Najpierw jednak kilka słów o tym, o kim i o czym opowiada ta powieść. Zew mężobójcy to historia Rona Granta, uznanego amerykańskiego dramaturga (ekranizacja jego Pieśni Israfaela zdobyła pięć Oscarów), który podczas pobytu na Jamajce w gronie artystycznej elity angażuje się w nurkowanie głębinowe. Nie tylko podziwia rafy koralowe, ale także poluje na ryby i rekiny. To jego sposób radzenia sobie z emocjonalnym zamętem.
Ron, 36-latek, związany jest z 53-letnią Carol Abernathy, a zakochany w 27-letniej Lucky Videndi, z którą weźmie ślub. Od tego momentu pojawią się problemy: napięcia, niezrozumienie, podejrzenia o zdradę.
Wszystko to rozpisane na 623 stronach (Wydawnictwo Książnica, Katowice 1995, przeł. Andrzej Ziembicki) – w języku mistrzowskim, pełnym pięknych, niebanalnych opisów i niezapomnianych scen.
Zapadł mi w pamięć obraz Granta, siedzącego na podmorskim, skalnym grzybie i marzącego o masturbacji.
Zapadł mi w pamięć opis intymnej czynności męskiej: „Grant poczuł na plecach lekki dreszcz. Stwierdził również, że kryształki soli wbite w tkaninę slipów drażnią jego krocze i czubek siusiaka. Ukradkiem wsunął rękę w przemiękłe z tyłu spodnie, podrapał się i dokonał szybkiego przegrupowania klejnotów”.
Który mężczyzna nigdy nie przegrupowywał klejnotów? Nawet Al Bundy zna ten samczy, absolutnie męski gest. Samczy. O samczości będzie jeszcze mowa.
Albo – kapitalny fragment o wydobywaniu przez płetwonurków martwych ciał z zatopionego samochodu: „duszyczki unoszonej w śmietankowe niebiosa” [304] – śmietankowe, bo rzeka mętna.
I te majtki, które zsunęły się z utopionej…
Dedykacja rzuca światło na pewien kierunek interpretacyjny. W tę wielką historię wpisuje się bowiem trójkąt miłosny: Ron-Carol-Lucky.
Carol Abernathy (która zresztą ma męża) to dojrzała, choć rozhisteryzowana, kobieta, dająca poczucie bezpieczeństwa, ale w zamian oczekująca całkowitego podporządkowania. Ron jest jej, powiedzmy to wprost, utrzymankiem. Przynajmniej początkowo. A czemu tak się dzieje? „Ze strachu przed samotnością (...) tego rodzaju, przejmującej kosmicznym chłodem (...) wolał szukać schronienia w owej odrobinie miłości, która jeśli nawet go nie rozgrzewała, to przynajmniej nie pozwalała zamarznąć” [58]. A także dlatego że „chciał zostać niewolnikiem jakiejś kobiety, robakiem pełzającym u jej stóp, istotą godną wzgardy i traktowaną pogardliwie…” [234].
Tego rodzaju samoponiżenie nie jest tylko erotyczną fantazją. To sposób egzystencjalnego wycofania się z odpowiedzialności i dorosłości, ucieczka w rolę podporządkowanego, który przestaje być za siebie odpowiedzialny.
Jednak w swoich rozważaniach nie pójdę śladem dedykacji i nie wybiorę wielkomiłosnego kierunku interpretacyjnego. Interesują mnie inne zagadnienia, którym poświęcona została ta wielka powieść Jamesa Jonesa: jak rozumieć męskość? Co to znaczy być mężczyzną? Skąd w mężczyźnie potrzeba zachowań ryzykownych? Dlaczego ci mężczyźni – najczęściej żonaci – oddają się tak niebezpiecznej aktywności? Przecież wpisane w nią jest realne ryzyko utraty zdrowia, a nawet życia.
Skąd ta potrzeba adrenaliny, doświadczeń balansujących na granicy?
Nurkowanie głębinowe to sport drogi, elitarny. Widzimy przecież bohaterów osadzonych w kręgu tzw. śmietanki towarzyskiej: pisarze, krytycy (z magazynu „Time”), aktorzy, hrabiny, modelki, właściciele hoteli, psychoanalitycy. Mężczyźni zamożni, uprzywilejowani, świadomi swojej pozycji – a jednak stale szukający przekroczenia granicy komfortu i bezpieczeństwa. Dlaczego?
Zauważyłem przy tym inne, powiązane zagadnienie: nieustanne alkoholizowanie się. Bohaterowie niemal bez przerwy piją – na łodzi, w hotelu, w restauracji, przed nurkowaniem, po nurkowaniu, przed snem.
