Pokazywanie postów oznaczonych etykietą depresja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą depresja. Pokaż wszystkie posty

6.13.2025

„Dziczek” Jakuba Zająca, czyli zapach mężczyzny

Dziczek wyzwolił we mnie namiętność, rozpalił pożądanie. Przemówił z siłą tak wielką, że poczułem ból. Ból ten był czymś w rodzaju emocjonalnego rozmontowania, dekompensacji albo, mówiąc mniej psychiatrycznie, a bardziej filozoficznie, metafizycznego wstrząsu. To reakcja całej mojej istoty – ducha i ciała – na obcowanie z Pięknem, które Jakub Zając zawarł w swojej prozie. Powrót do zwyczajnej codzienności możliwy był m.in. dzięki przelaniu doznań na bloga. Tak powstał ten esej, zapis poruszenia, które nie chciało minąć. Panie i Panowie, oto cztery tysiące słów na zdrowie!

Wydawnictwo Wielka Litera, 2025


Odkrycie Dziczka

Okładka Dziczka mignęła mi kilkakrotnie w przestrzeni bookstagrama, ale nie zwracałem na nią większej uwagi. Brałem ją bowiem za inną książkę – graficznie podobną, a kompletnie mnie nieinteresującą. Gdy pojawiła się po raz kolejny, zatrzymałem wzrok na kolorze i ilustracji. Były mi przyjemne, intrygowały swoją prostotą. W końcu, przeglądając youtubowe kanały książkowe, natrafiłem na rozmowę z autorem Dziczka. Kliknąłem „play” i – leżąc na kanapie, w półroztargnieniu – oglądałem, aż do momentu, który zatrzymał mnie w miejscu. Autor scharakteryzował wtedy uczucie osamotnienia, które dopadało go w niektóre noce. W kilku zdaniach opisał je tak dokładnie, tak celnie, że wiedziałem: to również moje doświadczenie. Znam smak tej duszącej, nocnej goryczy.
    Słowa Autora były tak trafne, tak pięknie wypowiedziane, że cofnąłem nagranie o kilkanaście sekund i odsłuchałem ponownie. I jeszcze raz. I jeszcze. W końcu sięgnąłem po długopis i zapisałem jego słowa na kartce: „uczucie nie dającej się odpędzić głębokiej samotności. I w związku z tym poczucie odosobnienia. Odosobnienia z nutą wrzaskliwości wewnętrznej, eksplozywnej samotności” [od 26 min. 13. sek.: https://www.youtube.com/watch?v=0b58PF7-SoI&t=1613s].
    Spokojny i urzeczony umiejętnością nazwania tego głębokiego uczucia, z wielką przyjemnością obejrzałem całą rozmowę, doceniając nie tylko treść, lecz także niezwykłą urodę języka, jakim posługuje się Autor. Choć był późny wieczór, a może wczesna noc, odnalazłem kolejne nagranie – i włączyłem. Słuchałem. Nie, nie tylko słuchałem, bo i patrzyłem. Zauroczony. Czas miał pokazać, jak owo zauroczenie dojrzewało we mnie po cichu, systematycznie, jak coś niecodziennego i namiętnego. Kwitło. 
    Takie były kolejne dni, a uczucia nie dało się całkowicie utrzymać w sekrecie. Podzieliłem się nim na InstaStory, pisząc i oznaczając Autora m.in.: „Po prostu kocham słuchać, jak @jakub_zajac_autor opowiada o swoich książkach i innych sprawach. Bardzo ładna, sensualna polszczyzna. Jak tylko jego Dziczek będzie dostępny w Bibliotece Śląskiej, od razu zamówię!”.
    Reakcja Autora była szybka, bezpośrednia: „Wyślę Panu za ten piękny wpis. Proszę o kontakt priv”.
    Był piątek, 30 maja 2025 r., godz. 13.50. Wyrwałem się z pracy, podszedłem do pobliskiego paczkomatu, odebrałem przesyłkę, wróciłem, dokończyłem obowiązki i ruszyłem do domu. Dziczek (Wydawnictwo Wielka Litera, 2025) – pachnący drukiem jak „Batmany” czy „X-meny”, które w latach 90. XX w., mając lat 10+, czytywałem – trafił w moje ręce!
    Czytałem przez resztę tamtego deszczowego dnia, co jakiś czas zaglądając na Instagram. Ciekawiły mnie InstaStories Autora: co teraz robi, o czym myśli, co publikuje? Chciałem patrzeć, słuchać, stworzyć złudzenie bycia blisko. Moje myśli płynęły ku niemu.
    Czytałem także przez całą sobotę; i nie mogłem się oderwać. Na godzinę czy dwie przed końcem towarzyszyła mi ta sama myśl, jaka nawiedzała mnie podczas książek Larry’ego McMurtry’ego: „Ja nie chcę! Ja nie chcę kończyć!”. Nawet zamierzałem podzielić się pragnieniem niechcenia w InstaStory, ale porzuciłem ten zamiar. Nie dlatego, że obawiałem się być nachalny (rzecz jasna, oznaczyłbym Autora). Raczej dlatego, że mniej słów między nami oznaczało więcej treści we mnie.
    Więc o czym jest ta trzecia w dorobku Jakuba Zająca książka? Przybliża ją opis na tylnej okładce:
    W zabytkowym dworku, który kryje w sobie atmosferę tajemnicy, samotny nauczyciel – Narrator, zmęczony życiem i rozczarowany swoimi wyborami, przygotowuje się do wyjazdu. Jego plany niespodziewanie zmieniają się wraz z pojawieniem się nowego lokatora – Dawida, młodego pedagoga, który właśnie wrócił z podróży i ma objąć stanowisko Narratora w szkole. Zafascynowany nowym współlokatorem, Narrator zaczyna śledzić jego ruchy i snuć wyobrażenia na temat jego życia, co z czasem przeradza się w głęboką, zmysłową więź, której charakter pozostaje niejednoznaczny.
    Punktem przełomowym staje się przekazanie przez Dawida Narratorowi pendrive’a z tekstem Zdjęcia z pamięci. To osobista i filozoficzna opowieść, która wprowadza Narratora – i czytelnika – w świat retrospekcji Dawida, otwierając przed nimi przestrzeń pełną ukrytych emocji, wspomnień i refleksji. Granice między rzeczywistością a wyobraźnią zaczynają się zacierać, a w tej metafizycznej podróży Narrator musi zmierzyć się z prawdą o sobie, Dawidzie i swojej przeszłości”.
    Tamta sobotnio-niedzielna noc, tuż po przeczytaniu książki, okazała się bezsenną i intensywną, a kolejne noce miały być podobne. Wierciłem się w łóżku niczym Swann z początku septalogii Marcela Prousta, prowadząc niekończące się monologi wewnętrzne, nad którymi po prostu nie miałem kontroli. Nie potrafiłem ich zatrzymać, ułagodzić, uspokoić. Wiedziałem, że zetknąłem się z prozą kunsztowną, oryginalną, namiętną; z pisarzem bez wątpienia utalentowanym, artystą i rzemieślnikiem. Artystą – za sprawą wyobraźni, poetyckiej wrażliwości, elegancji stylu, taktu językowego. Rzemieślnikiem – z powodu kunsztownie zaplanowanej konstrukcji powieści. Czułem, że wszystko w niej jest nasycone literackością, pełne zmysłowości, introspekcji, symbolicznych tropów, dopracowane. Zakochany byłem, mój Boże, zakochany! I sam nie wiedziałem – w Dziczku czy może… w Autorze? I nie wiedziałem też, czy wychwycony przeze mnie błąd w powieści był bramą do nowej jakości, czy po prostu błędem…
    Nie czas i pora o błędach rozprawiać, gdy człowiek leży w sofie i marzy, i gładzi opuszkami palców okładkę delikatnego ciała książki, jakby była dłonią. Albo policzkiem tego mężczyzny… 

