Pokazywanie postów oznaczonych etykietą samobójstwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą samobójstwo. Pokaż wszystkie posty

12.14.2024

„Poparzone dziecko” Stiga Dagermana. Nie o porozumieniu bez przemocy

 Zależało mi poświęcić wpis temu tytułowi. Były dwa powody. Pierwszy: książka podejmuje zagadnienia, które świetnie wpasowują się w treść mojego bloga. Drugi: to powieść licząca sobie już 76 lat (więc nie młodziak), a jej autor być może stanie się/już jest klasykiem na swoim podwórku literackim.

Tym podwórkiem literackim jest proza szwedzka. Jej autor – uważany za jednego z najważniejszych XX-wiecznych prozaików szwedzkich właśnie, Stig Dagerman – żył w latach 1923-1954. Krótko więc. Chorował na depresję, życie zakończył śmiercią samobójczą. Jego Poparzone dziecko było napisane (i chyba też wydane) w 1948 r; natomiast na polskim rynku ukazało się w 2020 r. w tłumaczeniu Justyny Czechowskiej w Serii Dzieł Pisarzy Skandynawskich Wydawnictwa Poznańskiego. Niewiele w życiu czytałem prozy skandynawskiej, ale ta, którą poznałem – choćby Głód Knuta Hamsuna, Egipcjanin Sinuhe Mika Waltariego, Dzieci z Bullerbyn i Pippi Pończoszanka (zwana Långstrump) Astrid Lindgren (czy seria o Muminkach Tove Jansson) – dostarczyła mi niezapomnianych wrażeń.

Natomiast Poparzone dziecko dotyka spraw związanych z życiem wewnętrznym i psychiką człowieka. Dwa krótkie słowa, o co w tej powieści chodzi, a następnie kilka moich luźnych refleksji. 


Zygmunt, Edyp i żałoba

Po śmierci swojej matki Bengt dowiaduje się, że jego ojciec miał (i wciąż ma) kochankę, Gus. Choć początkowo Bengt nie akceptuje kobiety, to z czasem ich relacja zmienia się w romans, mimo że ów dwudziestoletni mężczyzna ma dziewczynę, Berit. O tym, co się tu jeszcze wydarza, będzie później. Będzie później, ponieważ teraz chcę się zatrzymać na moment, to znaczy na sześć zdań.

W relacji rodzinnej, o której wspomniałem, można wyczytać tzw. kompleks Edypa. A kompleks Edypa, który mówi (z przymrużeniem oka): syn chce zabić ojca, by przespać się ze swoją matką, to teoria Zygmunta Freuda. Mamy więc powód mówić o inspiracjach psychoanalizą. Od siebie dorzucę cytat z rozdz. VII pt. „Herbata dla czwórki albo piątki”: „wkłada klucz do dziurki tak miękko, jakby wkładał palec w usta ukochanej” (swoją drogą, sporo tu o zamykaniu czegoś na klucz, zasłanianiu dziurki od klucza, szukaniu, gubieniu klucza…). Taki freudowski trop nie interesuje mnie nic a nic. Niemniej podrzucam go, bo może zainteresuje kogoś z czytających.

Okres, jaki trzeba przeżyć, przepracować po śmierci bliskiej osoby, nazywa się żałoba. Na tym skupia się powieść, która przecież zaczyna się od pogrzebu matki Bengta. W sposobie, w jaki Bengt przeżywa żałobę, można dopatrzeć się zachowań (psycho)patologicznych. Ja je dostrzegam: regularne powracanie do dnia i godziny śmierci matki („jubileusz”); widzenie świata w sposób zerojedynkowy: brzydka-ładna, brudny-czysty, tygrys-gazela; stosunek Bengta do psa (przy okazji: czarny pies to – za sprawą Winstona Churchilla – symbol depresji); nawiązywanie relacji intymnych z niewłaściwą osobą; fantazjowanie o własnej śmierci, o czym jeszcze będzie mowa. 

Oto matka nie żyje; i oto człowiek czasu nie zatrzyma, czasu nie cofnie, czego, jak sądzę, bohater by pragnął. On sam musi dostosować się do nowej rzeczywistości i nauczyć się funkcjonować jako nowa jednostka, ale jako jednostka już inna, „wybrakowana”. Dlaczego piszę, że wybrakowana? Ponieważ, gdy umiera matka, to coś umiera w człowieku. Staje się on niepełny, pozbawiony czegoś, wybrakowany właśnie. Jak na dłoni widać, że Bengt zatrzymał się w miejscu. Konsekwentnie nie chce nauczyć się żyć na nowo i żyć dalej. Ale też – trzeba to zaznaczyć – podejmuje próby posklejania się. Świadczy o tym chociażby pisanie listów do siebie samego. Czynność taka jest czynnością terapeutyczną.

