14 sierpnia 2026 r. pojawił się trzynasty studyjny album Mansona nagrany przy współudziale multiinstrumentalisty, Tylera Batesa.
Pierwszych kilkanaście odsłuchań było dość trudnym doświadczeniem. Nie wierzyłem, że mam to, co dostałem. Nie miałem żadnych oczekiwań po „One Assassination Under God – Chapter 1”, nie liczyłem, że usłyszę zachwycające mnie melodie, że znajdę swoje nowe „Death Is Not a Costume”, nie tworzyłem takich porównań. Zauważałem niedociągnięcia, fałszywe dźwięki, zaskakujące nuty. Niektóre rozwiązania drażniły, inne wydawały się dziwne albo nietrafione. Głos Mansona brzmiał przeciętnie, chropowato. To właśnie było dla mnie największym minusem: niedopracowany głos.
Byłem nieprzekonany, nieufny, zdezorientowany, ostrożny.
Słuchając kolejny raz, przyglądałem się akwareli na okładce (YouTube).
| Nuclear Blast Records, 2026 |
Oczami śledziłem strukturę i plamy. Przesuwałem się po linii brody, policzków, czoła. Przy krawędzi, nad łukiem brwiowym leżą dodatkowe plamy, jakby akwarela była w tym miejscu uzupełniana. Na ramieniu z kolei wyraźne pociągnięcia pędzla skierowane ku górze.
Po co?
Ślady malarskiej nieporadności.
Z czasem zmieniłem zdanie na temat tej akwareli. Na pozytywne.
Przedstawia ona bladą twarz otoczona z prawej strony głęboką czernią przypominającą kaptur lub zakonny welon. Głowa wydłużona, duże czoło. Silnym punktem są oczy otoczone rozlaną czernią, jedno zdaje się patrzeć na odbiorcę, drugie w innym kierunku. Chorobliwe odcienie zieleni, błękitu, szarości i bladej żółci kontrastują z przygaszoną czerwienią ust, nadając postaci wygląd ludzki, widmowy i trupi. Kontrastują z przygaszoną czerwienią ust.
OAUG 2 słuchałem nieustannie. Oto moje luźne myśli.
1. Unalive [4:56]
Tytuł można przetłumaczyć jako „nieżywy”, „uśmiercony”. Zamiast zwyczajnego „dead” mamy „unalive”.
„It will eat you alive” (pożrę cię żywcem), „Now stab to your right” (teraz dźgnijcie osobę po prawej), „Burn you like a church” (spalę was jak kościół), „I want your whole death” (chcę twojej całkowitej śmierci). Te deklaracje brzmią złowieszczo. Są antyludzkie, nihilistyczne.
Biorąc pod uwagę, że tekst jest niepokojący, teledysk robi niezwykłe wrażenie sposobem budowania atmosfery. Teledysk krąży wokół spraw obrazujących rytuał. Operuje oszczędnymi środkami wyrazu, zbliżeniami, kontrastem. Klimat mroczny, niepokojący, sprawia wrażenie lucyferycznego. Jeśli ktoś ma ciarki albo włoski stają mu dęba, to ja to rozumiem. A przecież wciąż jest to opowieść o rytuale, o działaniu mediumicznym. Anthony Silva (reż.) i Marilyn Manson stworzyli coś wybornie imponującego.
| Wydaje mi się, że podobny gest Manson wykonał w łódzkiej Atlas Arenie |
Ta trudna piosenka z teatrem jednego aktora sprawia, że płyta ma kapitalne, klimatyczne otwarcie. To jest wielki plus albumu. Doceniam utwory takie jak „The Ecstasy of Gold” na „S&M” Metalliki, „ACT I: Sea Borne” na „Dionysus” Dead Can Dance czy „Doskozzzę” otwierającą „2K19” Stachursky’ego. To kawałki, które nie tylko rozpoczynają album, one do niego wprowadzają, transportują. Są przewodniczkami. „Unalive” jest czymś właśnie takim na „One Assassination Under God – Chapter 2”.
Jeszcze jedna myśl: w teledysku pojawia się śnieżący ekran telewizora. Podobny obraz znajdziemy w „Nobodies”.