Kryzys mężczyzny

Dziczek oferuje wiele tropów interpretacyjnych i stanowi wdzięczny materiał do poszukiwań intelektualnych. Moja pierwsza odpowiedź na pytanie, o czym ta powieść jest, brzmi: o – przyjmijmy umownie – czterdziestoletnim mężczyźnie w kryzysie psychicznym. Oto bezimienny główny bohater, narrator pierwszoosobowy, już od pierwszych stron odsłania się przede mną – czterdziestoletnim (znowu pozwólmy sobie na uproszczenie – i znowuż nie aż tak wielkie) czytelnikiem – wyznając, że właśnie przeżywa trudności.
    Po pierwsze, wypaliłem się. Przestało mi zależeć, czy kogokolwiek czegokolwiek nauczę, a szkoła – jeszcze bardziej niż dotychczas – wydawała mi się siedliskiem nonsensu (...). Lekcje prowadziłem nonszalancko albo wdawałem się w konflikty z nauczycielami” [Dziczek, s. 9].
    W dalszej części książki znajdujemy potwierdzenie tego psychicznego dyskomfortu: „(...) Straciłem już wiarę, że komukolwiek pomagam” [112].
    To wyznanie nie jest tylko aktem spowiedzi, ale aktem rozpoznania, diagnozy siebie jako człowieka wypalonego, pogubionego, zagubionego w rytmie dnia codziennego.
    Po drugie, mówi dalej Narrator, jego życie uległo rozmyciu w powtarzalności, w czymś, co właściwie określić można jako wegetację, banalność i nudę egzystencji:
    Zrozumiałem, że życie, które prowadziłem, nie prowadziło do niczego poza prowadzeniem życia”.
    Z czasem do tych odczuć dołącza tonacja ciemniejsza: myśli fatalistyczne, posępne, o niemal katastroficznym brzmieniu: „(...) przeczuwałem, że zdarzy się coś niedobrego. Miałem nieodparte wrażenie, że dochodzę do kresu, a czas przypiera mnie do ściany. Czułem się doprawdy fatalnie (...)” [10].
    Wszystkie te głosy – rezygnacja, intuicja zbliżającego się kresu – układają się w portret mężczyzny, który nie tyle przechodzi chwilowy dołek, ile staje u progu egzystencjalnej katastrofy. Pozwalają dość precyzyjnie zdiagnozować stan bohatera: mamy do czynienia z człowiekiem zmagającym się z problemami adaptacyjnymi i objawami wypalenia zawodowego. Fatalna, bolesna sprawa – jak powiedziałby ktoś, kto zna ten stan z autopsji. Wypowiedziana później przez bohatera deklaracja: „chyba mam depresję” [218] nie kończy tematu, lecz przeciwnie, otwiera go szerzej, pogłębia. Dla pełnego obrazu konstrukcji psychicznej Narratora należałoby bowiem dołożyć do tej diagnozy również rezygnację, bierne dryfowanie ku nicości, powolne odchodzenie od życia. Wskazują na to jego słowa:
(...) Tak czuję. Świat mnie wyprzedził. Ludzie toczą jakąś dziwną wojną. Ale ja nie walczę z nimi ramię w ramię. Stoję obok i przyglądam się toczonym przez nich bitwom” [219].
    To głos człowieka stojącego w cieniu. Świadka, a nie uczestnika. Obserwatora życia, które dzieje się obok, bez jego udziału, jakby bez jego zgody. Jeszcze bardziej przejmujące są słowa, w których Narrator analizuje swój stan niemal klinicznie:
    (...) a jednak pozostawałem w bezruchu i walczyłem tylko w świecie wewnętrznym. Tylko tam rozgrywały się moje wojny i zderzały się ze sobą sprzeczne koncepcje. Rodziły się, rosły oraz dojrzewały plany, z których większość – zgniła już i robaczywa – nigdy nie przebiła skorupy, nie zwalczyła komfortu samotności i nie wyszła na światło dzienne. Bo samotność to komfort. Tak, komfort! Ucieczka od życia i od odpowiedzialności za nie lub – jak mówił Dawid – lenistwo” [97].
    Samotność jawi się tu jako zjawisko ambiwalentne. Z jednej strony przynosi ulgę, ciszę i poczucie bezpieczeństwa, z drugiej stanowi wygodne alibi dla bierności, ucieczki, kapitulacji przed życiem. Ta postawa, tyleż zrozumiała, co dramatyczna, osadza bohatera w roli wewnętrznego rozbitka, który wprawdzie nie zatonął, ale dawno już przestał szukać brzegu. Oto, proszę Państwa, kwintesencja wyuczonej bezradności!
    Jednostka i wielkie kwantyfikatory: czas, wojna, walka, życie. Te słowa, jak posępne kamienie, osadzają się w języku i myśleniu bohatera. Takie opozycje, takie rozpoznanie siebie w świecie budzą się zazwyczaj w chwilach beznadziei, w stanie utraty wartości, które tworzą fundamenty człowieczeństwa: wiary, nadziei, miłości. Właśnie wtedy, gdy nie ma już punktu oparcia, pojawia się ból egzystencjalny. To on trawi bohatera.
    Autor więc dla wyeksponowania swojego bohatera wybrał moment dla niego być może ostatni możliwy, przełomowy. Jedną nogą bohater stoi jeszcze na grząskim gruncie empirii, ale druga zawisa już nad przepaścią, w której zaraz znikną sens, nadzieja, chęć trwania. Tak przewiduję. Pamiętać przecież trzeba, że depresja nieleczona prowadzi do śmierci.
    Być może podobną pułapkę egzystencjalną zastawił Jarosław Iwaszkiewicz na Wiktora Rubena w Pannach z Wilka. Ruben – również czterdziestolatek, również wypalony i obolały – otrzymuje zalecenie: urlop, zmiana otoczenia. I dopiero potem okaże się, że jego wewnętrzny kryzys może stać się początkiem przemiany.
Bohaterowie Iwaszkiewicza i Zająca to bratnie dusze 

