust muzyczny, gust estetyczny – (u)kształtowało. Odzyskałem część samego siebie. Przypomniałem sobie, kim byłem kiedyś, i wiem, kim chcę być nadal. To właśnie dlatego powstał ten tekst: by zapisać i zrozumieć wyjątkowy moment w moim życiu. Tym momentem jest odkrycie w sobie fana, odzyskanie go, spowodowanie, że się odrodził. Przez ostatnie lata byłem daleko i wydarzyło się wiele. Muzyka TA muzyka okazała się wielka i wspaniała. Czekała na mnie, a ja do niej wróciłem. I fuckin' love You!

‡ ‡