To jest moje odczytanie głównego bohatera: jako osobowości patologicznie przeżywającej stratę ukochanej osoby. Przeczytałem opowieść o człowieku, który nie potrafi poskładać się, pozbierać po stracie matki. Który wyraża niezgodę na porządek świata. Ta niezgoda wyraża się w skrajnym momencie. Pojawia się wątek samobójstwa. Właściwie próby samobójczej.


Bengt, dlaczego?

To nie tak miało być, to nie miała być jedynie próba. Świadczy o tym rozdział zatytułowany „Podarty list”. Tym listem jest list pożegnalny. Jego treść jest pesymistyczna i manifestuje zwątpienie w świat, w jego porządek, w ludzkie działanie. Pierwsze zdania brzmią: 

„Pytacie dlaczego. Odpowiem. Ponieważ jestem zmęczony życiem. Zmęczony życiem tu, w tym kraju małych psów, małych uczuć, małych rozrywek, w tej psiej krainie małych myśli. Należy się cieszyć, ale ja nie chcę się cieszyć. Nie chcę być zadowolony jak jakiś mały pies. Nie ma nic okropniejszego niż małe psy, kiedy wystraszone i zadowolone wracają ze swych małych psich przygód (...)”

Obecność tego rozdziału poruszyła mnie, w pewnym sensie wstrząsnęła. Dreszcz przeszedł mi po plecach. Oto nadal obcuję z człowiekiem, z Bengtem, którego – ten rozdział, ten list tego dowodzą – miało nie być, który miał nie żyć. Ślady obecności po niedoszłym samobójcy a ślady obecności po samobójcy – jakież to inne, a zarazem podobne do siebie! Jakież to poruszające i przerażające! Poruszamy się po cienkiej linii między życiem a śmiercią.

Gdy raz jeszcze pytam: Bengt, dlaczego?, otrzymuję wyjaśnienie w rozdziale XVII:

„(...) nie zrobiło się tego, by umrzeć ani żeby być odratowanym, ale dla spokoju. Spokoju ze wszystkim tym, co w środku chciało umrzeć, spokoju ze wszystkim poza tym jednym, co zmusza człowieka do życia. Poza tym właściwie nic się nie stało, nic prócz tego, że straciło się trochę krwi, trochę się zestarzało. Również to, że człowiek wie, że aby móc zacząć żyć, należy poczuć, że zaczyna się umierać”

Może jest to myśl podpowiedziana przez… gazelę? Albo… tygrysa?

O co chodzi?


Tygrys i gazela. Szakal i żyrafa

Rozdział XIII Poparzonego dziecka nosi tytuł „Tygrys i gazela”. Są to dwa głosy w Bengtcie, dwie wrażliwości, dwa sposoby odczuwania świata, dwa sposoby patrzenia na świat – właśnie gazela i tygrys. Te symbole przywołały mi na myśl inną parę zwierząt: szakala i żyrafę. W ten sposób mam okazję podzielić się z szanownym Czytelnikom wiedzą, jaką nabywam od pewnego czasu (a nawiasem mówiąc, nadawcą tej wiedzy jest pewna pani Bożena; niechże jej imię będzie tu utrwalone!). Wiedza ta dotyczy tzw. Porozumienia Bez Przemocy (ang. Nonviolent Communication, NVC). 

Wikipedia definiuje je tak: 

„sposób porozumiewania się opracowany przez Marshalla Rosenberga, który dzięki skupieniu uwagi na pewnych aspektach komunikatu rozmówcy oraz własnego (mianowicie na uczuciach i potrzebach [od siebie mogę dodać, że istotne są tu też tzw. strategie realizowania potrzeb]), a także specyficznym formom posługiwania się językiem, pozwala na całkowite wyeliminowanie lub co najmniej ograniczenie możliwości wystąpienia przemocy w dialogu w jakiejkolwiek formie, psychicznej lub fizycznej”.