2. Don't Answer the Door [4:26]
Jedyny na płycie tytuł, który jest bezpośrednim zwrotem do kogoś, imperatywem – „Nie otwieraj drzwi” – a nie nazwą, stanem czy rzeczownikiem.
Pop rock, melorecytacja, wrzask. Są momenty przywołujące klimat „The Death Song”, a pod koniec zacząłem nawet nucić „Let It Be” Beatlesów. Jest też trochę… much:
„The flies are starting to swarm” (Muchy zaczynają się roić).
Natomiast w „Valentine's Day” Manson śpiewa:
„Flies are waiting” (Muchy czekają).
W 2:21 szok! Wchodzi nowy dźwięk, z zupełnie inną energią, jakby wyabstrahowany z reszty utworu. Nie brzmi dobrze. Jest to dla mnie zaskakujące, bo brzmi niemal tak, jakby został do piosenki doklejony. Na moment rozszczelnia jej konstrukcję i kieruje ją gdzie indziej.
Mam inny inny moment skrzeczący:
„Let us in, let us in”.
Swoją drogą, ciekawie koresponduje to z „Death Is Not a Costume”. Tam Manson śpiewa:
„Try to get inside my head
All the windows are painted shut”
(Spróbuj dostać się do mojej głowy / wszystkie okna są zamalowane).
A w „Don't Answer the Door” słyszymy:
„Let us in, let us in” (Wpuść nas, wpuść nas).
Ogólnie – nie przepadam za tym kawałkiem. Trochę mnie męczy, a trochę wydaje mi się wymęczony. Powtarzane „Let us in, let us in” zamiast potęgować niepokój po prostu mnie drażni, a ja natychmiast przechodzę do innej piosenki.
Gdybym miał stworzyć swoją listę najgorszych kawałków Mansona, to „Don't Answer the Door” by się tam znalazł.
3. Front Toward Enemy [4:23]
Tę piosenkę przesłuchałem wiele razy, wiele razy obejrzałem teledysk i poświęciłem mu niemało miejsca na blogu: https://slowanazdrowie.blogspot.com/2026/08/one-assassination-under-god-tour-2026.html. A jednak dopiero teraz wychwyciłem coś, co łączy „Front Toward Enemy” z „The Bright Young Things”. Chodzi o nieoczekiwany moment gwałtownego, energicznego wykrzyczenia frazy, który nagle wybija się z dotychczasowego przebiegu utworu (i nic tego nie zapowiada). W FTE następuje on w 2:05, w „The Bright Young Things” w 2:12. Naprawdę lubię!
Znalazłem jeszcze drugi szczegół. „Front Toward Enemy” i „Deformography”. Ich wysokie dźwięki skutecznie, brutalnie naciskają na moje nerwy. Odczuwam to. Grają mi na nerwach, szarpią je, powodują, że czuję się niespokojnie. I w taki oto sposób mają zdolność wywoływania u mnie bólu głowy (albo takiego wrażenia).
| Gdy Manson śpiewa „From Toward Enemy”, to patrzy przed siebie |
| Teledysk pełny jest szczegółów i znaczeń |
Jeszcze trzecia sprawa. Właśnie tym utworem – FTE – kończy się fanowskie nagranie koncertu Mansona w Łodzi: „Marilyn Manson – All That's Lost, All That's Forgotten: Live in Łódź [2026 Full Multicam Concert]”.
Coś pięknego!
https://www.youtube.com/watch?v=RjhjpYn8nqA&t=467s
4. All the Vilest Things [4:33]
„You tried your best / To destroy me
Don't want revenge / 'Cause you only made me stronger”
Próbowałeś z całych sił / Zniszczyć mnie
Nie chcę się mścić / Bo tylko mnie wzmocniłeś
Rytmiczna, śpiewna, głos Mansona metaliczny. Melodie wzbudzają we mnie jakieś minione, przyjemne tęsknoty. Do kogo? Do czego? Myślami podążam po przełomie mileniów, choć nie potrafię zatrzymać się w żadnym konkretnym miejscu. A przecież obrazy, o których śpiewa Manson, przyjemne nie są. Raj zasadzony w obozie śmierci, kwiaty wyrastające na cmentarzu, odłamki wyciągane z martwej skóry albo cytat: „I've got Heaven on my mind / I've got Hell in my heart”.