Człowiek spotyka człowieka

Udzieliłem pierwszej odpowiedzi na pytanie, o czym jest Dziczek. O samotnym mężczyźnie w kryzysie. Ale jest też druga odpowiedź: to opowieść o spotkaniu człowieka z człowiekiem. O spotkaniu jedynym i niepowtarzalnym w skali kosmicznej. O wydarzeniu, które – kiedy już się (że tak to niezgrabnie ujmę) zdarzy – zaczyna dziać się w człowieku, porusza nim, wytrąca z marazmu i wlewa w niego ożywczą wodę élan vital. Dlatego człowiek pragnie człowieka, bo może odnaleźć sens, wypełnić swoją pustkę. Takie spotkanie staje się impulsem do działania, do ruchu, do zmiany. Człowiek jest celem, zwrotnicą losu, kimś na kształt terapeuty.
    Kiedy Dawid wracał, napełniałem się istnieniem. I wystarczało mi to, że był. Że zamknął się w pokoju i pisał. Umył się i zasnął. Wyszedł, ale wrócił. Nie musiał do mnie mówić ani wystawiać się na atak mych lubieżnych zmysłów. Nawet w nocy, gdy marzyłem o naszej bliskości, czułem spokój na myśl o tym, że spał w pokoju obok” [204].
    To on [Dawid] pochłaniał moją uwagę i to jego pragnąłem poznać. Patrzyłem więc, słuchałem i cieszyłem się każdym słowem, które wypowiedział, oraz każdą myśl, którą sformułowałem na jego temat” [112].
    W tych fragmentach krystalizuje się jedno z najważniejszych doświadczeń literackich: spotkanie z drugim człowiekiem, które uruchamia całe spektrum przeżyć, od kontemplacji po fizyczne wzmożenie. Narrator staje się czujny, aktywny, zaangażowany. Jego zmysły – wzrok, słuch, dotyk – żywią się obecnością Dawida. Ale to nie tylko aktywizacja zmysłowa. W ruch idzie całe ciało: bohaterowie wybiegają z dworku, trzymając pokrywy od kotłów, przepędzają dziki, wspólnie reagują na świat – oto wspaniały przykład. Przebywanie razem oznacza bycie w działaniu, w życiu, nie tylko obok siebie, ale dla siebie. Bo człowiek dla człowieka potrafi być terapeutą. 
    Szybko staje się jasne, że jeden z nich pragnie drugiego z autentyczną, intensywną namiętnością. Pragnienie to nie ma w sobie nic powierzchownego; jest głębokie, cielesne. Narrator mógłby podglądać Dawida godzinami, kontemplować jego ciało, łaknąć dotyku, pieszczoty, bliskości. Tak się, zresztą, dzieje (zachowaniem jest przyjemność podglądania; terminem z pola nauki: oglądactwo, wojeryzm).
    Miejsce i czas, gdy mężczyźni się spotykają – dworek na wzniesieniu, nieco na uboczu, choć nie całkowicie odizolowany – ma charakter quasi-mityczny. Stanowi przestrzeń wyjętą spod prawa codzienności. Z dala od ciekawskich spojrzeń uczniów, bo to wakacje, okres zawieszenia rutyny, pora, gdy można zrzucić społeczne maski. W takiej właśnie aurze rodzi się narracja, którą można odczytywać jako literacką wariację na temat Tajemnicy Brokeback Mountain. Trudno oprzeć się takiej analogii: mamy dwóch mężczyzn, odosobnione miejsce, homoerotyczne pożądanie. J. Zając stworzył własną, nauczycielską wersję tamtej opowieści. Własną tajemnicę. Nie Góry Brokeback, a Góry Borkowskiej.
    Tym milej odnoszę się do tego dzieła – filmu Anga Lee – gdyż współautorem scenariusza był Larry McMurtry, którego już raz w tym eseju wzmiankowałem. Gdziekolwiek jestem i zwietrzę kontekst opatrzony jego nazwiskiem, tam zatrzymuję się, by ukontentować siebie obrazami z jego książek: dwie błękitne świnie, które pożerały grzechotnika i które wraz z kowbojami przemierzały bezdroża między Teksasem a Montaną; wzruszające spotkanie Augustusa z Klarą (Na południe od Brazos); smak smutku i kończącego się świata, wyprowadzenie prostytutek, historia powstania Miasta Wron, amputacje w zamykających tetralogię o Dzikim Zachodzie Ulicach Laredo; nowa przygoda, do której przystąpiłem z drżącymi dłońmi i wysokimi oczekiwaniami, których autor nie zawiódł, czyli otwierający ten cykl Szlak Umrzyka; i debiutancki Ostatni seans filmowy; i jakże urzekające Czułe słówka! Piękne jest to, że jeszcze nie wszystkie jego powieści przeczytałem. Czekają na mnie w świecie podniety i radości. Są jak lekarstwo na dni ponure i kryzysowe.
    Tymczasem nie w kowbojskim Wyoming lat 60. XX w. jesteśmy, lecz we współczesnej Małopolsce, w dworku na wzniesieniu. Nie tajemnica Brokeback Mountain, lecz tajemnica Góry Borkowskiej. Autor Dziczka zapisał sceny zbliżenia homoerotycznego z ogromnym wyczuciem: są one pełne czułości, sensualne, a przy tym elegancko stonowane. Ich literacka forma nie sprowadza cielesności do dosłowności, a raczej nadaje jej wymiar poetycki i intymny.
    Czytałem te fragmenty cały podekscytowany, rozochocony, próbując zapanować nad chucią. Nie zapanowałem, poddałem się. Poprawka: poddawałem się. Luudzie! To, co działo się ze mną jako czytelnikiem, przestało być tylko aktem zagłębiania się w świat wyobraźni Autora. Stało się spotkaniem… hmm… fizycznie autentycznym, cielesnym. To irracjonalna siła, która wyłączyła mnie z innych namiętności i pragnień i przypomniała, kim jestem. Spowodowała, że na nowo spoglądałem w głąb siebie, w swoją tożsamość, a potem oddychałem pełną piersią.
    Prowadziłem monologi wewnętrzne i nie mogłem spać, a fantazja kreowała piękne sceny. Oglądałem na YouTubie kolejne rozmowy z Autorem, choćby o jego pierwszej książce, Halt. Zapiski z domu trzeźwienia (2020). Widziałem i słyszałem swobodę w mówieniu o chorobie. Imponowały mi autentyczność i odwaga, a w mojej głowie pulsowały pewne doświadczenia wspólne, choć przecież inne, które ja ukryłem pod powłoką wstydu i niebytu, a on referował bez skrupułów. Jego język był dla mnie czymś niezwykle atrakcyjnym i się wzruszałem nienasycony (sapioseksualizm). W jego aparycji, wyglądzie znajdowałem piękno. Wędrowałem na Facebooka, na Instagrama. Krótka wymiana wiadomości, nie zbłaźnij się tylko (tak myślałem), nie napisz czegoś, czego będziesz się wstydził (hamowałem się). Autor mi pokazał, jak podniecające są niedomówienia.
    A co, gdybym przyjechał do Krakowa? Pod dowolnym pretekstem. By go zobaczyć, spędzić z nim czas, poczuć jego energię. Sam nie wiem, czy mi się śniło czy to projekcja fantazji: siedzimy nad Wisłą i patrzymy w wodę. Jednoczy nas milczenie, otula ciepło czerwca, jak miło jest milczeć w jego obecności! Moja dłoń na jego karku, mężczyźni tak lubią. Bym się nasycał i niczego bym nie pragnął. Może tylko pójść do niego, mieć nas tam na wyłączność. Och, tak, o tym fantazjowałem. Tańczylibyśmy jak Louis i Prior. Przyparłbym go do ściany, opuszkami palców wędrował po policzku i patrzył w oczy. Oczy są kuszące, w spojrzeniu jest głębia. Czułbym jego zapach, zapach mężczyzny. O Boże! Całowałbym go. Moje usta tego pragnęły. Zadowolenie. Jedyność w skali kosmicznej. On. Całował, całowałbym go.

