Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bólEgzystencjalny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bólEgzystencjalny. Pokaż wszystkie posty

6.13.2025

„Dziczek” Jakuba Zająca, czyli zapach mężczyzny

Dziczek wyzwolił we mnie namiętność, rozpalił pożądanie. Przemówił z siłą tak wielką, że poczułem ból. Ból ten był czymś w rodzaju emocjonalnego rozmontowania, dekompensacji albo, mówiąc mniej psychiatrycznie, a bardziej filozoficznie, metafizycznego wstrząsu. To reakcja całej mojej istoty – ducha i ciała – na obcowanie z Pięknem, które Jakub Zając zawarł w swojej prozie. Powrót do zwyczajnej codzienności możliwy był m.in. dzięki przelaniu doznań na bloga. Tak powstał ten esej, zapis poruszenia, które nie chciało minąć. Panie i Panowie, oto cztery tysiące słów na zdrowie!

Wydawnictwo Wielka Litera, 2025


Odkrycie Dziczka

Okładka Dziczka mignęła mi kilkakrotnie w przestrzeni bookstagrama, ale nie zwracałem na nią większej uwagi. Brałem ją bowiem za inną książkę – graficznie podobną, a kompletnie mnie nieinteresującą. Gdy pojawiła się po raz kolejny, zatrzymałem wzrok na kolorze i ilustracji. Były mi przyjemne, intrygowały swoją prostotą. W końcu, przeglądając youtubowe kanały książkowe, natrafiłem na rozmowę z autorem Dziczka. Kliknąłem „play” i – leżąc na kanapie, w półroztargnieniu – oglądałem, aż do momentu, który zatrzymał mnie w miejscu. Autor scharakteryzował wtedy uczucie osamotnienia, które dopadało go w niektóre noce. W kilku zdaniach opisał je tak dokładnie, tak celnie, że wiedziałem: to również moje doświadczenie. Znam smak tej duszącej, nocnej goryczy.
    Słowa Autora były tak trafne, tak pięknie wypowiedziane, że cofnąłem nagranie o kilkanaście sekund i odsłuchałem ponownie. I jeszcze raz. I jeszcze. W końcu sięgnąłem po długopis i zapisałem jego słowa na kartce: „uczucie nie dającej się odpędzić głębokiej samotności. I w związku z tym poczucie odosobnienia. Odosobnienia z nutą wrzaskliwości wewnętrznej, eksplozywnej samotności” [od 26 min. 13. sek.: https://www.youtube.com/watch?v=0b58PF7-SoI&t=1613s].
    Spokojny i urzeczony umiejętnością nazwania tego głębokiego uczucia, z wielką przyjemnością obejrzałem całą rozmowę, doceniając nie tylko treść, lecz także niezwykłą urodę języka, jakim posługuje się Autor. Choć był późny wieczór, a może wczesna noc, odnalazłem kolejne nagranie – i włączyłem. Słuchałem. Nie, nie tylko słuchałem, bo i patrzyłem. Zauroczony. Czas miał pokazać, jak owo zauroczenie dojrzewało we mnie po cichu, systematycznie, jak coś niecodziennego i namiętnego. Kwitło. 
    Takie były kolejne dni, a uczucia nie dało się całkowicie utrzymać w sekrecie. Podzieliłem się nim na InstaStory, pisząc i oznaczając Autora m.in.: „Po prostu kocham słuchać, jak @jakub_zajac_autor opowiada o swoich książkach i innych sprawach. Bardzo ładna, sensualna polszczyzna. Jak tylko jego Dziczek będzie dostępny w Bibliotece Śląskiej, od razu zamówię!”.
    Reakcja Autora była szybka, bezpośrednia: „Wyślę Panu za ten piękny wpis. Proszę o kontakt priv”.
    Był piątek, 30 maja 2025 r., godz. 13.50. Wyrwałem się z pracy, podszedłem do pobliskiego paczkomatu, odebrałem przesyłkę, wróciłem, dokończyłem obowiązki i ruszyłem do domu. Dziczek (Wydawnictwo Wielka Litera, 2025) – pachnący drukiem jak „Batmany” czy „X-meny”, które w latach 90. XX w., mając lat 10+, czytywałem – trafił w moje ręce!
    Czytałem przez resztę tamtego deszczowego dnia, co jakiś czas zaglądając na Instagram. Ciekawiły mnie InstaStories Autora: co teraz robi, o czym myśli, co publikuje? Chciałem patrzeć, słuchać, stworzyć złudzenie bycia blisko. Moje myśli płynęły ku niemu.
    Czytałem także przez całą sobotę; i nie mogłem się oderwać. Na godzinę czy dwie przed końcem towarzyszyła mi ta sama myśl, jaka nawiedzała mnie podczas książek Larry’ego McMurtry’ego: „Ja nie chcę! Ja nie chcę kończyć!”. Nawet zamierzałem podzielić się pragnieniem niechcenia w InstaStory, ale porzuciłem ten zamiar. Nie dlatego, że obawiałem się być nachalny (rzecz jasna, oznaczyłbym Autora). Raczej dlatego, że mniej słów między nami oznaczało więcej treści we mnie.
    Więc o czym jest ta trzecia w dorobku Jakuba Zająca książka? Przybliża ją opis na tylnej okładce:
    W zabytkowym dworku, który kryje w sobie atmosferę tajemnicy, samotny nauczyciel – Narrator, zmęczony życiem i rozczarowany swoimi wyborami, przygotowuje się do wyjazdu. Jego plany niespodziewanie zmieniają się wraz z pojawieniem się nowego lokatora – Dawida, młodego pedagoga, który właśnie wrócił z podróży i ma objąć stanowisko Narratora w szkole. Zafascynowany nowym współlokatorem, Narrator zaczyna śledzić jego ruchy i snuć wyobrażenia na temat jego życia, co z czasem przeradza się w głęboką, zmysłową więź, której charakter pozostaje niejednoznaczny.
    Punktem przełomowym staje się przekazanie przez Dawida Narratorowi pendrive’a z tekstem Zdjęcia z pamięci. To osobista i filozoficzna opowieść, która wprowadza Narratora – i czytelnika – w świat retrospekcji Dawida, otwierając przed nimi przestrzeń pełną ukrytych emocji, wspomnień i refleksji. Granice między rzeczywistością a wyobraźnią zaczynają się zacierać, a w tej metafizycznej podróży Narrator musi zmierzyć się z prawdą o sobie, Dawidzie i swojej przeszłości”.
    Tamta sobotnio-niedzielna noc, tuż po przeczytaniu książki, okazała się bezsenną i intensywną, a kolejne noce miały być podobne. Wierciłem się w łóżku niczym Swann z początku septalogii Marcela Prousta, prowadząc niekończące się monologi wewnętrzne, nad którymi po prostu nie miałem kontroli. Nie potrafiłem ich zatrzymać, ułagodzić, uspokoić. Wiedziałem, że zetknąłem się z prozą kunsztowną, oryginalną, namiętną; z pisarzem bez wątpienia utalentowanym, artystą i rzemieślnikiem. Artystą – za sprawą wyobraźni, poetyckiej wrażliwości, elegancji stylu, taktu językowego. Rzemieślnikiem – z powodu kunsztownie zaplanowanej konstrukcji powieści. Czułem, że wszystko w niej jest nasycone literackością, pełne zmysłowości, introspekcji, symbolicznych tropów, dopracowane. Zakochany byłem, mój Boże, zakochany! I sam nie wiedziałem – w Dziczku czy może… w Autorze? I nie wiedziałem też, czy wychwycony przeze mnie błąd w powieści był bramą do nowej jakości, czy po prostu błędem…
    Nie czas i pora o błędach rozprawiać, gdy człowiek leży w sofie i marzy, i gładzi opuszkami palców okładkę delikatnego ciała książki, jakby była dłonią. Albo policzkiem tego mężczyzny… 