Przeszkadzał mi pewien dźwięk – zniekształcony, zdaje się, dźwięk gitary elektrycznej/akustycznej (?). Brzmiał mi paskudnie. Słyszałem w nim ryk słonia. Dźwięk-kaleka.
Jednak ten ciąg drażniących brzmień stopniowo się wycisza i kończy. Jeśli później daje o sobie znać, to robi to subtelnie.
Najpierw ten dźwięk znienawidziłem. Dokuczał mi, przeszkadzał.
Potem zacząłem na niego czekać, chcieć go słyszeć. Wsłuchiwałem się, delektując chwilami szorstkości.
Manson stworzył kiedyś postać cyborga-kaleki („Tourniquet”). Teraz mam swój dźwięk-kalekę w „All the Vilest Things”. I on – dziwaczny, drażniący – jest częścią struktury, uczestniczy w dziele tworzenia. Jest potrzebny właśnie dlatego, że wkurza. Jest powołany do tego, żeby powodować doznania.
Gdy notowałem te słowa, byłem po dwudziestu dwóch przesłuchaniach płyty. Spodobała mi się jeszcze bardziej! Coś się we mnie otworzyło na nią.
Pojawiła się nowa chęć odsłuchania.
Więc słucham.
I jeszcze.
I jeszcze.
Jestem we władaniu. Nie wiem, kiedy piszę te słowa, wtedy czy teraz, ale wiem, co robię. Słucham.
„Hate me, hate me
Don't wish me suicide”.
„All the Vilest Things” to mój ulubiony kawałek na płycie.
5. None of the Suns [5:12]
Jest tu jakieś podobieństwo do „Third Day of a Seven Day Binge”, może też do „New Model No. 15”. Słuchając, łapałem się na tym, że podśpiewuję „Funky Rider” Stachurskiego. Przez moment skojarzyło mi się z „I Follow Rivers” Lykke Li i „Girls Wild” LP. Jest trochę Depeche Mode, trochę The Chemical Brothers.
Przy „mOBSCENE” tańczyliśmy karakana. Tutaj też tańczymy, choć inaczej. A do tego przyśpiewka:
„All of the moons
And none of the suns
Together we run
Away from the day light”.
Wszystkie księżyce / i żadnego ze słońc
Razem uciekamy / od światła dnia
Chwytamy się za ręce i cała sala śpiewa z nami!
A słuchając:
„Sometimes is better than all times
But not as good as never”
zatrzymuję się, by pomyśleć: czasami jest lepsze niż zawsze, ale nie tak dobre jak nigdy.
Chciałbym usłyszeć „None of the Suns” w aranżacji Nirvany. Wspominam o nich, bo są momenty, gdy głos Mansona przywodzi na myśl Kurta Cobaina.
6. Lucifer's Teardrop [4:35]
| Alexandr Cabanel, „Upadły Anioł”, 1847 |
Niektóre nuty kojarzą mi się z „Deep Six”, natomiast nastrojem przywołuje „HALLOWEEN”. Klimat piosenki jest niesamowity: mroczny, intensywny, drapieżny, śpiewny. Jest w tym wszystkim coś rytualnego i mistycznego. Jedna z moich ulubionych piosenek.
Gdy słuchałem kolejny i kolejny raz, zapragnąłem przeczytać coś… lucyferycznego.
I znalazłem. I przeczytałem.
https://wolnelektury.pl/katalog/lektura/micinski-lucifer/
Tadeusz Miciński
(tom „W mroku gwiazd”, 1902)
Lucifer
Jam ciemny jest wśród wichrów płomień boży,
lecący z jękiem w dal — jak głuchy dzwon północy —
ja w mrokach gór zapalam czerwień zorzy
iskrą mych bólów, gwiazdą mej bezmocy.
Ja komet król — a duch się we mnie wichrzy
jak pył pustyni w zwiewną piramidę —
ja piorun burz — a od grobowca cichszy
mogił swych kryję trupiość i ohydę.