Dla zobrazowania swojej idei Rosenberg posługuje się dwoma symbolami: szakala i żyrafy właśnie. Tutaj można obejrzeć niedługi filmik na ten temat: https://www.youtube.com/watch?v=Ht1BKUtL4ps. Zaś tutaj: https://trenerzynvc.pl/ przeczytać m.in. że:

„Język żyrafy [Rosenberg] określał jako język empatii i szacunku, używany z perspektywy JA. Szakal z kolei posługuje się językiem, który odcina nas od kontaktu – używa oceny, osądu i obwiniania, mówi z perspektywy TY”. 

„Każdy człowiek używa obu tych języków – zarówno żyrafa, jak i szakal na co dzień goszczą w naszym sercu. Czyli – w naszym życiu! Im więcej mamy świadomości i kontaktu ze sobą, tym bardziej możemy wybierać sposób mówienia i myślenia, którego używamy – w stosunku do siebie i do innych ludzi. Marshall B. Rosenberg mówił, że szakal jest żyrafą z językowym problemem, lub inaczej – zranioną żyrafą, która w strachu i bólu nie potrafi mówić inaczej w danym momencie”.

Tymczasem – co wiemy o dagermanowskich symbolach?

Gazela: „Ale czymże jest nasz rozum, jeśli nie młodą gazelą, która przychodzi do bajorka się napić”.

Tygrys: „ma bardzo mocne zęby. Jest także bardzo dziki”, „jest ciężki”, potrafi „pożreć gazelę w całości”, „tygrysią łapą uderzać [człowieka] w grzbiet tak, że ten wyje”, potrafi ryczeć, żądać.

Porozumienie Bez Przemocy to sposób komunikowania się z drugim człowiekiem. To pewna wizja relacji z samym sobą i sposobu istnienia w grupie. Swoje zastosowanie może znaleźć np. wśród psychoterapeutów i psychologów. Kto zainteresowany, niech zgłębia temat, sięgając do linków, które podałem wyżej. Niech w wyszukiwarkę wpisze hasło: „Lista potrzeb Rosenberga”. Albo sięgnie po książkę Porozumienie bez przemocy: o języku życia.


Smutna, uczciwa, autentyczna

Gdyby poczytać opinie czytelników nt. powieści S. Dagermana, to zauważyć można, że czasami/często pojawia się określenie: męcząca (Olga Tokarczuk napisała o niej: „Hipnotyzująca lektura, irytuje i pociąga”). Owszem, miałem takie wrażenie i ja. Opuściło mnie ono jednak po kilkudziesięciu stronach, gdy wyraźnie zmienił się styl autora. Mniej było natrętnych powtórzeń wyrazowych, mniej powtarzania tej samej myśli.

O Poparzonym dziecku mogę jeszcze powiedzieć, że to powieść dość smutna (inna smutna, którą w tym roku przeczytałem, to Ulice Laredo Larry’ego McMurtry'ego). Gdyśmy rozmawiali o niej na Dyskusyjnym Klubie Książki, podobną myśl wyraziła jedna z uczestniczek. Więc nie jestem odosobniony w odbiorze. Nie tylko smutna, bo także uczciwa, autentyczna, mocna. Nie każdemu się spodoba. Po przeczytaniu nosiłem ją w sobie kilka, kilkanaście dni. Podświadomie oczekiwałem, gdy opuści mnie chęć napisania o niej na blogu. Chęć nie minęła. Napisałem. Ty, szanowny Czytelniku, przeczytałeś! Brawa dla Nas!


3.08.2024

„Pani Dalloway” Virginii Woolf, czyli o chorobie psychicznej mężczyzny

 Pewne fakty aktualne i wydarzenia z nieodległej przeszłości zachęciły mnie do ponownego przeczytania Pani Dalloway z 1925 r. Odkryłem, że ta modernistyczna powieść jest nie tyle krajobrazem życia wewnętrznego zasobnej kobiety w wieku średnim, ile obrazem choroby psychicznej mężczyzny. 


Powstała ekranizacja tej powieści w reż. Marleen Gorris (1997), którą można obejrzeć tutaj. Na podstawie powieści Michaela Cunninghama Godziny (czytałem!), gdzie jedną z bohaterek jest Virginia Woolf, Stephen Daldry nakręcił film (2002). To jeden z moich ulubionych filmów, oglądałem go kilkanaście razy! Muzykę do niego skomponował Philip Glass. Na potrzeby lektury niniejszego posta, który nie zanosi się na krótki, proponuję włączyć soundtrack; ten dostępny jest np. tutaj. Myślę, że będzie dobrym tłem dla treści, jaką chcę przedstawić. 