Kryzys mężczyzny

Dziczek oferuje wiele tropów interpretacyjnych i stanowi wdzięczny materiał do poszukiwań intelektualnych. Moja pierwsza odpowiedź na pytanie, o czym ta powieść jest, brzmi: o – przyjmijmy umownie – czterdziestoletnim mężczyźnie w kryzysie psychicznym. Oto bezimienny główny bohater, narrator pierwszoosobowy, już od pierwszych stron odsłania się przede mną – czterdziestoletnim (znowu pozwólmy sobie na uproszczenie – i znowuż nie aż tak wielkie) czytelnikiem – wyznając, że właśnie przeżywa trudności.
    Po pierwsze, wypaliłem się. Przestało mi zależeć, czy kogokolwiek czegokolwiek nauczę, a szkoła – jeszcze bardziej niż dotychczas – wydawała mi się siedliskiem nonsensu (...). Lekcje prowadziłem nonszalancko albo wdawałem się w konflikty z nauczycielami” [Dziczek, s. 9].
    W dalszej części książki znajdujemy potwierdzenie tego psychicznego dyskomfortu: „(...) Straciłem już wiarę, że komukolwiek pomagam” [112].
    To wyznanie nie jest tylko aktem spowiedzi, ale aktem rozpoznania, diagnozy siebie jako człowieka wypalonego, pogubionego, zagubionego w rytmie dnia codziennego.
    Po drugie, mówi dalej Narrator, jego życie uległo rozmyciu w powtarzalności, w czymś, co właściwie określić można jako wegetację, banalność i nudę egzystencji:
    Zrozumiałem, że życie, które prowadziłem, nie prowadziło do niczego poza prowadzeniem życia”.
    Z czasem do tych odczuć dołącza tonacja ciemniejsza: myśli fatalistyczne, posępne, o niemal katastroficznym brzmieniu: „(...) przeczuwałem, że zdarzy się coś niedobrego. Miałem nieodparte wrażenie, że dochodzę do kresu, a czas przypiera mnie do ściany. Czułem się doprawdy fatalnie (...)” [10].
    Wszystkie te głosy – rezygnacja, intuicja zbliżającego się kresu – układają się w portret mężczyzny, który nie tyle przechodzi chwilowy dołek, ile staje u progu egzystencjalnej katastrofy. Pozwalają dość precyzyjnie zdiagnozować stan bohatera: mamy do czynienia z człowiekiem zmagającym się z problemami adaptacyjnymi i objawami wypalenia zawodowego. Fatalna, bolesna sprawa – jak powiedziałby ktoś, kto zna ten stan z autopsji. Wypowiedziana później przez bohatera deklaracja: „chyba mam depresję” [218] nie kończy tematu, lecz przeciwnie, otwiera go szerzej, pogłębia. Dla pełnego obrazu konstrukcji psychicznej Narratora należałoby bowiem dołożyć do tej diagnozy również rezygnację, bierne dryfowanie ku nicości, powolne odchodzenie od życia. Wskazują na to jego słowa:
(...) Tak czuję. Świat mnie wyprzedził. Ludzie toczą jakąś dziwną wojną. Ale ja nie walczę z nimi ramię w ramię. Stoję obok i przyglądam się toczonym przez nich bitwom” [219].
    To głos człowieka stojącego w cieniu. Świadka, a nie uczestnika. Obserwatora życia, które dzieje się obok, bez jego udziału, jakby bez jego zgody. Jeszcze bardziej przejmujące są słowa, w których Narrator analizuje swój stan niemal klinicznie:
    (...) a jednak pozostawałem w bezruchu i walczyłem tylko w świecie wewnętrznym. Tylko tam rozgrywały się moje wojny i zderzały się ze sobą sprzeczne koncepcje. Rodziły się, rosły oraz dojrzewały plany, z których większość – zgniła już i robaczywa – nigdy nie przebiła skorupy, nie zwalczyła komfortu samotności i nie wyszła na światło dzienne. Bo samotność to komfort. Tak, komfort! Ucieczka od życia i od odpowiedzialności za nie lub – jak mówił Dawid – lenistwo” [97].
    Samotność jawi się tu jako zjawisko ambiwalentne. Z jednej strony przynosi ulgę, ciszę i poczucie bezpieczeństwa, z drugiej stanowi wygodne alibi dla bierności, ucieczki, kapitulacji przed życiem. Ta postawa, tyleż zrozumiała, co dramatyczna, osadza bohatera w roli wewnętrznego rozbitka, który wprawdzie nie zatonął, ale dawno już przestał szukać brzegu. Oto, proszę Państwa, kwintesencja wyuczonej bezradności!
    Jednostka i wielkie kwantyfikatory: czas, wojna, walka, życie. Te słowa, jak posępne kamienie, osadzają się w języku i myśleniu bohatera. Takie opozycje, takie rozpoznanie siebie w świecie budzą się zazwyczaj w chwilach beznadziei, w stanie utraty wartości, które tworzą fundamenty człowieczeństwa: wiary, nadziei, miłości. Właśnie wtedy, gdy nie ma już punktu oparcia, pojawia się ból egzystencjalny. To on trawi bohatera.
    Autor więc dla wyeksponowania swojego bohatera wybrał moment dla niego być może ostatni możliwy, przełomowy. Jedną nogą bohater stoi jeszcze na grząskim gruncie empirii, ale druga zawisa już nad przepaścią, w której zaraz znikną sens, nadzieja, chęć trwania. Tak przewiduję. Pamiętać przecież trzeba, że depresja nieleczona prowadzi do śmierci.
    Być może podobną pułapkę egzystencjalną zastawił Jarosław Iwaszkiewicz na Wiktora Rubena w Pannach z Wilka. Ruben – również czterdziestolatek, również wypalony i obolały – otrzymuje zalecenie: urlop, zmiana otoczenia. I dopiero potem okaże się, że jego wewnętrzny kryzys może stać się początkiem przemiany.
Bohaterowie Iwaszkiewicza i Zająca to bratnie dusze 