Ja — otchłań tęcz — a płakałbym nad sobą
jak zimny wiatr na zwiędłych stawu trzcinach,
jam blask wulkanów — a w błotnych nizinach
idę, jak pogrzeb, z nudą i żałobą.
Na harfach morze gra — kłębi się rajów pożoga,
i słońce — mój wróg słońce! wschodzi, wielbiąc Boga.
*
Mój duch łańcuchem skuty do ziemi
zwisa się w przepaść piekielnych łon,
a kiedy targnie skrzydły dźwięcznemi
głuche się echo ozwie jak dzwon.
U stropu mego gwiazda się żarzy
[serce me niegdyś kochało ją],
w przeanieleniu złotych witraży
ona się moją syciła krwią.
I znowu płynie gwiaździsta rosa
pocałunkami morderczych zórz —
oh, duszo moja, oh, me niebiosa,
rzućcie swe płomię w toń zimnych mórz.
Nie pragnę słońca — osamotniony —
z krzykiem złowieszczym upiornych snów,
bogowie mogił — jam był pojony
jak wy — ambrozją — i mlekiem lwów.
Organy grają Requiem żalu,
organy grają Centaurów zgon,
jak Damajanti płacze po Nalu,
tak burze, wichry, grady i szron —
wieczne są we mnie, jak łzy w opalu.
7. The Arsonist [4:03]
Z liter tytułu można ułożyć satanist🤘
Momentami ma kołysankowy ton.
„I'm the poison you can never taste” odnosi się, oczywiście, do: „I've got something you can never eat” w „Apple of Sodom”. I do brzmienia także (podobną kalkę, nawiązanie znajdziemy w „Sacrilegious” i „Mister Superstar”).
Ogólnie nie jestem zakochany w tej piosence, ale uwielbiam moment, gdy Manson śpiewa: „The ones who hate you always find each other”. Ta melodia jest przyjemna, czekam na nią. Poza tym w tekście wspomina się o koniu, wątku, który obecny jest też i w mojej ulubionej „Death is not a Costume”. W taki więc oto sposób znajduję jakieś małe połączenie, połączątko OAUG1 z OAUG2.
No i całkiem dobrze brzmi:
„When I rise, you're gonna learn
There's a lot more bridges for me to burn”
Kiedy powstanę, nauczysz się / Że mam jeszcze wiele mostów do spalenia”.
8. Exit Wound [4:38]
Uważam, że na tle całej płyty kawałek prezentuje się znakomicie, a przecież słuchałem go wielokrotnie.
Manson wykonał go w Łodzi.
| Momenty falowania rzeczywistości: „Sweet Dreams” i „Exit Wound” |
9. Enantiomorph [6:12]
Rozmowa telefoniczna, głosy, fragmenty wypowiedzi. Od razu przypomniały mi się „Misery Machine” oraz „May Cause Discoloration of the Urine or Feces”.
W pewnym momencie naszło mnie też skojarzenie z „Blue” R.E.M. i Patti Smith.
A kiedy pojawiają się słowa i melodia:
„The sky can't fall forever”
(Niebo nie może spadać wiecznie),
nuciłem pod nosem… „Tacy sami” Lady Pank. Tak mi się połączyło i już nie chciało rozłączyć. Zapewne po jakimś czasie nie będę już zauważał pierwotnego skojarzenia – i dlatego o nim wspominam. Chcę uchronić przed zapomnieniem swoje doświadczenia muzyczne.
Z innych kontekstów: pojawia się tu kilka mrocznych chwil, które znam z Therion czy My Dying Bride.
Ogólnie całkiem przyjemne zamknięcie płyty. Ale z jego odpowiednikiem w postaci „Sacrifice of the Mass” zdecydowanie przegrywa pojedynek.
Kaleka
Wspomniałem o cyborgu-kalece i dźwięku-kalece. Skąd ten „kaleka”?
Z książki Dysekcja Marilyn Manson Gavina Baddeleya (Wydawnictwo KAGRA, 2002, str. 65, tł. Bogusław Lubański): „Marilyn Manson wchodzi na scenę przebrany za cyborga-kalekę”.