Alkohol staje się środkiem regulującym napięcia – zarówno egzystencjalne, jak i emocjonalne. A także katalizatorem skrajnych myśli. Wyzwala w człowieku myślenie radykalne, impulsywne, intensyfikujące lęki i obsesje. Jak w poniższym fragmencie: „Kiedy [Ron Grant] tak siedział ciągnąc terapeutyczną whisky, przez jego mózg, przez niego całego, przemykały najrozmaitsze przerażające myśli. Myśli o przemocy, strachu, zabijaniu, o kretynizmie i duchowej kastracji zmieszały się do tego stopnia, że nie sposób je było od siebie oddzielić, bo zmieszały się niczym składniki jakiegoś piekielnego gulaszu. Rozogniona, zwierzęca zazdrość sprawiała mu taki ból, że byłby gotów wyć. Ale nie miał zamiaru wyć. A wszystkie na poły skonkretyzowane i tylko w połowie poddane analizie masochistyczne fantazje eksplodowały i zniknęły w łunie realnej możliwości. Byłby gotów zabić. Nie, oczywiście, że by jej nie zabił. W końcu, dostatecznie pijany, wrócił do sypialni. Przez chwilę spoglądał na Lucky, uśpioną w swoim łóżku zsuniętym z jego łóżkiem, patrzył na jej rozsypane na poduszce szampańskopłowe włosy. Była tak piękna” [536].
Cztery refleksje o tym, dlaczego mężczyzna podejmuje zachowania ryzykowne
Wracam do pytania, ponawiam je z uporem i ukonkretniam je: skąd w mężczyźnie potrzeba zejścia pod wodę i uśmiercenia rekina? Z tej obszernej powieści wyłowiłem kilka możliwych odpowiedzi.
Oto pierwsza refleksja związana z postacią Ala Bonhama – właściciela sklepu ze sprzętem do nurkowania i mentora Granta:
I refleksja:
„Dzisiejszego popołudnia [Bonham] miał prawdziwą ochotę na wyskok w morze i uśmiercenie rekina. Ilekroć zbierało mu się na rozważania o własnej nieuchronnej śmierci – które towarzyszyły mu nieraz całymi dniami – mógł jedynie, żeby się od nich oderwać, postawić Alego u steru, popłynąć nad „Rekinią Metę”, gdzie zawsze można było liczyć na jedną czy dwie sztuki, gwałtownie zejść na dno z bagażem swej wściekłości i strachu, następnie zaś ukatrupić śmiercionośnym strzałem w łeb dwumetrowego rekina błękitnego, tygrysiego albo młota. Nawet kiedy strzał w łeb mu nie wychodził i trzeba było odcinać linkę łączącą go z harpunem, miał uciechę jak cholera. (...) Te numery jednak oczyszczały człowieka, podkręcały, wyzwalały od wszystkiego, co złe, w ogóle od wszystkiego. Bonham przychodził po nich do siebie. Nie musiał się obawiać, czy w razie czego mu stanie” [134].
W tym fragmencie nurkowanie zyskuje wymiar symboliczny i terapeutyczny. Bonham – zmagający się z lękiem przed śmiercią i życiowym wypaleniem – odnajduje chwilowe ukojenie w ekstremalnym doświadczeniu. Nie chodzi tylko o sport, o „rekreację”, chodzi o akt oczyszczenia. Zanurzenie w głębinie jest równoznaczne z konfrontacją z własnym strachem, a uśmiercenie rekina – z próbą ujarzmienia chaosu wewnętrznego.
I w tym cytacie, i w całej powieści Jonesa czuć pierwotną prawdę: męskość rodzi się często w opozycji do lęku. Tam, gdzie jest strach, musi pojawić się działanie. Tam, gdzie jest bezradność, musi pojawić się impuls. W przeciwnym razie – człowiek zamiera.
II refleksja:
„Dlaczego zatem nie jest [Grant] uszczęśliwiony? (...) Przybył tu w poszukiwaniu rzeczywistości. Rzeczywistości mężczyzny. Rzeczywistości męstwa. Czego jeszcze? Któż może wiedzieć? Ucieczki przed świadomością, iż życie jest zbyt łatwe. Czuł w każdym razie, iż rzeczywistość ulotniła się z jego życia, z jego pracy – i to dawno temu. Rzeczywistość – za której utratę przynajmniej częściowo odpowiedzialność ponosi Carol Abernathy ze swoim osobliwym nawykiem dominowania, ze swoim kompleksem kwoki”.
Cytat ten zawiera w sobie kilka tropów: ucieczkę przed łatwością życia, tęsknotę za „męską rzeczywistością”, frustrację wynikającą z relacji z kobietą dominującą.
Ron Grant szuka czegoś realnego – takiego doświadczenia, które dałoby mu poczucie kontaktu z własnym istnieniem. W jego świecie sukces zawodowy, wygoda materialna i bezpieczeństwo emocjonalne nie przynoszą spełnienia, a wręcz przeciwnie – wywołują frustrację. Właśnie dlatego decyduje się na coś, co wykracza poza wygodne życie: nurkowanie, ryzyko, stawianie się w sytuacjach granicznych.