Człowiek spotyka człowieka

Udzieliłem pierwszej odpowiedzi na pytanie, o czym jest Dziczek. O samotnym mężczyźnie w kryzysie. Ale jest też druga odpowiedź: to opowieść o spotkaniu człowieka z człowiekiem. O spotkaniu jedynym i niepowtarzalnym w skali kosmicznej. O wydarzeniu, które – kiedy już się (że tak to niezgrabnie ujmę) zdarzy – zaczyna dziać się w człowieku, porusza nim, wytrąca z marazmu i wlewa w niego ożywczą wodę élan vital. Dlatego człowiek pragnie człowieka, bo może odnaleźć sens, wypełnić swoją pustkę. Takie spotkanie staje się impulsem do działania, do ruchu, do zmiany. Człowiek jest celem, zwrotnicą losu, kimś na kształt terapeuty.
    Kiedy Dawid wracał, napełniałem się istnieniem. I wystarczało mi to, że był. Że zamknął się w pokoju i pisał. Umył się i zasnął. Wyszedł, ale wrócił. Nie musiał do mnie mówić ani wystawiać się na atak mych lubieżnych zmysłów. Nawet w nocy, gdy marzyłem o naszej bliskości, czułem spokój na myśl o tym, że spał w pokoju obok” [204].
    To on [Dawid] pochłaniał moją uwagę i to jego pragnąłem poznać. Patrzyłem więc, słuchałem i cieszyłem się każdym słowem, które wypowiedział, oraz każdą myśl, którą sformułowałem na jego temat” [112].
    W tych fragmentach krystalizuje się jedno z najważniejszych doświadczeń literackich: spotkanie z drugim człowiekiem, które uruchamia całe spektrum przeżyć, od kontemplacji po fizyczne wzmożenie. Narrator staje się czujny, aktywny, zaangażowany. Jego zmysły – wzrok, słuch, dotyk – żywią się obecnością Dawida. Ale to nie tylko aktywizacja zmysłowa. W ruch idzie całe ciało: bohaterowie wybiegają z dworku, trzymając pokrywy od kotłów, przepędzają dziki, wspólnie reagują na świat – oto wspaniały przykład. Przebywanie razem oznacza bycie w działaniu, w życiu, nie tylko obok siebie, ale dla siebie. Bo człowiek dla człowieka potrafi być terapeutą. 
    Szybko staje się jasne, że jeden z nich pragnie drugiego z autentyczną, intensywną namiętnością. Pragnienie to nie ma w sobie nic powierzchownego; jest głębokie, cielesne. Narrator mógłby podglądać Dawida godzinami, kontemplować jego ciało, łaknąć dotyku, pieszczoty, bliskości. Tak się, zresztą, dzieje (zachowaniem jest przyjemność podglądania; terminem z pola nauki: oglądactwo, wojeryzm).
    Miejsce i czas, gdy mężczyźni się spotykają – dworek na wzniesieniu, nieco na uboczu, choć nie całkowicie odizolowany – ma charakter quasi-mityczny. Stanowi przestrzeń wyjętą spod prawa codzienności. Z dala od ciekawskich spojrzeń uczniów, bo to wakacje, okres zawieszenia rutyny, pora, gdy można zrzucić społeczne maski. W takiej właśnie aurze rodzi się narracja, którą można odczytywać jako literacką wariację na temat Tajemnicy Brokeback Mountain. Trudno oprzeć się takiej analogii: mamy dwóch mężczyzn, odosobnione miejsce, homoerotyczne pożądanie. J. Zając stworzył własną, nauczycielską wersję tamtej opowieści. Własną tajemnicę. Nie Góry Brokeback, a Góry Borkowskiej.
    Tym milej odnoszę się do tego dzieła – filmu Anga Lee – gdyż współautorem scenariusza był Larry McMurtry, którego już raz w tym eseju wzmiankowałem. Gdziekolwiek jestem i zwietrzę kontekst opatrzony jego nazwiskiem, tam zatrzymuję się, by ukontentować siebie obrazami z jego książek: dwie błękitne świnie, które pożerały grzechotnika i które wraz z kowbojami przemierzały bezdroża między Teksasem a Montaną; wzruszające spotkanie Augustusa z Klarą (Na południe od Brazos); smak smutku i kończącego się świata, wyprowadzenie prostytutek, historia powstania Miasta Wron, amputacje w zamykających tetralogię o Dzikim Zachodzie Ulicach Laredo; nowa przygoda, do której przystąpiłem z drżącymi dłońmi i wysokimi oczekiwaniami, których autor nie zawiódł, czyli otwierający ten cykl Szlak Umrzyka; i debiutancki Ostatni seans filmowy; i jakże urzekające Czułe słówka! Piękne jest to, że jeszcze nie wszystkie jego powieści przeczytałem. Czekają na mnie w świecie podniety i radości. Są jak lekarstwo na dni ponure i kryzysowe.
    Tymczasem nie w kowbojskim Wyoming lat 60. XX w. jesteśmy, lecz we współczesnej Małopolsce, w dworku na wzniesieniu. Nie tajemnica Brokeback Mountain, lecz tajemnica Góry Borkowskiej. Autor Dziczka zapisał sceny zbliżenia homoerotycznego z ogromnym wyczuciem: są one pełne czułości, sensualne, a przy tym elegancko stonowane. Ich literacka forma nie sprowadza cielesności do dosłowności, a raczej nadaje jej wymiar poetycki i intymny.
    Czytałem te fragmenty cały podekscytowany, rozochocony, próbując zapanować nad chucią. Nie zapanowałem, poddałem się. Poprawka: poddawałem się. Luudzie! To, co działo się ze mną jako czytelnikiem, przestało być tylko aktem zagłębiania się w świat wyobraźni Autora. Stało się spotkaniem… hmm… fizycznie autentycznym, cielesnym. To irracjonalna siła, która wyłączyła mnie z innych namiętności i pragnień i przypomniała, kim jestem. Spowodowała, że na nowo spoglądałem w głąb siebie, w swoją tożsamość, a potem oddychałem pełną piersią.
    Prowadziłem monologi wewnętrzne i nie mogłem spać, a fantazja kreowała piękne sceny. Oglądałem na YouTubie kolejne rozmowy z Autorem, choćby o jego pierwszej książce, Halt. Zapiski z domu trzeźwienia (2020). Widziałem i słyszałem swobodę w mówieniu o chorobie. Imponowały mi autentyczność i odwaga, a w mojej głowie pulsowały pewne doświadczenia wspólne, choć przecież inne, które ja ukryłem pod powłoką wstydu i niebytu, a on referował bez skrupułów. Jego język był dla mnie czymś niezwykle atrakcyjnym i się wzruszałem nienasycony (sapioseksualizm). W jego aparycji, wyglądzie znajdowałem piękno. Wędrowałem na Facebooka, na Instagrama. Krótka wymiana wiadomości, nie zbłaźnij się tylko (tak myślałem), nie napisz czegoś, czego będziesz się wstydził (hamowałem się). Autor mi pokazał, jak podniecające są niedomówienia.
    A co, gdybym przyjechał do Krakowa? Pod dowolnym pretekstem. By go zobaczyć, spędzić z nim czas, poczuć jego energię. Sam nie wiem, czy mi się śniło czy to projekcja fantazji: siedzimy nad Wisłą i patrzymy w wodę. Jednoczy nas milczenie, otula ciepło czerwca, jak miło jest milczeć w jego obecności! Moja dłoń na jego karku, mężczyźni tak lubią. Bym się nasycał i niczego bym nie pragnął. Może tylko pójść do niego, mieć nas tam na wyłączność. Och, tak, o tym fantazjowałem. Tańczylibyśmy jak Louis i Prior. Przyparłbym go do ściany, opuszkami palców wędrował po policzku i patrzył w oczy. Oczy są kuszące, w spojrzeniu jest głębia. Czułbym jego zapach, zapach mężczyzny. O Boże! Całowałbym go. Moje usta tego pragnęły. Zadowolenie. Jedyność w skali kosmicznej. On. Całował, całowałbym go.