Ukojenie drugie i inne sprawy

Historia J. Zająca mówi o czymś kolejnym: o ukojeniu, jakie przynosi literatura. Perspektywa jest tutaj podwójna. Z jednej strony mamy Zdjęcia z pamięci, czyli dzieło in-progress, które stwarza Dawid Dziczek, i które nim powoduje. Z drugiej zaś strony mamy wiernego Narratora, który powieść chłonie z wypiekami na twarzy, popijając przy tym wodę élan vital. Nadawca, odbiorca i komunikat. Sztuka jako komunikat, za sprawą którego porozumiewają się ze sobą dwie strony. To piękny sposób! Coś takiego znajdziemy w Madame Antoniego Libery.
    Mowa i o innych tekstach kultury, np. o Historia filozofii W. Tatarkiewicza – lekturze ambitnej, wymagającej i pomagającej zrozumieć świat. To fragmentaryczne, niepewne, ale przecież realne zrozumienie łagodzi chaos, porządkuje doświadczenie, pozwala zrozumieć niezrozumiałe. Uważam, że czytanie klasycznej filozofii zwłaszcza w czasie egzystencjalnego mroku to dobry sposób na oswajanie lęku. Teksty filozoficzne oferują głębokie refleksje nad naturą człowieka, przemijaniem i sposobami radzenia sobie z trudnościami. Pozwalają dostrzec własne zmagania w szerszej perspektywie, wyjętej z szumu codzienności. Pomagają zobaczyć świat nie takim, jakim chcielibyśmy go widzieć, lecz takim, jakim jest.
    Kilka razy w Dziczku powraca powieść H. Hessego Wilk stepowy. To powieść poruszająca tematykę egzystencjalną, powieść kultowa, wspaniała. Czytałem ją kilka lat temu i zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Uzbroiła w coś w rodzaju wewnętrznej broni przeciw światu, który momentami staje się tak bardzo nieprzyjazny. Obiecałem sobie, że kiedyś do niej wrócę. Teraz Wilk stepowy sam do mnie przyszedł. Zamanifestował się w Zającu jako znak. A znaków nie należy ignorować.
    Zagadnienie tego, co literatura robi z człowiekiem, z jego głową, z duszą, to temat niewyczerpany. W tym miejscu tylko go dotykam, nie rozwlekam. Za to przechodzę dalej, by dodać: Dziczek to powieść o pisaniu powieści i powieść w powieści (budowa szkatułkowa). To w końcu historia o potrzebie porządkowania świata, i nadawaniu znaczeń i sensów.
    Chcę nadać Dziczkowi nowy sens!



Sesje psychoterapeutyczne

Dziczka można odczytywać jako obraz sesji psychoterapeutycznych. Po to człowiek – klient, pacjent – decyduje się na psychoterapię, by uzyskać wgląd w siebie. By zobaczyć siebie inaczej, bardziej wyraźnie, czasem po raz pierwszy naprawdę. Tutaj Dawid poprzez pisanie Zdjęć z pamięci rekonstruuje swoje życie, odtwarza jego najważniejsze etapy, przywołuje osoby i zdarzenia, które go ukształtowały. Takie wybory nigdy nie są przypadkowe. To, co zostaje zapamiętane i nazwane, ma znaczenie, ponieważ wpływa na rozwój, na tożsamość, na sposób, w jaki patrzy na siebie i świat. Fragment z Dawidowych Zapisków: Patrzę w siebie. Niczego nie czytam, nikogo nie słucham, niczym się nie sugeruję. Czekam na chwile uniesienia, które wstrząsną moim wnętrzem, zburzą ciszę i spokój tej samotni” [79].
    To czyste, nieskażone cytatem, cudzym głosem czy autorytetem spojrzenie w siebie okaże się zwieńczeniem wewnętrznej podróży, która przypomina właśnie sesje psychoterapeutyczne. A jest wiele do tzw. przepracowania, np. relacja do ludzi: „Kiedy patrzę na ludzi, czuję już wstręt i współczucie” [162].
    Są i inne motywacje: „do przepaści, którą noszę w sobie, wrzucam skrajne emocje i napycham ją nimi jak bulimik żołądek. Po drugie, fakt, że wszystko przemija, odczuwam coraz boleśniej, a proste zasady rządzące istnieniem (brevis i vanitas) wywołują u mnie paniczny lęk. Po trzecie wreszcie, zdecydowałem się opisać historię swojego życia” [269-270].
    W pewnym momencie (rozdział IV) porządek wspomnień zostaje zakłócony. Proces terapeutyczny natrafia na przeszkodę. Ten wątek pozostawiam bez rozwinięcia – nie jestem psychoterapeutą ani terapeutą. Co najwyżej byłem pod władaniem psychoterapeutów i innych specjalistów. Siedziałem na jednym z krzeseł w kręgu. Brałem udział w terapii grupowej na oddziale dziennym psychiatrycznym po miesięcznym pobycie w całodobowym. To doświadczenie było dla mnie czarną psychodelią. Bo co mi odpierdoliło, żeby podnieść głos na psychoterapeutkę? Żeby powiedzieć, że nie mogę na nią patrzeć? Że nie pozwolę, by mnie skrzywdziła? Co mi wtedy odjebało? 
    Poczucie wyższości? Poczucie, że nie pasuję do miejsca, w którym się znalazłem?
    Terapię grupową wspominam jako czas tracenia autentyczności i wigoru. Zburzyłem jednak fałszywy obraz siebie; i było to potwornie bolesne. Ale może właśnie o to chodzi? Także po to człowiek podejmuje terapię, by zdemontować iluzję, którą sam sobie stworzył. By zjednać się w sobie. By – koniec końców – skorygować własną osobowość i uczynić życie bardziej znośnym, bardziej prawdziwym. Psychoterapia pozwala dotychczasowe życie, a właściwie wyobrażenie tego życia, zostawić za sobą. Tak jak to uczynił Brzechwa ze swoją baśnią – zamknąć w guziku przygody.
    Jeszcze jedna refleksja.
    Ksiądz Marek, współtowarzysz i mentor Dawida, w pewnym momencie wypowiada znaczące słowa:
    W czasie choroby jesteśmy szczególnie uważni. Ciało robi się wrażliwsze, a umysł bardziej subtelny. Widzimy wyraźniej, czujemy mocniej, rozumiemy więcej” [67].
    Myśl tę można potraktować jako swoiste credo. Właśnie dzięki chorobie – depresji, wypaleniu, egzystencjalnemu kryzysowi – możliwe staje się głębsze widzenie siebie i świata. One nie tylko osłabiają, ale także uwrażliwiają i mogą być początkiem zmiany. To dlatego na nowo zintegrowany, scalony bohater Zająca jest bratnią duszą Iwaszkiewiczowskiego Wiktora Rubena.