Ta „rzeczywistość męstwa”, której Ron szuka, to nie tylko fizyczna odwaga. To kontakt z pierwotną siłą: konfrontacja z lękiem, naturą, śmiercią. To także ucieczka przed życiem podporządkowanym silniejszej partnerce – relacji, w której został zredukowany do roli biernego, kontrolowanego obiektu.
Uderza w tym fragmencie przekonanie bohatera, że łatwe życie to nieprawdziwe życie. Że komfort – choć pożądany – rozmywa egzystencjalny kontur rzeczywistości. Dlatego wybiera drogę, która rani, ale daje sens.
III refleksja:
„Przez całe życie był tchórzem. I właśnie z tego powodu przez całe życie zmuszał się do czynienia rzeczy, które miały dowieść, że nie jest aż takim tchórzem, jakim – co doskonale wiedział – w istocie był. Absurdalna strategia. Nigdy z niej nic nie wynikało. No więc powtarzał te numery dzień po dniu.
Duma? Tak. Był dumny. Ale nie odważny. Nie zuchwały. Tak wyglądało jego życie dzień po dniu, przez całą wojnę. Czy potrafiłaby sobie wyobrazić takie życie dzień po dniu, przez cztery i pół roku, nieustannie, wyjąwszy dwie albo trzy okazje, kiedy zakipiała w nim krew – mówiąc o rekinach naukowcy używali terminu „odruch żerowania stadnego”, gdy jednak odnosili się do ludzi, nazywali rzecz „heroizmem” – czy więc potrafiłaby to sobie wyobrazić? Jedni ludzie byli odważni, drudzy po prostu nie byli. Należał do tych, którzy nie byli. I musiał się o tym przekonać. Jakoś, jeśli to było możliwe, musiał się o tym przekonać” [299].
Kapitalny fragment! Ron nie jest herosem – i doskonale o tym wie. Całe jego życie to próba zagłuszenia tej świadomości. Ryzyko, jakie podejmuje, nie jest wynikiem odwagi, lecz kompensacji lęku. On zmusza się do niebezpiecznych działań, by zbudować przed samym sobą narrację, że „jednak potrafi”. Człowiek bojący się własnej słabości prowokuje sytuacje graniczne, by sprawdzić, czy potrafi je przekroczyć.
Jones demaskuje więc romantyczny mit odwagi: nie każdy czyn ryzykowny jest wyrazem bohaterstwa. Często to tylko nerwowy gest człowieka, który próbuje uciszyć wewnętrzny głos mówiący: „Jesteś tchórzem”. Ron należy do tych, którzy nie są odważni — i nurkowanie, polowania na rekiny czy inne ekstremalne doświadczenia są dla niego desperacką próbą uzyskania dowodu odwrotnego.
To nie heroizm, lecz życie w nieustannym napięciu między dumą a strachem.
IV refleksja:
„Przynajmniej milion razy Grant zadał sobie pytanie, dlaczego, do stu diabłów, to robi, skoro wcale nie musi. Przychodziła mu do głowy tylko jedna odpowiedź: po to, aby później, z łechcącą ego dumą, móc opowiadać, że to zrobił. Chełpić się przed bliźnimi, że to zrobił” [421].
Odnajduję tu najbardziej gorzki i przyziemny motyw podejmowania ryzyka: próżność. Grant nurkuje, poluje, naraża się nie po to, by odnaleźć prawdę o sobie, nie po to, by przekroczyć własny lęk – lecz by mieć historię do opowiedzenia. Taką, która nada mu splendor, wzbudzi podziw, uczyni z niego bohatera we własnych (i cudzych) oczach.
Gdybym więc miał krótko, króciutko podsumować cztery powyższe cytaty, to powiedziałbym tak: nie tylko strach, nie tylko ucieczka, nie tylko tęsknota za prawdziwością – ale także ego i potrzeba zachwytu innych pchają bohatera w głąb morza. I w głąb samego siebie.
Samczość, samczość, wszystko samcze
Gdy byłem uczniem podstawówki, później liceum, a potem studentem, przerażała mnie myśl o byciu w grupie złożonej wyłącznie z mężczyzn. Nieważne, czy chodziło o lekcje wychowania fizycznego, służbę wojskową, pracę na budowie, czy wyobrażony obóz koncentracyjny dla homoseksualistów – sam męski kolektyw budził we mnie lęk, opór, wstręt. Odpychała mnie wizja spoconych ciał, woni przepoconych skarpet i pach, agresywnej atmosfery pozbawionej cienia łagodności. Brak wrażliwości, empatii, subtelności – tego właśnie obawiałem się w przestrzeni czysto męskiej. Społeczność złożona wyłącznie z facetów wydawała mi się brutalna i całkowicie obca moim potrzebom, mojej osobowości.