Akcja powieści Woolf rozgrywa się w ciągu jednego czerwcowego dnia 1923 r. w Londynie. Mówi o 52-letniej Klarysie Dalloway, która przygotowuje się do zorganizowania przyjęcia, na które przybędą ważne osobistości świata polityki, nauki, kultury i jej dawni znajomi. Historia opowiedziana jest z perspektyw różnych postaci: głównej bohaterki, jej przyjaciół oraz osób, które spotyka. Za sprawą monologu wewnętrznego i strumienia świadomości mamy wgląd w przeszłość, teraźniejszość, myśli i uczucia postaci. Zrozumiałym się stało, że czytając tę książkę, poruszam się po dwóch biegunach budujących całość: choroba i zdrowie, śmierć i życie. I to właśnie w takiej kolejności. Myśl charakteryzująca problematykę mogłaby też brzmieć: „śmierć duszy”; śmierć duszy, o czym rozmyśla Peter Walsh, dawny oblubieniec Klarysy, który właśnie wrócił z Indii. Nie on jednak mnie interesuje. Mnie interesuje Septimus Warren Smith. 


Septimus na froncie. Kadr z filmu Mrs. Dalloway, reż. M. Gorris, 1997


Co o nim wiemy? Co wiemy o tym przedstawicielu straconego pokolenia? 

Wiadomo, że ma 30 lat i żonę Włoszkę, której imię Lukrecja. Pierwszy raz pojawia się, gdy Klarysa wybiera kwiaty w kwiaciarni Melburry’ego i słyszy wybuch silnika w aucie z jakimś ważnym konstablem. To samo słyszy i widzi przechodzący ulicą Septimus z żoną. W tym samym momencie patrzą na ten sam obiekt. On wypowiada słowa: „Zabiję się”, które Lukrecję wprawiają w stan skonfundowania. Klarysa kupuje naręcze pachnącego groszku. 

Istotnym jest fakt, że Septimus brał udział w I wojnie światowej. „Jako jeden z pierwszych zgłosił się na ochotnika. Pojechał do Francji bronić Anglii”. Tam zmężniał, awansowano go, zaskarbił sobie przyjaźń swojego dowódcy, porucznika Evansa. Ale porucznik Evans zginął. Teraz, kilka lat później on, Septimus, mówi do Evansa i widzi go; z punktu widzenia osób trzecich rozmawia sam z sobą. Teraz, gdy Septimus przebywa sam ze swoimi myślami, myśli mówią: 

„Cały świat woła do niego: zabij się, przez litość dla nas - zabij się! Ale właściwie dlaczego miałby się dla nich zabijać? Jedzenie sprawia mu przyjemność, słońce jest gorące. I w jaki sposób człowiek się zabija - nożem kuchennym, ohydnie, z krwią buchającą na wszystko dokoła... wsadza do ust rurkę od gazu? Nie ma siły, ledwie może podnieść rękę. Zresztą teraz, kiedy jest samotny, skazany, opuszczony, samotny samotnością tych, co mają niebawem umrzeć, odnajduje w tym wszystkim cudowny smak zbytku, wspaniałe uczucie izolacji, swobody nie znanej ludziom skrępowanym więzami. (Pani Dalloway, wydanie z roku 1961 w przekł. Krystyny Tarnowskiej, str. 108-109)

Nieprzypadkowo określiłem Septimusa przedstawicielem „straconego pokolenia”. Termin ten, zdaje się, uknuła Gertruda Stein, a rozpropagował Ernest Hemingway. Oznaczał on, jak podaje Wikipedia, „pokolenia amerykańskich pisarzy, którzy dorastali podczas I wojny światowej”. W świadomości Brytyjczyków I wojna światowa jest Wielką Wojną. Były to traumatyczne dzieje, które okaleczyły całe masy młodych mężczyzn. Które w jakiś sposób przyczyniły się do złamania kodu męskości. Można więc mówić o problemie społecznym; o problemie społecznym, który wymagał rozwiązań medycznych i prawnych. Woolf w swojej powieści akcentuje ten problem. Nie bez powodu też pierwsza scena filmu M. Gorris przestawia Septimusa na froncie wojennym. 

Doświadczenia wojenne odbiły się na jego psychice bardzo mocno, a reakcja emocjonalna jest niszcząca. Nie tylko widzi zmarłych. Przestał odczuwać cokolwiek, żyje w stanie napięcia, przywidzeń. Mówiąc językiem powieści, cierpi na „opóźnione następstwo kontuzji wojennych”. Mówiąc językiem dzisiejszej psychiatrii, choruje na zespół stresu pourazowego, post-traumatic stress disorder, PTSD.