Błąd, błędzik w Dziczku, str. 106

Ku zakończeniu

W części IV porządek wspomnień Dziczka zostaje zakłócony, a Narrator robi wszystko by nie zatracić się w zaistniałym chaosie. Wątek ten przywołuje mi na myśl Kosmos Witolda Gombrowicza. Dlaczego? Ponieważ jego bohaterowie także próbują uchwycić sens, zbudować strukturę, odnaleźć wzór. Wszystko, co przypadkowe, zyskuje wymiar znaczący: układ patyków, powieszony wróbel, powieszony kot, gesty. To, co chaotyczne, domaga się uporządkowania. To natręctwo porządkowania osiąga kulminację właśnie tu, w części IV powieści. 
    Tutaj objawia się wszystko, co wcześniej zostało zasiane, zapłodnione, przemilczane. To domknięcie historii i jednoczesne otwarcie nowego życia, jakby nagle cały świat został dopowiedziany jednym gestem, zabiegiem. Jakby – inspirując się Akademią pana Kleksa J. Brzechwy – cała historia, jej wszyscy bohaterowie, którzy schodzą się w jedno miejsce, ich namiętności, perypetie – jakby wszystko to zostało zamknięte w guziku właśnie, zespolone, nareszcie pozyskało swoją prawdziwą tożsamość.
    Ta część to równocześnie Teatr Magiczny z Wilka stepowego H. Hessego, inspiracja Weselem S. Wyspiańskiego albo literacka realizacja „Melancholii” (z dodatkiem „Błędnego koła”) Jacka Malczewskiego. Konteksty nie kończą się. A każdy nowy zaskakuje i porusza inną strunę. Jak poniższy kontekst: fragment Ulissesa Jamesa Joyce’a:
    Bocianonoga paralaksa postępuje za nimi i popędza je, a włóczniami błyskawic, które miota jej czoło, są skorpiony. Łoś i yak, byki Baszanu i Babilonu, mamut i mastodont schodzą się do zatopionego morza, Lacus Mortis. Złowieszcze, mściwe zastępy zodiaku! Zawodzą przemijające na obłokach, rogate i jednorożne, te z trąbami i te kły mające, lwiogrzywe, olbrzymiorogie, ryjące i pełzające, gryzoń, przeżuwacz i gruboskóry, maszerujący, muczący motłoch, mordercy słońca”.
    I my też się schodzimy w jedno miejsce, miejsce zwane podsumowaniem. Już pora na to, ponieważ esej rozrasta się do niebywale obszernych rozmiarów. Ale koniecznych. Bo przecież miałem możliwość zdekompensować się, wykoleić, rozmontować. Miałem szansę rozpisać się, wypisać, opisać, więc zaktywizować się twórczo, przepracować piękno literatury i krętymi, wewnętrznymi drogami racjonalnego wyjaśnienia, że nie będziemy – ja i on – należeć do siebie, wrócić do… siebie właśnie.
    To wszystko jest efektem mojego spotkania z pisarzem, artystą, rzemieślnikiem słowa, którego nie spotkałem face to face, a który rozbudził we mnie namiętność i głód życia. Jego proza poruszyła mnie aż po ciało. I nie tylko mnie. W tym błędnym kole podsumowania uczestniczą wszyscy, których wcześniej przywołałem: YouTube i InstaStories, Batmany, W stronę Swanna, Panny z Wilka, McMurtry, Libera, Hesse, Brzechwa, Wyspiański, Malczewski, Gombrowicz, Joyce. Tańczą też Jack Twist i Ennis Del Mar z Tajemnicy Brokeback Mountain, Louis i Prior z Aniołów w Ameryce. A na czele tego Tańca Piękna – ja i on!
    Taniec ten, czy raczej jego fantazmat, staje się moim źródłem dumy (dzisiaj jest czerwiec!) i drżenia. Ciepłe dłonie. Moja ręka na jego ramieniu. Moja dłoń na jego biodrze. Zapach mężczyzny. „You don't fool me” Queen.
    I w końcu pytanie, które nie daje mi spokoju: czy wobec tego, co się wydarzyło – nawet nie tyle między nami, co we mnie: czy to jest zdrada? Czy ten niespodziewany, intensywny, wlewający we mnie namiętność całego świata poryw serca, te rozedrgane emocje, te długie godziny monologów wewnętrznych i noce bez snu, wypełnione jednym, uporczywym myśleniem – o nim, o nim, o nim – czy to wszystko, co się wydarzyło, ale już minęło, bo to przepracowałem, można podpiąć pod wspólny mianownik, co się zwie zdradą? Czy ja – który od ośmiu lat pozostaję w związku – dopuściłem się jej? Czy zdradziłem swojego partnera?
    Nie karam się za tę ewentualność. Nie obwiniam siebie. Doświadczyłem czegoś pięknego i zamykam to w jednym z podrozdziałów swojego życia, dziękując Autorowi. Teraz gdy uczucia przybrały swój należyty kształt, a myśli na powrót przekroczyły granice, ja wrócę do swojego chłopaka. Stęskniłem się za nim bardzo i mam mu wiele do powiedzenia. Opowiem o cudownej książce, którą przeczytałem; jej tytuł to Dziczek, a opowiada o… Zresztą, podeślę mu link do tego eseju. A jak będzie chciał, przeczytam co piękniejsze fragmenty powieści. Będę uczciwy. Będę szczęśliwy. Tak, tego chcę. Molly Bloom pomyślała: „tak a serce biło mu jak szalone i tak powiedziałam tak chcę Tak”.

3.08.2024

„Pani Dalloway” Virginii Woolf, czyli o chorobie psychicznej mężczyzny

 Pewne fakty aktualne i wydarzenia z nieodległej przeszłości zachęciły mnie do ponownego przeczytania Pani Dalloway z 1925 r. Odkryłem, że ta modernistyczna powieść jest nie tyle krajobrazem życia wewnętrznego zasobnej kobiety w wieku średnim, ile obrazem choroby psychicznej mężczyzny. 


Powstała ekranizacja tej powieści w reż. Marleen Gorris (1997), którą można obejrzeć tutaj. Na podstawie powieści Michaela Cunninghama Godziny (czytałem!), gdzie jedną z bohaterek jest Virginia Woolf, Stephen Daldry nakręcił film (2002). To jeden z moich ulubionych filmów, oglądałem go kilkanaście razy! Muzykę do niego skomponował Philip Glass. Na potrzeby lektury niniejszego posta, który nie zanosi się na krótki, proponuję włączyć soundtrack; ten dostępny jest np. tutaj. Myślę, że będzie dobrym tłem dla treści, jaką chcę przedstawić. 