Ukojenie drugie i inne sprawy

Historia J. Zająca mówi o czymś kolejnym: o ukojeniu, jakie przynosi literatura. Perspektywa jest tutaj podwójna. Z jednej strony mamy Zdjęcia z pamięci, czyli dzieło in-progress, które stwarza Dawid Dziczek, i które nim powoduje. Z drugiej zaś strony mamy wiernego Narratora, który powieść chłonie z wypiekami na twarzy, popijając przy tym wodę élan vital. Nadawca, odbiorca i komunikat. Sztuka jako komunikat, za sprawą którego porozumiewają się ze sobą dwie strony. To piękny sposób! Coś takiego znajdziemy w Madame Antoniego Libery.
    Mowa i o innych tekstach kultury, np. o Historia filozofii W. Tatarkiewicza – lekturze ambitnej, wymagającej i pomagającej zrozumieć świat. To fragmentaryczne, niepewne, ale przecież realne zrozumienie łagodzi chaos, porządkuje doświadczenie, pozwala zrozumieć niezrozumiałe. Uważam, że czytanie klasycznej filozofii zwłaszcza w czasie egzystencjalnego mroku to dobry sposób na oswajanie lęku. Teksty filozoficzne oferują głębokie refleksje nad naturą człowieka, przemijaniem i sposobami radzenia sobie z trudnościami. Pozwalają dostrzec własne zmagania w szerszej perspektywie, wyjętej z szumu codzienności. Pomagają zobaczyć świat nie takim, jakim chcielibyśmy go widzieć, lecz takim, jakim jest.
    Kilka razy w Dziczku powraca powieść H. Hessego Wilk stepowy. To powieść poruszająca tematykę egzystencjalną, powieść kultowa, wspaniała. Czytałem ją kilka lat temu i zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Uzbroiła w coś w rodzaju wewnętrznej broni przeciw światu, który momentami staje się tak bardzo nieprzyjazny. Obiecałem sobie, że kiedyś do niej wrócę. Teraz Wilk stepowy sam do mnie przyszedł. Zamanifestował się w Zającu jako znak. A znaków nie należy ignorować.
    Zagadnienie tego, co literatura robi z człowiekiem, z jego głową, z duszą, to temat niewyczerpany. W tym miejscu tylko go dotykam, nie rozwlekam. Za to przechodzę dalej, by dodać: Dziczek to powieść o pisaniu powieści i powieść w powieści (budowa szkatułkowa). To w końcu historia o potrzebie porządkowania świata, i nadawaniu znaczeń i sensów.
    Chcę nadać Dziczkowi nowy sens!



Sesje psychoterapeutyczne

Dziczka można odczytywać jako obraz sesji psychoterapeutycznych. Po to człowiek – klient, pacjent – decyduje się na psychoterapię, by uzyskać wgląd w siebie. By zobaczyć siebie inaczej, bardziej wyraźnie, czasem po raz pierwszy naprawdę. Tutaj Dawid poprzez pisanie Zdjęć z pamięci rekonstruuje swoje życie, odtwarza jego najważniejsze etapy, przywołuje osoby i zdarzenia, które go ukształtowały. Takie wybory nigdy nie są przypadkowe. To, co zostaje zapamiętane i nazwane, ma znaczenie, ponieważ wpływa na rozwój, na tożsamość, na sposób, w jaki patrzy na siebie i świat. Fragment z Dawidowych Zapisków: Patrzę w siebie. Niczego nie czytam, nikogo nie słucham, niczym się nie sugeruję. Czekam na chwile uniesienia, które wstrząsną moim wnętrzem, zburzą ciszę i spokój tej samotni” [79].
    To czyste, nieskażone cytatem, cudzym głosem czy autorytetem spojrzenie w siebie okaże się zwieńczeniem wewnętrznej podróży, która przypomina właśnie sesje psychoterapeutyczne. A jest wiele do tzw. przepracowania, np. relacja do ludzi: „Kiedy patrzę na ludzi, czuję już wstręt i współczucie” [162].
    Są i inne motywacje: „do przepaści, którą noszę w sobie, wrzucam skrajne emocje i napycham ją nimi jak bulimik żołądek. Po drugie, fakt, że wszystko przemija, odczuwam coraz boleśniej, a proste zasady rządzące istnieniem (brevis i vanitas) wywołują u mnie paniczny lęk. Po trzecie wreszcie, zdecydowałem się opisać historię swojego życia” [269-270].
    W pewnym momencie (rozdział IV) porządek wspomnień zostaje zakłócony. Proces terapeutyczny natrafia na przeszkodę. Ten wątek pozostawiam bez rozwinięcia – nie jestem psychoterapeutą ani terapeutą. Co najwyżej byłem pod władaniem psychoterapeutów i innych specjalistów. Siedziałem na jednym z krzeseł w kręgu. Brałem udział w terapii grupowej na oddziale dziennym psychiatrycznym po miesięcznym pobycie w całodobowym. To doświadczenie było dla mnie czarną psychodelią. Bo co mi odpierdoliło, żeby podnieść głos na psychoterapeutkę? Żeby powiedzieć, że nie mogę na nią patrzeć? Że nie pozwolę, by mnie skrzywdziła? Co mi wtedy odjebało? 
    Poczucie wyższości? Poczucie, że nie pasuję do miejsca, w którym się znalazłem?
    Terapię grupową wspominam jako czas tracenia autentyczności i wigoru. Zburzyłem jednak fałszywy obraz siebie; i było to potwornie bolesne. Ale może właśnie o to chodzi? Także po to człowiek podejmuje terapię, by zdemontować iluzję, którą sam sobie stworzył. By zjednać się w sobie. By – koniec końców – skorygować własną osobowość i uczynić życie bardziej znośnym, bardziej prawdziwym. Psychoterapia pozwala dotychczasowe życie, a właściwie wyobrażenie tego życia, zostawić za sobą. Tak jak to uczynił Brzechwa ze swoją baśnią – zamknąć w guziku przygody.
    Jeszcze jedna refleksja.
    Ksiądz Marek, współtowarzysz i mentor Dawida, w pewnym momencie wypowiada znaczące słowa:
    W czasie choroby jesteśmy szczególnie uważni. Ciało robi się wrażliwsze, a umysł bardziej subtelny. Widzimy wyraźniej, czujemy mocniej, rozumiemy więcej” [67].
    Myśl tę można potraktować jako swoiste credo. Właśnie dzięki chorobie – depresji, wypaleniu, egzystencjalnemu kryzysowi – możliwe staje się głębsze widzenie siebie i świata. One nie tylko osłabiają, ale także uwrażliwiają i mogą być początkiem zmiany. To dlatego na nowo zintegrowany, scalony bohater Zająca jest bratnią duszą Iwaszkiewiczowskiego Wiktora Rubena.