„Ale dla niego piękno znajdowało się jakby za szklaną szybą. Nawet w smaku (...) nie znajdował żadnej przyjemności. Odstawiał filiżankę na marmurowy blat małego stolika. Przyglądał się ludziom na ulicy; wydawali się szczęśliwi, przystawali na środku chodnika wrzeszcząc, śmiejąc się, kłócąc bez powodu. Ale on nie ma już smaku, nic już nie odczuwa. W kawiarni, między stolikami, pośród uwijających się kelnerów, chwytał go znów za gardło duszący strach; bo nie odczuwał nic, absolutnie nic. Mógł myśleć logicznie, mógł czytać bez trudu, na przykład Dantego (...), mógł robić rachunki; jego mózg działał sprawnie; a więc jest to wina świata – to, że nic nie odczuwa” (str. 103)  

W umyśle Septimusa już od momentu, gdy go poznajemy, dzieją się niedobre rzeczy, myśli są mroczne i rezygnacyjne. A o tym, co chce zrobić, mowa jeszcze kilka razy. W pewien sposób informacje te bagatelizuje jego lekarz, doktor Holmes, uważający, że zdrowie „w ogromnej mierze zależy od nas samych”. Doktor o stanie pacjenta mówi, że to głupstwa. Mówi (gdy Septimus nie chciał go wpuścić do swojego pokoju) o depresji. Owszem, charakteryzuje objawy: „bóle głowy, bezsenność, lęki, przywidzenia; zwykłe objawy wyczerpania nerwowego”. A aby je złagodzić, zaleca „przed spaniem dwie tabletki bromu rozpuszczone w szklance wody”. Rekomenduje, aby swoje zainteresowania kierował „ku światu zewnętrznemu; powinien znaleźć sobie jakieś hobby”; Lukrecji zaleca, aby kierowała „uwagę męża na rzeczy realne, żeby go zaprowadziła do music-hallu, żeby go zainteresowała krykietem”. 

To nie jest dobry lekarz dla Septimusa (kolejna lekarska wizyta w jego domu będzie przecież powodem wielkiego dramatu, urzeczywistnieniem zamiarów). To chyba dlatego Lukrecja prowadzi go do innego „znawcy ludzkiej duszy”, do Williama Bradshawa (który, zresztą, pojawi się pod koniec powieści). Jedyna wizyta w jego domu nie trwa długo, ale przy scenie tej chcę się zatrzymać. 

Wiedział wszystko, zaledwie weszli do gabinetu (nazywali się Warren Smith); wystarczyło, że raz spojrzał na tego mężczyznę; przypadek bardzo ciężki. Daleko posunięte symptomy kompletnego wyczerpania fizycznego i nerwowego, potwierdził stawianą w myślach diagnozę, zapisując jednocześnie na różowej karcie odpowiedzi na pytania zadawane cichym, dyskretnym głosem.

- Jak długo leczył go doktor Holmes?

- Sześć tygodni.

- Przepisał trochę bromu? Powiedział, że panu Smithowi nic nie jest? Ach, tak! - (Jeszcze jeden lekarski omnibus! pomyślał sir William. Połowę czasu marnuje na odrabianie błędów tych ludzi! Niektóre są nie do odrobienia).

- Był pan na wojnie, otrzymał pan najwyższe odznaczenia?

Pacjent powtórzył tonem pytającym:

- Na wojnie?

Własna interpretacja słów o znaczeniu symbolicznym. Objaw poważny, należy go zanotować na różowej karcie.

- Na wojnie? - spytał pacjent. Ach, wojna europejska, ta bójka uczniaków bawiących się prochem? Czy otrzymał najwyższe odznaczenia? Naprawdę nie pamięta. Jeśli idzie o samą wojnę, nie spełnił pokładanych w nim nadziei.

- Tak, był na wojnie i otrzymał najwyższe odznaczenia - zapewniła Recja lekarza. - Dali mu awans.

- W biurze ma pan doskonałą opinię - rzekł cicho sir William zerkając na pełen hojnych pochwał list pana Brewera. 

- A więc nie ma żadnych powodów do zmartwień, żadnych kłopotów finansowych... nic? Popełnił straszną zbrodnię, za którą natura ludzka skazała go na śmierć.

- Ja... ja... - zaczął Septimus - popełniłem zbrodnię...