Akcja powieści Woolf rozgrywa się w ciągu jednego czerwcowego dnia 1923 r. w Londynie. Mówi o 52-letniej Klarysie Dalloway, która przygotowuje się do zorganizowania przyjęcia, na które przybędą ważne osobistości świata polityki, nauki, kultury i jej dawni znajomi. Historia opowiedziana jest z perspektyw różnych postaci: głównej bohaterki, jej przyjaciół oraz osób, które spotyka. Za sprawą monologu wewnętrznego i strumienia świadomości mamy wgląd w przeszłość, teraźniejszość, myśli i uczucia postaci. Zrozumiałym się stało, że czytając tę książkę, poruszam się po dwóch biegunach budujących całość: choroba i zdrowie, śmierć i życie. I to właśnie w takiej kolejności. Myśl charakteryzująca problematykę mogłaby też brzmieć: „śmierć duszy”; śmierć duszy, o czym rozmyśla Peter Walsh, dawny oblubieniec Klarysy, który właśnie wrócił z Indii. Nie on jednak mnie interesuje. Mnie interesuje Septimus Warren Smith. 


Septimus na froncie. Kadr z filmu Mrs. Dalloway, reż. M. Gorris, 1997


Co o nim wiemy? Co wiemy o tym przedstawicielu straconego pokolenia? 

Wiadomo, że ma 30 lat i żonę Włoszkę, której imię Lukrecja. Pierwszy raz pojawia się, gdy Klarysa wybiera kwiaty w kwiaciarni Melburry’ego i słyszy wybuch silnika w aucie z jakimś ważnym konstablem. To samo słyszy i widzi przechodzący ulicą Septimus z żoną. W tym samym momencie patrzą na ten sam obiekt. On wypowiada słowa: „Zabiję się”, które Lukrecję wprawiają w stan skonfundowania. Klarysa kupuje naręcze pachnącego groszku. 

Istotnym jest fakt, że Septimus brał udział w I wojnie światowej. „Jako jeden z pierwszych zgłosił się na ochotnika. Pojechał do Francji bronić Anglii”. Tam zmężniał, awansowano go, zaskarbił sobie przyjaźń swojego dowódcy, porucznika Evansa. Ale porucznik Evans zginął. Teraz, kilka lat później on, Septimus, mówi do Evansa i widzi go; z punktu widzenia osób trzecich rozmawia sam z sobą. Teraz, gdy Septimus przebywa sam ze swoimi myślami, myśli mówią: 

„Cały świat woła do niego: zabij się, przez litość dla nas - zabij się! Ale właściwie dlaczego miałby się dla nich zabijać? Jedzenie sprawia mu przyjemność, słońce jest gorące. I w jaki sposób człowiek się zabija - nożem kuchennym, ohydnie, z krwią buchającą na wszystko dokoła... wsadza do ust rurkę od gazu? Nie ma siły, ledwie może podnieść rękę. Zresztą teraz, kiedy jest samotny, skazany, opuszczony, samotny samotnością tych, co mają niebawem umrzeć, odnajduje w tym wszystkim cudowny smak zbytku, wspaniałe uczucie izolacji, swobody nie znanej ludziom skrępowanym więzami. (Pani Dalloway, wydanie z roku 1961 w przekł. Krystyny Tarnowskiej, str. 108-109)

Nieprzypadkowo określiłem Septimusa przedstawicielem „straconego pokolenia”. Termin ten, zdaje się, uknuła Gertruda Stein, a rozpropagował Ernest Hemingway. Oznaczał on, jak podaje Wikipedia, „pokolenia amerykańskich pisarzy, którzy dorastali podczas I wojny światowej”. W świadomości Brytyjczyków I wojna światowa jest Wielką Wojną. Były to traumatyczne dzieje, które okaleczyły całe masy młodych mężczyzn. Które w jakiś sposób przyczyniły się do złamania kodu męskości. Można więc mówić o problemie społecznym; o problemie społecznym, który wymagał rozwiązań medycznych i prawnych. Woolf w swojej powieści akcentuje ten problem. Nie bez powodu też pierwsza scena filmu M. Gorris przestawia Septimusa na froncie wojennym. 

Doświadczenia wojenne odbiły się na jego psychice bardzo mocno, a reakcja emocjonalna jest niszcząca. Nie tylko widzi zmarłych. Przestał odczuwać cokolwiek, żyje w stanie napięcia, przywidzeń. Mówiąc językiem powieści, cierpi na „opóźnione następstwo kontuzji wojennych”. Mówiąc językiem dzisiejszej psychiatrii, choruje na zespół stresu pourazowego, post-traumatic stress disorder, PTSD.

„Ale dla niego piękno znajdowało się jakby za szklaną szybą. Nawet w smaku (...) nie znajdował żadnej przyjemności. Odstawiał filiżankę na marmurowy blat małego stolika. Przyglądał się ludziom na ulicy; wydawali się szczęśliwi, przystawali na środku chodnika wrzeszcząc, śmiejąc się, kłócąc bez powodu. Ale on nie ma już smaku, nic już nie odczuwa. W kawiarni, między stolikami, pośród uwijających się kelnerów, chwytał go znów za gardło duszący strach; bo nie odczuwał nic, absolutnie nic. Mógł myśleć logicznie, mógł czytać bez trudu, na przykład Dantego (...), mógł robić rachunki; jego mózg działał sprawnie; a więc jest to wina świata – to, że nic nie odczuwa” (str. 103)  

W umyśle Septimusa już od momentu, gdy go poznajemy, dzieją się niedobre rzeczy, myśli są mroczne i rezygnacyjne. A o tym, co chce zrobić, mowa jeszcze kilka razy. W pewien sposób informacje te bagatelizuje jego lekarz, doktor Holmes, uważający, że zdrowie „w ogromnej mierze zależy od nas samych”. Doktor o stanie pacjenta mówi, że to głupstwa. Mówi (gdy Septimus nie chciał go wpuścić do swojego pokoju) o depresji. Owszem, charakteryzuje objawy: „bóle głowy, bezsenność, lęki, przywidzenia; zwykłe objawy wyczerpania nerwowego”. A aby je złagodzić, zaleca „przed spaniem dwie tabletki bromu rozpuszczone w szklance wody”. Rekomenduje, aby swoje zainteresowania kierował „ku światu zewnętrznemu; powinien znaleźć sobie jakieś hobby”; Lukrecji zaleca, aby kierowała „uwagę męża na rzeczy realne, żeby go zaprowadziła do music-hallu, żeby go zainteresowała krykietem”. 

To nie jest dobry lekarz dla Septimusa (kolejna lekarska wizyta w jego domu będzie przecież powodem wielkiego dramatu, urzeczywistnieniem zamiarów). To chyba dlatego Lukrecja prowadzi go do innego „znawcy ludzkiej duszy”, do Williama Bradshawa (który, zresztą, pojawi się pod koniec powieści). Jedyna wizyta w jego domu nie trwa długo, ale przy scenie tej chcę się zatrzymać. 