Błąd, błędzik w Dziczku, str. 106

Ku zakończeniu

W części IV porządek wspomnień Dziczka zostaje zakłócony, a Narrator robi wszystko by nie zatracić się w zaistniałym chaosie. Wątek ten przywołuje mi na myśl Kosmos Witolda Gombrowicza. Dlaczego? Ponieważ jego bohaterowie także próbują uchwycić sens, zbudować strukturę, odnaleźć wzór. Wszystko, co przypadkowe, zyskuje wymiar znaczący: układ patyków, powieszony wróbel, powieszony kot, gesty. To, co chaotyczne, domaga się uporządkowania. To natręctwo porządkowania osiąga kulminację właśnie tu, w części IV powieści. 
    Tutaj objawia się wszystko, co wcześniej zostało zasiane, zapłodnione, przemilczane. To domknięcie historii i jednoczesne otwarcie nowego życia, jakby nagle cały świat został dopowiedziany jednym gestem, zabiegiem. Jakby – inspirując się Akademią pana Kleksa J. Brzechwy – cała historia, jej wszyscy bohaterowie, którzy schodzą się w jedno miejsce, ich namiętności, perypetie – jakby wszystko to zostało zamknięte w guziku właśnie, zespolone, nareszcie pozyskało swoją prawdziwą tożsamość.
    Ta część to równocześnie Teatr Magiczny z Wilka stepowego H. Hessego, inspiracja Weselem S. Wyspiańskiego albo literacka realizacja „Melancholii” (z dodatkiem „Błędnego koła”) Jacka Malczewskiego. Konteksty nie kończą się. A każdy nowy zaskakuje i porusza inną strunę. Jak poniższy kontekst: fragment Ulissesa Jamesa Joyce’a:
    Bocianonoga paralaksa postępuje za nimi i popędza je, a włóczniami błyskawic, które miota jej czoło, są skorpiony. Łoś i yak, byki Baszanu i Babilonu, mamut i mastodont schodzą się do zatopionego morza, Lacus Mortis. Złowieszcze, mściwe zastępy zodiaku! Zawodzą przemijające na obłokach, rogate i jednorożne, te z trąbami i te kły mające, lwiogrzywe, olbrzymiorogie, ryjące i pełzające, gryzoń, przeżuwacz i gruboskóry, maszerujący, muczący motłoch, mordercy słońca”.
    I my też się schodzimy w jedno miejsce, miejsce zwane podsumowaniem. Już pora na to, ponieważ esej rozrasta się do niebywale obszernych rozmiarów. Ale koniecznych. Bo przecież miałem możliwość zdekompensować się, wykoleić, rozmontować. Miałem szansę rozpisać się, wypisać, opisać, więc zaktywizować się twórczo, przepracować piękno literatury i krętymi, wewnętrznymi drogami racjonalnego wyjaśnienia, że nie będziemy – ja i on – należeć do siebie, wrócić do… siebie właśnie.
    To wszystko jest efektem mojego spotkania z pisarzem, artystą, rzemieślnikiem słowa, którego nie spotkałem face to face, a który rozbudził we mnie namiętność i głód życia. Jego proza poruszyła mnie aż po ciało. I nie tylko mnie. W tym błędnym kole podsumowania uczestniczą wszyscy, których wcześniej przywołałem: YouTube i InstaStories, Batmany, W stronę Swanna, Panny z Wilka, McMurtry, Libera, Hesse, Brzechwa, Wyspiański, Malczewski, Gombrowicz, Joyce. Tańczą też Jack Twist i Ennis Del Mar z Tajemnicy Brokeback Mountain, Louis i Prior z Aniołów w Ameryce. A na czele tego Tańca Piękna – ja i on!
    Taniec ten, czy raczej jego fantazmat, staje się moim źródłem dumy (dzisiaj jest czerwiec!) i drżenia. Ciepłe dłonie. Moja ręka na jego ramieniu. Moja dłoń na jego biodrze. Zapach mężczyzny. „You don't fool me” Queen.
    I w końcu pytanie, które nie daje mi spokoju: czy wobec tego, co się wydarzyło – nawet nie tyle między nami, co we mnie: czy to jest zdrada? Czy ten niespodziewany, intensywny, wlewający we mnie namiętność całego świata poryw serca, te rozedrgane emocje, te długie godziny monologów wewnętrznych i noce bez snu, wypełnione jednym, uporczywym myśleniem – o nim, o nim, o nim – czy to wszystko, co się wydarzyło, ale już minęło, bo to przepracowałem, można podpiąć pod wspólny mianownik, co się zwie zdradą? Czy ja – który od ośmiu lat pozostaję w związku – dopuściłem się jej? Czy zdradziłem swojego partnera?
    Nie karam się za tę ewentualność. Nie obwiniam siebie. Doświadczyłem czegoś pięknego i zamykam to w jednym z podrozdziałów swojego życia, dziękując Autorowi. Teraz gdy uczucia przybrały swój należyty kształt, a myśli na powrót przekroczyły granice, ja wrócę do swojego chłopaka. Stęskniłem się za nim bardzo i mam mu wiele do powiedzenia. Opowiem o cudownej książce, którą przeczytałem; jej tytuł to Dziczek, a opowiada o… Zresztą, podeślę mu link do tego eseju. A jak będzie chciał, przeczytam co piękniejsze fragmenty powieści. Będę uczciwy. Będę szczęśliwy. Tak, tego chcę. Molly Bloom pomyślała: „tak a serce biło mu jak szalone i tak powiedziałam tak chcę Tak”.

9.29.2024

„Stąd do wieczności” Jamesa Jonesa, czyli wartości indywidualne i wiele więcej

Stąd do wieczności (1951) Jamesa Jonesa. Klasyka literatury amerykańskiej. Obszerna, świetnie skomponowana, wciągająca, intrygująca. Choć uchodzi za powieść wojenną, to również można ją scharakteryzować jako realistyczną, obyczajową, psychologiczną. W każdym razie takie wątki się w niej znajdują. Więcej: odkryłem perspektywę egzystencjalną! Lektura dostarczyła mi tego, czego szukam w prozie, zaspokoiła moje potrzeby estetyczne. A czego szukam w prozie? Słów, zdań, myśli, które leczą.


Nim skupię się na wątkach, mających potencjał terapeutyczny, w kilku zdaniach przybliżę specyfikę, tematy dzieła. Dzieła, które w gruncie rzeczy jest pierwszą częścią trylogii wojennej Jamesa Jonesa (1921-1977). Dwa pozostałe tytuły to: Cienka czerwona linia (1962) i Gwizd (1978).

Niezależnie od wszystkiego Stąd do wieczności jest powieścią wojenną. Oto mamy Hawaje, gdzie stacjonują wojska amerykańskie. I mamy oczekiwanie na moment przystąpienia USA do II wojny światowej. Następuje on, gdy Japończycy atakują Pearl Harbor 7 grudnia 1941 r. Opis ten znajduje się dopiero w rozdziale 50. Do tego momentu fakt ten wydaje się odległy jak księżyc i nierealny jak to, że Trzecia Rzesza dokonała najazdu na Nowy Jork (...) albo Marsjanie opanowali Kalifornię” (wszystkie cytaty są w tłumaczeniu Bronisława Zielińskiego i pochodzą z wydania z 1966 r.). Rozdział dopiero 50, a jest ich 57. 

Do tego momentu poznajemy żołnierską codzienność bohaterów, a więc: muzykowanie; papierosy; alkohol; romanse; wizyty w burdelach, spośród których nr. 1 jest dom pani Kipfer; tryper (rzeżączka); kontakty z pederastami” i konsekwencje (miejsce ich spotkań to Tawerna Waikiki); histerektomia (operacja wycięcia macicy dotyczy jednej z postaci kobiecych); samobójstwo; obóz karny (z jego izolatką, tzw. Czarną Dziurą), którego specyfika do złudzenia przypominała mi przesłuchiwanie przez SS-manów lub UB.

Głównym bohaterem jest szeregowy Robert E. Lee Prewitt, do niedawna świetny bokser. Dużo o nim myślałem i chyba nie do końca rozumiem jego postawę. Chyba… Aczkolwiek… Chociaż… Gdybym przyjął, że rozumiem, to muszę dodać, że gość mi imponuje! Prewitt to postać tragiczna, czyli taka, która zderza się z ustaloną, zorganizowaną rzeczywistością. Efekt takiego zderzenia dla jednostki może być tylko jeden.