Tymczasem w Zewie mężobójcy odnajduję postać, która zdaje się ucieleśniać wszystko to, co mnie niegdyś odrzucało i przerażało – samca stuprocentowego, brutalnego, zuchwałego, fizycznego. Złodziejaszka albo kleptomana. Co ciekawe – Polaka! Frankie Orloffski, bo tak się nazywa, to właściciel sklepu ze sprzętem sportowym i nurkowym w Cape May. To właśnie z jego udziałem rozgrywa się jedna z końcowych scen powieści – mordobicie, co rozbawiło mnie… obficie. (Nawiasem mówiąc, James Jones także w Stąd do wieczności powołuje do życia polskiego bohatera, z tym że epizodycznego – a jest on sądzony przez sąd wojskowy za pederastię).
W kontekście tego bohatera pojawia się taki oto fragment:
„Co to było? Orientacja nie tyle promęska, co antykobieca. A może jednak raczej promęska. Superpromęska. Superhiperpromęska. Ale nie homoseksualna. Czy też: zazwyczaj nie homoseksualna. Wręcz przeciwnie, faceci tego typu zwykle nienawidzili homoseksualizmu z pasją wręcz zatrważającą. Ale męska. Męsko-męska. Sprzymierzenie samców przeciwko światu. Ramię przy ramieniu. Żołnierz przy żołnierzu. Samczość, samczość, samczość. Wszystko samcze. Wszędzie samczość. Może ta orientacja stawała się antykobieca tylko wtedy, kiedy kobiecość dokonywała zamachu na samczość? Orloffskiemu aż ciekło z pyska to przekonanie” [272].
No powiedzcie sami, czy ten Jones nie jest wnikliwym obserwatorem? W niezwykle intensywny, podszyty ironią i celowo przerysowany sposób opisuje pewien archetyp męskości – hipermęskiej, zrytualizowanej wspólnoty samców, funkcjonującej niemal jak sekta. Uważam, że trafnie pokazuje, że za tą postawą kryje się nie tylko potrzeba przynależności, ale i lęk – zwłaszcza lęk przed przekroczeniem granicy między bliskością a pożądaniem. Dlatego też mężczyźni reprezentujący ten model reagują furią i odrazą na homoseksualność, ponieważ ta kwestionuje porządek ich świata. Ta superhiperpromęskość stanowi jedną z odpowiedzi na pytanie o to, dlaczego mężczyźni potrzebują potwierdzania swojej tożsamości w działaniu, walce, rywalizacji.
Świat krąży wokół fiuta
Fragmentów w tej wielkiej amerykańskiej powieści, które zasługują na uwagę, jest rzecz jasna o wiele, wiele więcej. W końcowej rozmowie Rona z Lucky pojawia się znakomita refleksja podsumowująca sposób postrzegania męskości. Mowa tam między innymi o podglądaniu sikających ojców, o ich fajfusach, o facetach, którzy nigdy naprawdę nie dorastają. Bo – powiedzmy to wprost – świat męski krąży wokół kutasów, fiutów, siusiaków, klejnotów. Bogactwo synonimów, jakie serwuje tłumaczenie Andrzeja Ziembickiego, po prostu zachwyca. Polszczyzna okazuje się tu językiem przebogatym – także, a może zwłaszcza, w sferze erotyczno-cielesnej. I to jest piękne. Piękna jest polszczyzna, kiedy pozwala autorowi i tłumaczowi iść śmiało za językiem bohaterów, za ich wstydem, żartem, dumą, wulgaryzmem.
Tę myśl o „fiutkach” – o zabawie chłopców w dorosłych mężczyzn – formułuje Ron Grant, uznany amerykański dramaturg, autor zekranizowanej Pieśni Israfaela, która zdobyła pięć Oscarów. Nie będę jej cytował, choć ją spisałem i umieściłem w folderze z wielkimi cytatami.
Wielkimi cytatami. Wielkimi. Skoro mowa o czymś wielkim, pozwolę sobie zakończyć ten esej krótkim wyliczeniem wielkich tematów, jakie podejmuje James Jones w Zewie mężobójcy: męskość i tożsamość, obsesja i konfrontacja z żywiołem, wolność kontra uzależnienie, natura jako tło i test człowieczeństwa. I nie miałem nawet okazji rozpisać się o tytule, który w oryginale brzmi: Go to the Widow‑Maker. Tytuł wdzięczny, dający do myślenia – ale zostawię go na inną okazję. Czas dobić do brzegu. Ten tekst i tak już się rozrasta. I dobrze. W końcu opowiada o rzeczach poważnych, męskich, czyli fascynujących.