Wiedział wszystko, zaledwie weszli do gabinetu (nazywali się Warren Smith); wystarczyło, że raz spojrzał na tego mężczyznę; przypadek bardzo ciężki. Daleko posunięte symptomy kompletnego wyczerpania fizycznego i nerwowego, potwierdził stawianą w myślach diagnozę, zapisując jednocześnie na różowej karcie odpowiedzi na pytania zadawane cichym, dyskretnym głosem.

- Jak długo leczył go doktor Holmes?

- Sześć tygodni.

- Przepisał trochę bromu? Powiedział, że panu Smithowi nic nie jest? Ach, tak! - (Jeszcze jeden lekarski omnibus! pomyślał sir William. Połowę czasu marnuje na odrabianie błędów tych ludzi! Niektóre są nie do odrobienia).

- Był pan na wojnie, otrzymał pan najwyższe odznaczenia?

Pacjent powtórzył tonem pytającym:

- Na wojnie?

Własna interpretacja słów o znaczeniu symbolicznym. Objaw poważny, należy go zanotować na różowej karcie.

- Na wojnie? - spytał pacjent. Ach, wojna europejska, ta bójka uczniaków bawiących się prochem? Czy otrzymał najwyższe odznaczenia? Naprawdę nie pamięta. Jeśli idzie o samą wojnę, nie spełnił pokładanych w nim nadziei.

- Tak, był na wojnie i otrzymał najwyższe odznaczenia - zapewniła Recja lekarza. - Dali mu awans.

- W biurze ma pan doskonałą opinię - rzekł cicho sir William zerkając na pełen hojnych pochwał list pana Brewera. 

- A więc nie ma żadnych powodów do zmartwień, żadnych kłopotów finansowych... nic? Popełnił straszną zbrodnię, za którą natura ludzka skazała go na śmierć.

- Ja... ja... - zaczął Septimus - popełniłem zbrodnię...

- Nie zrobił nic złego, naprawdę nie zrobił nic złego - zapewniała Recja lekarza. Jeżeli pan Smith zechce chwilę poczekać, powiedział sir William, zamieni kilka słów z panią Smith w sąsiednim pokoju. Jej mąż jest poważnie chory, powiedział sir William. Czy groził, że sobie odbierze życie?

- Och, tak! - zaszlochała Recja. - Ale nie mówił tego poważnie. Oczywiście, że nie (...)” (str. 112-113)

Pomijając fakt, że jest to pierwsza wizyta u tego doktora, celem której jest pozyskanie informacji o stanie zdrowia pacjenta, czyli wywiad; i pomijając fakt, że doktor proponuje izolację Septimusa (tj. kurację w „pięknym domu na wsi”, gdzie zazna „długiego, długiego odpoczynku”, którego potrzebuje, a do którego nie będzie mogła być włączona jego żona), scena ta zwraca moją uwagę. Zwraca moją uwagę, ponieważ przywołuje na myśl 2 pojęcia: trialog i otwarty dialog.

W scenie tej udział biorą trzy osoby: lekarz (ekspert), pacjent (klient), żona pacjenta (osoba z otoczenia). Trzy strony, a więc perspektywa szersza, spojrzenie na te same wydarzenia pełniejsze, zwłaszcza że Septimus wbrew faktom uważa, że zawiódł, „nie spełnił pokładanych w nim nadziei”. Trialog, bo o nim mowa, skutkuje uzyskaniem bardziej efektywnego wsparcia. 

I to nie tylko trialog, bo także coś, co można by nazwać otwartym dialogiem, sposobem komunikacji, ku której skłania się współczesna psychiatria. 

Podejście takie zostało stworzone w latach 80. XX w. przez prof. Jaakko Seikkulę (psychoterapeutę), Brigittę Alakare (psychiatrę) i ich zespół w szpitalu Keropudas w Finlandii. To właśnie oni, jak podaje https://otwartydialog.pl/otwarty-dialog/, „rozwinęli system leczenia skoncentrowanego na rodzinie i sieci społecznej (...). Metoda zakładała szybką interwencję we wczesnej fazie kryzysu, dostosowanie leczenia do indywidualnych potrzeb pacjenta i jego rodziny”. Na stronie Fundacji Polski Instytut Otwartego Dialogu można bardziej szczegółowo zapoznać się z tematem. Tutaj kilka niedługich wyimków (wyboldowanie moje):

„(...) normalną praktyką psychiatryczną było zorganizowanie spotkania w ciągu doby od momentu dowiedzenia się o kryzysie. Co więcej, zarówno pacjent, jak i członkowie rodziny powinni zostać zaproszeni do udziału w pierwszym spotkaniu, jak również później, w trakcie procesu terapeutycznego, tak długo, jak będzie to potrzebne. W spotkaniach tych, wszyscy przedstawiciele znaczących tu zawodów – od pielęgniarki, psychiatry, opieki społecznej i innych istotnych władz, którzy mają kontakt z rodziną, są zapraszani do udziału i otwarcie dzielą się swymi myślami i opiniami o kryzysie, i o tym, co powinno zostać zrobione. Ci pracownicy powinni brać udział w spotkaniach tak długo, jak długo będzie potrzebna ich pomoc. Wszelkie dyskusje i decyzje terapeutyczne powinny być podejmowane otwarcie w obecności pacjenta i członków rodziny (...). 

Sama nazwa Otwarty Dialog została użyta po raz pierwszy w 1996 r. na określenie leczenia opartego na rodzinie i sieci społecznej, którego głównym celem było odnalezienie nowego zrozumienia poprzez dialog w czasie spotkań, w których od samego początku biorą udział wszystkie osoby zaangażowane w daną sytuację. Dialog ten ma miejsce na spotkaniach terapeutycznych, podczas których pacjent i główni uczestnicy omawiają kryzysową sytuację starając się zebrać informacje o problemie i na tej podstawie opracować plan leczenia, zaś wszelkie decyzje są podejmowane otwarcie na forum. Punktem wyjścia jest język stosowany przez pacjenta – terapeuci koncentrują się na słuchaniu oraz generowaniu dialogu tak, aby zapewnić uczestnikom poczucie bezpieczeństwa i normalizację sytuacji, zamiast skupiania się na zachowaniach regresywnych pacjenta. Tematy spotkań nie są z góry zaplanowane, zaś pytania zadawane przez zespół początkowo mają jak najbardziej otwarty charakter, aby zapewnić wszystkim uczestnikom możliwość wypowiedzenia się i bycia wysłuchanym”. 

Więcej o tym zagadnieniu mówi prof. J. Seikkula w rozmowie z Beatą Pawlikowską, link tutaj.

To tyle, gdy idzie o otwarty dialog i trialog, których zalążki wyczytałem we fragmencie powieści Virginii Woolf. Wspomniałem o nich nie po to, aby wyrazić, że Pani Dalloway jest pod tym względem jakoś odkrywcza, że wyprzedza swoją dekadę. Nie. Po prostu chcę wskazać w literaturze moment, który ma właściwość niejako terapeutyzującą i z którego wyprowadzić można wiedzę i wyposażyć w nią czytelnika XXI wieku. W tym szanownego Odbiorcę niniejszego bloga.