Inne postacie, które są warte przywołania, to: piękna prostytutka Lorene (zakochuje się w niej Prewitt); Karen Holmes (żona kapitana Holmesa, mająca romans z Wardenem); sierżant Warden; Włoch Maggio (podziwiam i naprawdę go polubiłem!); Jack Malloy (autorytet, choć to bohater 2-, a może 3-planowy). 

Jeden jedyny raz pojawia się wątek polski. Jest wzmianka o „Polaku Dyżbińskim” (tyle tylko, że w kontekście prowadzonego przeciwko niemu śledztwa w sprawie pederastii”).

Schofield Barracks, Hawaje
Atak Japończyków, 7 grudnia 1941 r.


Powieść
Stąd do wieczności zawiera wątki filozoficzne dotyczące życia ludzkiego, wątki nawiązujące do spraw egzystencjalnych. Stanowią one o sile dzieła. Właśnie ta perspektywa interesuje mnie najbardziej. W dalszych podrozdziałach przedstawiam ciekawsze, rozsądne moim zdaniem treści. Dotyczą one spraw organizacji świata i miejsca w nim człowieka, pasji i wartości osobistych, istoty bólu, współistnienia miłości i nienawiści, sposobu panowania nad myślami, nad umysłem. Najpierw cytat, potem mój komentarz.


Milczenie i czyn

Urzędnicy, królowie, myśliciele – ci gadają i swoją gadaniną rządzą tym światem. Kierowcy ciężarówek, budowniczowie piramid, prości ludzie – ci, co nie umieją mówić, budują świat samą swą bezmownością, ażeby gadacze mogli gadać o tym, jak rządzić nim i tymi, którzy go zbudowali. A kiedy zniszczą świat swoim gadaniem, kierowca ciężarówki i prosty człowiek odbudują go znowu, po prostu dlatego, że szukają jakiegoś sposobu, aby przemówić (...) (rozdz. X).

Milczenie, prostota i czyn – oto cnoty, które charakteryzują zwykłego człowieka, obywatela, jednostkę funkcjonującą w zorganizowanej zbiorowości. Są ci, którzy nami rządzą, którzy są dyspozytorami naszych działań i pracy. I są ci – czyli my – którzy podlegają dyspozytorom i organizatorom. Wieczne zależności. 

Filozofowie (i politycy!) wymyślają idee, które inni wcielają w życie. Urzędnicy i politycy – mówiąc w wielkim uproszczeniu – pobierają podatki, mając na uwadze realizację idei. Nieważne jak głupie mogą być idee – komunizm, socjalizm narodowy etc. – do ich realizacji zawsze potrzebny jest człowiek! Tak było, tak będzie.

Prości ludzie, choć pozornie cisi, mają kluczową rolę w budowaniu, tworzeniu na rzecz społeczeństwa, wspólnoty. Tak zawsze było, tak jest, tak będzie. 

Milczenie, prostota, czyn. Za sprawą tych treści człowiek może wyrażać siebie, może być aktywny. Odporność i wytrwałość są tym, co dostaje w zamian. 

Jeszcze jedna myśl. Z przywołanym cytatem koresponduje humanistyczna myśl Marii Dąbrowskiej. Pisałem o niej tutaj: https://slowanazdrowie.blogspot.com/search/label/MariaD%C4%85browska.

Robert E. Lee Prewitt


           Wartości osobiste

Poniżej fragment rozmowy kucharza Starka z Prewittem. Panowie rozmawiają o tym, co w życiu ważne.

(...) Słuchajcie: żyjemy na świecie, który chce sam siebie rozwalić w diabły, tak szybko jak to zdoła załatwić pięćset milionów ludzi. Na takim świecie człowiek może zrobić tylko jedno: znaleźć sobie coś, co będzie jego własne, naprawdę jego własne i nigdy go nie zawiedzie, a potem ciężko pracować nad tym i dla tego, bo to mu samo zapłaci za jego trud. Dla mnie jest tym moja kuchnia...

– A dla mnie moja gra na trąbce.

– … i tylko to mnie obchodzi. Dopóki będę robił swoje, tak jak trzeba, nie będę musiał się wstydzić. A reszta może się nawzajem tępić, mordować, wysadzić w powietrze cały cholerny świat, mnie nic do tego.

– Ale razem z nim wysadzą i was – powiedział Prew.

– Świetnie. To nie będę musiał się martwić.

– Ale nie będzie i waszej kuchni.

– Fajnie. Mnie też nie będzie, więc co za różnica. I wiem tylko tyle (...)” (rozdz. 14).

Z powyższym cytatem, mówiącym o potrzebie posiadania swojej małej oazy spokoju, swojej namiętności czy pasji koresponduje myśl podobna. Wypowiada ją Jack Malloy (ma najwięcej rozumu ze wszystkich”; zdaniem Angela to „najuczciwszy, najrzetelniejszy, najporządniejszy gość, jakiego w życiu spotkałem”) podczas dyskretnej rozmowy z Prewittem. Człowiek cieszy się powszechnym szacunkiem w obozie karnym, do którego trafił kolejny raz. Próbują go złamać, ale Malloy jest za mocny, ma psychikę nie do zdarcia. Z jego ust pada taka deklaracja:

Oddałbym wszystko, co może mnie czekać w niebie, za to, żeby móc kochać coś tak bardzo, jak ty kochasz wojsko. Nie porzucaj go – mówił. – Nie porzucaj go nigdy. Jeżeli człowiek znalazł coś, co kocha naprawdę, musi się trzymać tego zawsze, choćby się nie wiem co stało, czy tamto go kocha, czy nie. A jeżeli – zakończył z nieledwie religijną żarliwością – jeżeli go to w końcu zabije, powinien być wdzięczny, że w ogóle miał taką szansę. Bo w tym jest cała tajemnica (rozdz. 43)

Powyższe dwa cytaty są refleksją na temat pasji i wartości osobistych. Te są związane z poczuciem sensu życia. Praca, pasja, jakaś umiejętność (choćby to była kuchnia, gra na trąbce, cokolwiek) są tym, co pozwala przetrwać w chaotycznym, destrukcyjnym – jakkolwiek go scharakteryzujemy, jakkolwiek go odczuwamy – świecie. Pojawiają się satysfakcja i poczucie celu. 

Pasja i miłość do niej mogą inspirować do poszukiwania czegoś, co sprawia, że nasza ludzka aktywność nabiera znaczenia. One rozwijają poczucie wdzięczności; tzw. uważność, czyli życie w teraźniejszości; pomagają zaakceptować rzeczy nieuchronne. I coś jeszcze: dają poczucie kontroli i wewnętrzną autonomię. W obliczu globalnych problemów istotne jest, by trzymać się własnych zasad i pracować nad tym, co jest ważne dla jednostki. Dzięki temu można zachować właśnie spokój wewnętrzny, mimo że świat może rozwalić się w diabły. Szukanie własnej przestrzeni i wartości, na których można polegać - to ważne w kontekście zdrowia psychicznego.


         Istota bólu

Teraz o bólu fizycznym. Dotyczy on kondycji Prewitta krótko po jego pojedynku na noże z sierżantem Judsonem zwanym Grubasem (prawą ręką Thompsona, kierownika obozu karnego). Prewitt zmaga się bólem, a znajduje się w domu prostytutki Lorene, w której jest zakochany, i jej przyjaciółki Georgetty.