- Nie zrobił nic złego, naprawdę nie zrobił nic złego - zapewniała Recja lekarza. Jeżeli pan Smith zechce chwilę poczekać, powiedział sir William, zamieni kilka słów z panią Smith w sąsiednim pokoju. Jej mąż jest poważnie chory, powiedział sir William. Czy groził, że sobie odbierze życie?

- Och, tak! - zaszlochała Recja. - Ale nie mówił tego poważnie. Oczywiście, że nie (...)” (str. 112-113)

Pomijając fakt, że jest to pierwsza wizyta u tego doktora, celem której jest pozyskanie informacji o stanie zdrowia pacjenta, czyli wywiad; i pomijając fakt, że doktor proponuje izolację Septimusa (tj. kurację w „pięknym domu na wsi”, gdzie zazna „długiego, długiego odpoczynku”, którego potrzebuje, a do którego nie będzie mogła być włączona jego żona), scena ta zwraca moją uwagę. Zwraca moją uwagę, ponieważ przywołuje na myśl 2 pojęcia: trialog i otwarty dialog.

W scenie tej udział biorą trzy osoby: lekarz (ekspert), pacjent (klient), żona pacjenta (osoba z otoczenia). Trzy strony, a więc perspektywa szersza, spojrzenie na te same wydarzenia pełniejsze, zwłaszcza że Septimus wbrew faktom uważa, że zawiódł, „nie spełnił pokładanych w nim nadziei”. Trialog, bo o nim mowa, skutkuje uzyskaniem bardziej efektywnego wsparcia. 

I to nie tylko trialog, bo także coś, co można by nazwać otwartym dialogiem, sposobem komunikacji, ku której skłania się współczesna psychiatria. 

Podejście takie zostało stworzone w latach 80. XX w. przez prof. Jaakko Seikkulę (psychoterapeutę), Brigittę Alakare (psychiatrę) i ich zespół w szpitalu Keropudas w Finlandii. To właśnie oni, jak podaje https://otwartydialog.pl/otwarty-dialog/, „rozwinęli system leczenia skoncentrowanego na rodzinie i sieci społecznej (...). Metoda zakładała szybką interwencję we wczesnej fazie kryzysu, dostosowanie leczenia do indywidualnych potrzeb pacjenta i jego rodziny”. Na stronie Fundacji Polski Instytut Otwartego Dialogu można bardziej szczegółowo zapoznać się z tematem. Tutaj kilka niedługich wyimków (wyboldowanie moje):

„(...) normalną praktyką psychiatryczną było zorganizowanie spotkania w ciągu doby od momentu dowiedzenia się o kryzysie. Co więcej, zarówno pacjent, jak i członkowie rodziny powinni zostać zaproszeni do udziału w pierwszym spotkaniu, jak również później, w trakcie procesu terapeutycznego, tak długo, jak będzie to potrzebne. W spotkaniach tych, wszyscy przedstawiciele znaczących tu zawodów – od pielęgniarki, psychiatry, opieki społecznej i innych istotnych władz, którzy mają kontakt z rodziną, są zapraszani do udziału i otwarcie dzielą się swymi myślami i opiniami o kryzysie, i o tym, co powinno zostać zrobione. Ci pracownicy powinni brać udział w spotkaniach tak długo, jak długo będzie potrzebna ich pomoc. Wszelkie dyskusje i decyzje terapeutyczne powinny być podejmowane otwarcie w obecności pacjenta i członków rodziny (...). 

Sama nazwa Otwarty Dialog została użyta po raz pierwszy w 1996 r. na określenie leczenia opartego na rodzinie i sieci społecznej, którego głównym celem było odnalezienie nowego zrozumienia poprzez dialog w czasie spotkań, w których od samego początku biorą udział wszystkie osoby zaangażowane w daną sytuację. Dialog ten ma miejsce na spotkaniach terapeutycznych, podczas których pacjent i główni uczestnicy omawiają kryzysową sytuację starając się zebrać informacje o problemie i na tej podstawie opracować plan leczenia, zaś wszelkie decyzje są podejmowane otwarcie na forum. Punktem wyjścia jest język stosowany przez pacjenta – terapeuci koncentrują się na słuchaniu oraz generowaniu dialogu tak, aby zapewnić uczestnikom poczucie bezpieczeństwa i normalizację sytuacji, zamiast skupiania się na zachowaniach regresywnych pacjenta. Tematy spotkań nie są z góry zaplanowane, zaś pytania zadawane przez zespół początkowo mają jak najbardziej otwarty charakter, aby zapewnić wszystkim uczestnikom możliwość wypowiedzenia się i bycia wysłuchanym”. 