Najpewniej wykonuje „Tourniquet” (który zresztą wykonał w Łodzi; poniższy kadr pochodzi z „Marilyn Manson – All That's Lost, All That's Forgotten: Live in Łódź [2026 Full Multicam Concert]”).
Dysekcję przeczytałem niedawno, Psychikę: Historię ludzkiego umysłu (2026) Paula Blooma także. No i zrobiło się bardzo ciekawie, ponieważ tu i tu znalazłem coś bardzo podobnego.
„(...) No i jeszcze kwestia jego teorii. Studenci często się dziwią, że wydziały psychologii bardzo rzadko prowadzą zajęcia na temat Freuda. Prawdę mówiąc, możesz zdobyć licencjat z psychologii któregoś z głównych uniwersytetów, nie usłyszawszy ani razu jego nazwiska. (Większe zainteresowanie budzi ta postać na zajęciach z literatury – łatwiej znaleźć profesora literatury angielskiej opowiadającego o Freudzie niż psychologa). Kiedy zaczynałem pracę na stanowisku adiunkta na University of Arizona, prowadziłem seminarium "Darwin, Freud i Turing: trzy spojrzenia na umysł". W tamtym czasie nieraz słyszałem od starszych kolegów, że te zajęcia byłyby lepsze, gdybym usunął postać wymienioną w środku" (s. 69)”.
A oto Baddeley:
„Zygmunt Freud był żydowskim lekarzem, urodzonym w Republice Czeskiej (ówczesnych Morawach) w 1856 roku, którego idee zrewolucjonizowały sposób w jaki postrzegamy samych siebie. Z teoriami tego ojca psychoanalizy nie liczy się już żadne środowisko naukowe, a jego zwolenników łatwiej znaleźć na uniwersyteckich wydziałach literatury angielskiej niż na wydziałach psychologii. Niemniej jednak Freud był pionierem zrozumienia ludzkiego umysłu” (str. 36).
Dwie różne publikacje, dwóch zupełnie różnych autorów i taka sama (amerykańska) perspektywa, taka sama myśl. Chodzi mi o to, że w tysiącach skrawków świata, jakie mnie otaczają, odnajduję niespodziewane połączenie. W przestrzeni świata na moich oczach spotykają się myśl psychologiczna i Marilyn Manson. Wędruję ścieżkami nakreślonymi przez OAUG2 i znajduję nawiązania i konteksty. Tak to się odbywa.
Teraz już musi się odbyć zakończenie.
| Dom Wydawniczy REBIS, Wydawnictwo KAGRA |
Zakończenie
Kontekstów wiele, w tym skojarzenia jak Stachursky, Lykke Li, LP. Takie nawiązania przeszły przez moje ucho podczas wielokrotnego słuchania albumu. Było wiele innych, ale te stworzyły dodatkowy komponent. Obcujemy nie tylko, jak podaje WikiManson, z goth rock, alternative rock, industrial metal, bo i z czymś lżejszym i z zupełnie inną energią, z dark popem – tak to chyba mogę nazwać.
Być może ten popowy, momentami dance'owy odcień powoduje, że album jest osobniczy, eklektyczny i paradoksalny. Pokaleczone brzmienia i brzmienia takie, że włoski stają. Naprawdę doceniam dzieło Mansona i Batesa. Doceniam serię akwareli. Są sprawy, których na albumie nie doceniam.
Album niepodobny do żadnego albumu Mansona. W jakiś sposób projekt „Smells Like Children” był eksperymentalny, zaskakujący, dziwaczny. Jedynie taka myśl przychodzi mi do głowy. Ni to porównanie, ni to nawiązanie.
Przy OAUG2 i tak bawiłem się znakomicie. Tydzień spędzony z albumem niewątpliwie dał mi dużo wrażeń, a najważniejsze to, że chciałem poświęcić mu tekst na blogu. To już mój trzeci o Mansonie.
Moje piąteczki:
Death is not a Costume
Nod If You Understand
Sacrifice of the Mass
As Sick as the Secrets Within
One Assassination Under God
‡
All the Vilest Things
Lucifer's Teardrop
Front Toward Enemy
Unalive
Exit Wound