Jednakże ból był czymś, co znał. Ból był jak stary przyjaciel, którego od dawna nie widział. Umiał sobie dać radę z bólem. Z bólem trzeba leżeć, a nie odsuwać się od niego. Trzeba niejako poruszać się dookoła zewnętrznego skraju bólu, tak jak się robi z zimną wodą, dopóki człowiek w końcu nie zdobędzie się na dość odwagi, by wziąć się w garść. Wtedy trzeba nabrać głęboko tchu, dać nurka i opaść aż na samo dno. A potem, kiedy już pozostałeś jakiś czas w głębi, stwierdzasz, że nie jest wcale tak zimno, jak myślałeś, gdy twoje mięśnie cofały się przed tą zewnętrzną krawędzią, kiedy chodziłeś dokoła próbując zebrać się na odwagę. Znał ból. Ból był jak walka na ringu; jeżeli do tego powracasz dostatecznie długo, nabierasz w końcu pewnego instynktu. Nigdy nie wiesz, kiedy przychodzi ani skąd się bierze, ale nagle odkrywasz, że go masz i że go masz od dawna, nic o tym nie wiedząc. Tak samo jest z bólem.

Ból był jak wioska u stóp góry, na której garbie, wysoko nad wsią, wybudowana jest katedra, a dzwony tej katedry bezustannie wydzwaniają pieśń o krzyżu (rozdz. 45)

Z tego fragmentu wynika refleksja terapeutyczna dotycząca radzenia sobie z bólem fizycznym, jak i psychicznym. Ból bowiem nie jest czymś, od czego należy uciekać, co należy odepchnąć. Ból należy zaakceptować, poczuć go i stopniowo się do niego przystosować. Trzeba go oswoić. Im częściej człowiek staje w obliczu bólu, tym bardziej rozwija umiejętność radzenia sobie z nim i staje się bardziej odporny – jak bokser na ringu. W terapii regularna konfrontacja z emocjami i cierpieniem prowadzi do większej odporności psychicznej. Więcej, można dojść do wniosku, że cierpienie ma pewien sens. Może prowadzić do duchowego lub psychicznego wzrostu.

Ból Prewitta po pojedynku z Grubasem


Miłość i nienawiść

Wątek miłości podejmowany jest w powieści nie raz i nie dwa. Poniekąd była o niej – o miłości – już mowa. Natomiast poniżej miłość jako relacja między dwojgiem ludzi. Karen Holmes (żona kapitana Holmesa) w rozmowie z sierżantem Miltonem A. Wardenem: 

– Nienawidziłam cię – powiedziała. – Chwilami nienawidziłam cię strasznie. Każda miłość ma w sobie nienawiść. Bo człowiek jest związany z kimś, kogo kocha, i to mu odbiera cząstkę wolności, więc ma to za złe, nie może być inaczej. A mając za złe utratę własnej wolności, usiłuje zmusić tego drugiego, aby się wyrzekł swojej całkowicie. Miłość nie może nie rodzić nienawiści. Tak długo, jak będziemy żyli na tej ziemi, miłość będzie zawsze miała w sobie nienawiść. Może właśnie dlatego jesteśmy na tej ziemi: żeby się uczyć kochać bez nienawiści (rozdz. 54)

Terapeutyczna moc miłości, jakkolwiek ją rozumiemy, jest nie do podważenia. Jej szczególną rolę w życiu człowieka charakteryzował choćby Viktor Frankl w książce Człowiek w poszukiwaniu sensu. Jones z kolei pisze o ambiwalencji uczuć, częściowej utracie własnej wolności (niezależności), ewolucji miłości i wpisanym w niej sensie ludzkich działań.

Karen Holmes i sierżant Warden


           Jak zapanować nad umysłem?

Rozdział 37 Stąd do wieczności Jamesa Jonesa jest szczególny. (Nawiasem mówiąc, rozdział następny też nie pozostaje obojętny. Jones opisuje w nim samobójstwo jednego z szeregowców. Wraz z tym zagląda do głowy bohatera, stawia pytania, kreśli przyczyny i domysły. Jednak nie czas i miejsce poświęcać temu zagadnieniu uwagę; tak tylko informuję). 

Wyobraź sobie, że jesteś umieszczony w ciemnej, bardzo małej izolatce, raz dziennie dostajesz kromkę chleba i kubek wody – i musisz tak przetrwać 3 dni. Taka sytuacja opisana jest w rzeczonym rozdziale 37. Prewitt otrzymuje wskazówki, jak przetrwać próbę psychicznego złamania, gdy za chwilę znajdzie się w izolatce, tzw. Czarnej Dziurze. Wiem, fragment jest długi i nie opatrzę go komentarzem, ale myślę, że warto go dokładnie przeczytać. Znajdują się w nim wskazówki, jak zapanować nad myślami i umysłem. Są to sposoby przydatne w przypadku osób cierpiących na lęki czy nerwice. Podkreślenia moje.

– Pierwsze pół godziny, kiedy cię tam wsadzą, nie jest takie złe – mówił Angelo Maggio. – Prawdopodobnie obtłuką cię trochę, i poczucie ulgi, żeś się od tego uwolnił, trzyma cię przez jakiś czas. Po prostu leżysz sobie i odpoczywasz.

– Aha – rzekł Prew.

– Tylko że po jakiejś półgodzinie już to się trochę zaciera – mówił Angelo Maggio. – Wtedy twój umysł znowu zaczyna pracować. Malloy powiada, że przyczyna jest taka: nie masz nic do roboty, możesz tylko siedzieć, a oczywiście nie ma światła i nie znajdziesz żadnego ujścia dla swoich myśli.

– Tak – rzekł Prew.

– No i sam nie wiem, dlaczego tak jest – ciągnął Angelo z zakłopotaniem – ale mniej więcej po pierwszej półgodzinie zaczyna ci się jakoś wydawać, że te mury są na kółkach, rozumiesz?

– Tak – powiedział Prew.

– Zdaje ci się, że na tych kółkach najeżdżają ze wszystkich stron na ciebie, i wtedy pierwszy raz brak ci oddechu. No, wiem, że to cholernie głupio brzmi – dodał.

– Rozumiem – rzekł Prew.

– Widzisz, tam nie ma dosyć miejsca, żeby móc stanąć prosto, a gdyby nawet było, mógłbyś zrobić tylko trzy kroki od końca do końca. Oczywiście nie ma w ogóle miejsca, żeby iść w bok. Więc nie możesz tego rozchodzić, musisz tylko siedzieć albo leżeć na pryczy i całe odprężenie odrabiać w myśli. Wiem, że to głupio brzmi.

(...)

– Za pierwszym razem, jak tam byłem, myślałem, że się uduszę na śmierć. Całą siłą trzymałem się, żeby nie zacząć wrzeszczeć. Jeżeli zaczniesz wrzeszczeć, to koniec z tobą. Aby nie zaczynaj. Bo będziesz się darł jeszcze wtedy, kiedy po ciebie przyjdą. Albo póki nie zachrypniesz i nie stracisz głosu. A wtedy jeszcze będziesz wył gdzieś w sobie. Nawet wtedy.

Zamilkł.

– No, i co jeszcze? – zapytał Prew.

– Jeżeli możesz dużo spać, to bardzo ci pomoże, ale niektórym ciężko zasnąć, bo widzisz, ta prycza nie jest właściwie pryczą. Ani koją. Tylko dziesięć czy dwanaście żelaznych rur zawieszonych podłużnie u ściany na dwóch łańcuchach i oczywiście nie ma tam ani siennika, ani koca.