Więcej o tym zagadnieniu mówi prof. J. Seikkula w rozmowie z Beatą Pawlikowską, link tutaj.

To tyle, gdy idzie o otwarty dialog i trialog, których zalążki wyczytałem we fragmencie powieści Virginii Woolf. Wspomniałem o nich nie po to, aby wyrazić, że Pani Dalloway jest pod tym względem jakoś odkrywcza, że wyprzedza swoją dekadę. Nie. Po prostu chcę wskazać w literaturze moment, który ma właściwość niejako terapeutyzującą i z którego wyprowadzić można wiedzę i wyposażyć w nią czytelnika XXI wieku. W tym szanownego Odbiorcę niniejszego bloga.


Doktor William Bradshaw, do którego przychodzą „ludzie zepchnięci na samo dno rozpaczy, ludzie na granicy obłędu, mężowie i żony”, pojawia się drugi raz w powieści. On i jego żona są gośćmi na przyjęciu Klarysy Dalloway. Jest on w jej mniemaniu „wielkim lekarzem”, „człowiekiem niezwykle utalentowanym”, „niezwykle rozsądnym”, kiedyś nawet „zaprowadziła do niego kogoś, kto szukał porady”. Jest też ALE. 

Z jej monologu wewnętrznego/strumienia świadomości dowiadujemy się też, że „ma w sobie coś nieuchwytnie złego, jest jakby bez płci, nie zna pożądań, w stosunku do kobiet niesłychanie uprzejmy, zdolny jednak do nieopisanego okrucieństwa – zdolny wedrzeć się przemocą w duszę ludzką”. Pani Dalloway wyraża dystans do doktora, jest w niej niepokój, strach, gdy o nim myśli. Ja z kolei myślę, że człowiek, który z jakichś powodów odczuwa niechęć, której nie potrafi wytłumaczyć – irracjonalną niechęć do autorytetów w dziedzinie psychicznej – jest tym, kto nosi w sobie symptomy kryzysu psychicznego. I jest też właścicielem niewiarygodnej empatii, pozwalającej odczuwać świat intensywniej. Właściwość ta powoduje, że taka osoba głęboko przeżywa śmierć drugiego człowieka (choćby nawet go nie znała), zwłaszcza śmierć nienaturalną, samobójczą. 

Całkowicie obcym dla Klarysy jest Septimus, ona nawet nie zna jego imienia! O tym, że odebrał sobie życie, dowiaduje się na własnym przyjęciu:

Jak Bradshawowie śmią mówić na przyjęciu u niej o śmierci? Młody mężczyzna odebrał sobie życie. A oni mówią o takiej rzeczy na przyjęciu… Bradshawowie mówią o śmierci. Odebrał sobie życie. Ale jak? Kiedy dowiadywała się nagle o jakimś wypadku, przeżywała zawsze to samo: suknia na niej płonęła, ciało spalało się. Wyskoczył oknem. Ziemia zbliża się jak oszalała, brutalnie, kalecząc ciało przebijają go szpikulce sztachet. Leży na ziemi i słyszy w mózgu łomot, łomot, łomot, a potem ogarnia go ciemność. Tak to sobie Klarysa wyobrażała (str. 217)

Wiedza o śmierci nieznajomego jest dla Klarysy doświadczeniem przejmującym i bolesnym. W odosobnieniu potrzebuje, że się tak wyrażę, przepracować ten fakt. Poddać go refleksji. Swoje myśli zorientować na zagadnienie śmierci. 

„Śmierć jest wyzwaniem. Śmierć jest próbą porozumienia się podejmowaną wtedy, kiedy ludzie zdają sobie sprawę z niemożności dotarcia do sedna, które – w sensie mistycznym – wciąż im umyka; w śmierci bliskość oddala się, zachwyt blednie, człowiek jest sam(str. 218) 


Kadr z film Mrs. Dalloway

To kolejny przykład, jak indywidualne życie jest splecione z innymi, jak sytuacje z przeszłości uobecniają się w teraźniejszości. Klarysa Dalloway i Septimus Warren Smith na poziomie interpretacyjnym stanowią jedność, pełnię, yin i yang. Ona kocha życie, on pragnie śmierci. Ona – otacza się kwiatami, ludźmi, pięknem i (dlatego?) organizuje przyjęcia. On – tkwi w mroku, a siebie spostrzega w perspektywie ja-cały świat. On i ona dostrzegają sens samotności i rozumieją go. I obydwoje obawiają się znawców ludzkich dusz. 