– Tak – powiedział Prew. – To wszystko?

– Malloy powiada, że można dać sobie z tym radę, jeżeli człowiek potrafi zapanować nad swoimi myślami. Ja nigdy nie mogę – mówił Angelo Maggio. – Malloy umie przestać myśleć. Ja tego nie potrafię. Nauczyłem się kilku małych trików, które coś niecoś pomagają, ale tego nie umiem. Jedno, czego się nauczyłem, to odliczania oddechów: wciąga się powietrze licząc do ośmiu, potem je zatrzymuje do czterech, wypuszcza do ośmiu i znowu wstrzymuje oddech licząc do czterech; to pomaga na uczucie duszenia.

(...)

– A po drugie, zaczynam być głodny. Dają ci tam trzy razy dziennie kawałek chleba i blaszany kubek wody (Malloy – dodał nawiasem Angelo Maggio – mówi, że nigdy nic nie je, kiedy tam idzie. Wodę owszem, pije, ale nie je nic. Mówi, że jak nie je, nie zaczyna być głodny po pierwszym dniu, a poza tym, że to pomaga zapanować nad myślami).

Ja nigdy tego nie potrafiłem – uśmiechnął się nieporadnie. – Zawsze zaczynam być głodny i zjadam chleb, i jestem jeszcze głodniejszy. Najgorsze jest dla mnie powstrzymać się od myślenia o kurczętach i indykach – wiesz, tak jak wiszą upieczone w sklepach delikatesowych – i o stekach, o frytkach, o chlebie i sosie.

Angelo Maggio uśmiechnął się z zakłopotaniem.

– Chcę ci to tylko przedstawić. Musisz pamiętać, że nie jest wcale takie straszne, jak się wydaje.

(...)

– Druga sprawa to seks – powiedział Angelo delikatnie. – Nie trzeba myśleć o kobietach. Bo widzisz, oni cię rozbierają i wsadzają cię tam nago, i jak zaczniesz myśleć o kobietach, to się rozleziesz w szwach i będziesz przez cały czas trzepał kapucyna, co tylko pogarsza sprawę, zamiast ci ulżyć, i rozhecowuje cię jeszcze bardziej (...)

– No, to na miłość boską, o czym się tam myśli? – zapytał twardo Prew.

– A, w tym właśnie sęk - odparł Angelo Maggio. – Według Malloya nie trzeba myśleć o niczym. Malloy mówi, że może tam leżeć trzy, cztery, pięć dni, czy ile dostanie, i nie myśleć o niczym. Mówi, że nauczył się tego z jakichś książek jogów, kiedy był drwalem w Oregonie. Te książki miał jeden stary gość, który tam pracował i dawniej był wobblym [członekIndustrial Workers of the World - organizacji robotników przemysłowych utworzonej w 1905 r. w Chicago.]. Malloy mówi, że tego próbował, ale mu nie wychodziło, póki się nie dostał do Czarnej Dziury. Trzeba skupić uwagę na takiej czarnej plamce, którą masz w głowie przed oczami, i jak tylko ci przyjdzie jakaś myśl, odepchnąć ją od siebie i nie myśleć. Po jakimś czasie, jeżeli to się robi dość długo, myśli przestają przychodzić i widzisz tylko jakby światło.

– Jezus kochany! – powiedział Prew twardo. – Ja nie potrafię robić takich rzeczy. To znaczy, że on zapada w trans, jak te media, i gada z umarłymi, i w ogóle?

– Nie – odrzekł nieporadnie Angelo. – Nic podobnego, żadnych nadnaturalnych rzeczy. To jest po prostu panowanie nad umysłem. Sposób panowania nad myślami.

– A ty to potrafisz? – zapytał Prew z niedowierzaniem.

– Nie - odparł Angelo. – Próbował mnie uczyć, ale ani rusz nie mogłem. Może ty będziesz umiał.

– Nie, to nie dla mnie.

– Nigdy nie wiadomo, póki się nie spróbuje. Ja spróbowałem.

– No dobrze, a co ty robisz?

– Ja? Mam dwa sposoby. Stosuję je na zmianę. Jeden jest taki, że urządzam sobie grę, rozumiesz?

– Grę? – zapytał Prew.

– Między mną a nimi. Oni chcą mnie złamać, a ja się nie daję. Oni mnie widzą, ale nigdy nie zobaczą, żebym się miotał. Rozgrywam z nimi tę grę i tylko sobie leżę, i znoszę wszystko, co chcą.

– Robisz z tego grę! – powiedział Prew.

– To jeden sposób. Drugi to przypominanie sobie różnych rzeczy z własnego życia. Przypominasz sobie miłe rzeczy, przyjemne rzeczy.

– To bym może potrafił – rzekł Prew z napięciem.

– Ale te wspomnienia muszą być bez ludzi – przestrzegł go zaraz Angelo. – I muszą być o czymś, na co nie masz ochoty.

– Jak to? – zapytał Prew. – Dlaczego? Tego nie chwytam.

– Bo umysł w ten sposób pracuje – odrzekł Angelo Maggio. – Nie pytaj mnie czemu. Nie wiem. Wiem tylko, że jest tak, a nie inaczej. Jak zaczniesz myśleć o ludziach, wtedy przypomnisz sobie to, co robiłeś z nimi albo przez nich, rzeczy, które chciałbyś móc zrobić znowu. A to przywiedzie ci z powrotem na pamięć ciebie samego i miejsce, w którym jesteś. (...) A kiedy zaczniesz myśleć o rzeczach, których chcesz, już siebie w to włączyłeś. Chcesz tych rzeczy zaraz, w tej chwili. A nie możesz ich mieć. Najważniejsze jest wyłączyć z tego siebie.

– Aha – rzekł Prew. – Tylko jak?

Ja myślę o widokach przyrody – odparł Angelo Maggio. – O lasach, w których byłem. Drzewa są zawsze dobre. O jeziorach i górach, które widziałem. Jak tam jest na jesieni, z tymi wszystkimi kolorami. Albo w zimie, kiedy wszędzie leży śnieg. Widziałem raz burzę śnieżną – zaczął z zapałem, ale przerwał. - No, w każdym razie rozumiesz, o co mi idzie? – dodał niepewnie.

– Tak – powiedział Prew.

– A potem – ciągnął Angelo – jak zaczynają się w tym pojawiać ludzie, co zawsze się dzieje wcześniej czy później, przerzucam się na tę moją grę i po pewnym czasie wracam do wspomnień, w których nie ma ludzi (...) (rozdz. 37)

Prewitt i Lorene


         Podsumowując… 

Monumentalna powieść Stąd do wieczności Jamesa Jonesa zaskoczyła mnie. Nie spodziewałem się znaleźć w niej wyżej przedstawione treści. A przecież one cudownie korespondują z sytuacjami terapeutycznymi. To są wskazówki, podpowiedzi, jakimi wartościami się kierować, gdy człowiek jest zrozpaczony albo tkwi w bólu egzystencjalnym. Jones dostarczył mi wielu wrażeń. Wiele razy zastanowiłem się nad czytanym tekstem, do wybranych fragmentów wracałem wielokroć. Mogę uznać, że to jedno z lepszych doświadczeń czytelniczych w moim życiu!

         Ekranizacja Stąd do wieczności w reż. Freda Zinnemanna z 1953 r. otrzymała 8 Oscarów! Kadry w tym poście pochodzą z tego właśnie dzieła.