Właśnie ta obawa przed lekarzami, a mówiąc dokładniej: przed dr. Holmesem, jest przyczyną dramatycznej decyzji Septimusa. „Wyskoczył oknem”. Scena ta w powieści następuje szybko, jest zaskakująca (nie przytaczam jej). A nie powinna być zaskakująca, ponieważ Septimus znajduje się w procesie zachowań samobójczych, co widzimy, o czym wiemy od momentu, gdy pierwszy raz pojawia się w powieści. Czyn samobójczy poprzedzają próby; te poprzedzają plany, tendencje; te poprzedzają intencje, groźby; te zaczynają się od myśli (przelotnych albo utrwalonych). W taki sposób szklanka duszy systematycznie napełnia się wodą nieznośności życia. W końcu się przelewa. Następuje śmierć duszy. Ta nieznośność istnienia w przypadku ludzi podobnych do Septimusa wiąże się z rozpaczą, z brakiem pragnienia życia, z utratą nadziei.

Jak więc mogłaby wyglądać interwencja w momencie, gdy Septimus siada na parapecie, nogi zwiesza na zewnątrz, a do jego pokoju wchodzą niechciany dr Holmes i Lukrecja? Za pomocą jakich słów nakłonić go, aby wycofał się ze swoich zamiarów? Jak przeprowadzić tzw. interwencję kryzysową? To niemałe ćwiczenie dla wyobraźni. To emocjonalny dialog czytelnika z samym sobą… 

Panią Dalloway pierwszy raz przeczytałem w roku bodaj 2006. Ekscytowałem się tą powieścią nie z uwagi na formę czy treść; ta nudziła mnie. Ekscytowałem się, ponieważ związana była z życiem Virginii Woolf, a życie osób takich jak ona zawsze wzbudza wzruszenie i współczucie, nie pozostawia obojętnym. Jej twórczość obrosła mitem. Ach, jak wspaniale brzmiało to pierwsze, osławione – za sprawą filmu Godziny – zdanie powieści: „Pani Dalloway powiedziała, że sama kupi kwiaty”! Kogo nie zapytać o ulubione pierwsze zdanie, odpowiedź stanowiło tych 7 słów. Gdyby spytać o zdanie drugie i trzecie, odpowiedzią by było milczenie. „Lucy ma wyliczoną każdą minutę. Zdejmie się drzwi; przyjdą ludzie od Rumplemayera”. 

Gdy skupiam się na zdaniach, to jeszcze jedna myśl w tej sprawie. Gdyby ktoś zapytał mnie o zdanie najbardziej niezręczne, obciachowe, może grafomańskie, to podałbym to: „Och, nie, on nie lubi kapusty, powiedział Piotr, woli ludzi”. 

On nie lubi kapusty, woli ludzi. Virginia Woolf.

Dzisiaj, 18 lat później, inaczej czytam tę powieść i inaczej ją doświadczam. Wciąż nie uważam jej za jakąś wybitną; zdecydowanie wyżej cenię Do latarni morskiej. Ale też dzisiaj czegoś innego oczekuję od literatury. Nie czas i miejsce, aby o tym pisać. Natomiast myślę o wieku bohaterów. Septimus jest młody (jak pisałem, lat 30). Klarysa, jej mąż i jej bliskie otoczenie to ludzie w wieku lat 50+. Ten dojrzały wiek określony jest w kilku miejscach przymiotnikiem „stary”. Wyłania się więc kolejna – obok śmierci i życia, choroby i zdrowia – antyteza. 

Dobrze się czuję wśród dojrzałych bohaterów tej powieści. Dzieje się tak może dlatego, że czasami zastanawiam się, co może mnie czekać za kolejnych 10 lat. Jak poukładać w głowie wartości? Jak tłumaczyć sobie świat? Jak odnajdywać się w świecie złożonym z antytez? Na pewno słowa, które wypowiadam, czytając Panią Dalloway, leczą, mają potencjał kojący. W jakiś sposób pomagają oswajać się z zagadnieniem śmierci samobójczej. Z pewnością dialog z literaturą rozjaśnia wątpliwości. Rehabilituje fakty. Koi nieodległą przeszłość.


    Jeśli z jakichś powodów interesuje Cię, szanowny Czytelniku, temat samobójstwa i szukasz informacji, polecam stronę Życie warte jest rozmowy: https://zwjr.pl.