Doktor William Bradshaw, do którego przychodzą „ludzie zepchnięci na samo dno rozpaczy, ludzie na granicy obłędu, mężowie i żony”, pojawia się drugi raz w powieści. On i jego żona są gośćmi na przyjęciu Klarysy Dalloway. Jest on w jej mniemaniu „wielkim lekarzem”, „człowiekiem niezwykle utalentowanym”, „niezwykle rozsądnym”, kiedyś nawet „zaprowadziła do niego kogoś, kto szukał porady”. Jest też ALE. 

Z jej monologu wewnętrznego/strumienia świadomości dowiadujemy się też, że „ma w sobie coś nieuchwytnie złego, jest jakby bez płci, nie zna pożądań, w stosunku do kobiet niesłychanie uprzejmy, zdolny jednak do nieopisanego okrucieństwa – zdolny wedrzeć się przemocą w duszę ludzką”. Pani Dalloway wyraża dystans do doktora, jest w niej niepokój, strach, gdy o nim myśli. Ja z kolei myślę, że człowiek, który z jakichś powodów odczuwa niechęć, której nie potrafi wytłumaczyć – irracjonalną niechęć do autorytetów w dziedzinie psychicznej – jest tym, kto nosi w sobie symptomy kryzysu psychicznego. I jest też właścicielem niewiarygodnej empatii, pozwalającej odczuwać świat intensywniej. Właściwość ta powoduje, że taka osoba głęboko przeżywa śmierć drugiego człowieka (choćby nawet go nie znała), zwłaszcza śmierć nienaturalną, samobójczą. 

Całkowicie obcym dla Klarysy jest Septimus, ona nawet nie zna jego imienia! O tym, że odebrał sobie życie, dowiaduje się na własnym przyjęciu:

Jak Bradshawowie śmią mówić na przyjęciu u niej o śmierci? Młody mężczyzna odebrał sobie życie. A oni mówią o takiej rzeczy na przyjęciu… Bradshawowie mówią o śmierci. Odebrał sobie życie. Ale jak? Kiedy dowiadywała się nagle o jakimś wypadku, przeżywała zawsze to samo: suknia na niej płonęła, ciało spalało się. Wyskoczył oknem. Ziemia zbliża się jak oszalała, brutalnie, kalecząc ciało przebijają go szpikulce sztachet. Leży na ziemi i słyszy w mózgu łomot, łomot, łomot, a potem ogarnia go ciemność. Tak to sobie Klarysa wyobrażała (str. 217)

Wiedza o śmierci nieznajomego jest dla Klarysy doświadczeniem przejmującym i bolesnym. W odosobnieniu potrzebuje, że się tak wyrażę, przepracować ten fakt. Poddać go refleksji. Swoje myśli zorientować na zagadnienie śmierci. 

„Śmierć jest wyzwaniem. Śmierć jest próbą porozumienia się podejmowaną wtedy, kiedy ludzie zdają sobie sprawę z niemożności dotarcia do sedna, które – w sensie mistycznym – wciąż im umyka; w śmierci bliskość oddala się, zachwyt blednie, człowiek jest sam(str. 218) 


Kadr z film Mrs. Dalloway

To kolejny przykład, jak indywidualne życie jest splecione z innymi, jak sytuacje z przeszłości uobecniają się w teraźniejszości. Klarysa Dalloway i Septimus Warren Smith na poziomie interpretacyjnym stanowią jedność, pełnię, yin i yang. Ona kocha życie, on pragnie śmierci. Ona – otacza się kwiatami, ludźmi, pięknem i (dlatego?) organizuje przyjęcia. On – tkwi w mroku, a siebie spostrzega w perspektywie ja-cały świat. On i ona dostrzegają sens samotności i rozumieją go. I obydwoje obawiają się znawców ludzkich dusz. 

Właśnie ta obawa przed lekarzami, a mówiąc dokładniej: przed dr. Holmesem, jest przyczyną dramatycznej decyzji Septimusa. „Wyskoczył oknem”. Scena ta w powieści następuje szybko, jest zaskakująca (nie przytaczam jej). A nie powinna być zaskakująca, ponieważ Septimus znajduje się w procesie zachowań samobójczych, co widzimy, o czym wiemy od momentu, gdy pierwszy raz pojawia się w powieści. Czyn samobójczy poprzedzają próby; te poprzedzają plany, tendencje; te poprzedzają intencje, groźby; te zaczynają się od myśli (przelotnych albo utrwalonych). W taki sposób szklanka duszy systematycznie napełnia się wodą nieznośności życia. W końcu się przelewa. Następuje śmierć duszy. Ta nieznośność istnienia w przypadku ludzi podobnych do Septimusa wiąże się z rozpaczą, z brakiem pragnienia życia, z utratą nadziei.

Jak więc mogłaby wyglądać interwencja w momencie, gdy Septimus siada na parapecie, nogi zwiesza na zewnątrz, a do jego pokoju wchodzą niechciany dr Holmes i Lukrecja? Za pomocą jakich słów nakłonić go, aby wycofał się ze swoich zamiarów? Jak przeprowadzić tzw. interwencję kryzysową? To niemałe ćwiczenie dla wyobraźni. To emocjonalny dialog czytelnika z samym sobą… 

Panią Dalloway pierwszy raz przeczytałem w roku bodaj 2006. Ekscytowałem się tą powieścią nie z uwagi na formę czy treść; ta nudziła mnie. Ekscytowałem się, ponieważ związana była z życiem Virginii Woolf, a życie osób takich jak ona zawsze wzbudza wzruszenie i współczucie, nie pozostawia obojętnym. Jej twórczość obrosła mitem. Ach, jak wspaniale brzmiało to pierwsze, osławione – za sprawą filmu Godziny – zdanie powieści: „Pani Dalloway powiedziała, że sama kupi kwiaty”! Kogo nie zapytać o ulubione pierwsze zdanie, odpowiedź stanowiło tych 7 słów. Gdyby spytać o zdanie drugie i trzecie, odpowiedzią by było milczenie. „Lucy ma wyliczoną każdą minutę. Zdejmie się drzwi; przyjdą ludzie od Rumplemayera”. 

Gdy skupiam się na zdaniach, to jeszcze jedna myśl w tej sprawie. Gdyby ktoś zapytał mnie o zdanie najbardziej niezręczne, obciachowe, może grafomańskie, to podałbym to: „Och, nie, on nie lubi kapusty, powiedział Piotr, woli ludzi”. 

On nie lubi kapusty, woli ludzi. Virginia Woolf.

Dzisiaj, 18 lat później, inaczej czytam tę powieść i inaczej ją doświadczam. Wciąż nie uważam jej za jakąś wybitną; zdecydowanie wyżej cenię Do latarni morskiej. Ale też dzisiaj czegoś innego oczekuję od literatury. Nie czas i miejsce, aby o tym pisać. Natomiast myślę o wieku bohaterów. Septimus jest młody (jak pisałem, lat 30). Klarysa, jej mąż i jej bliskie otoczenie to ludzie w wieku lat 50+. Ten dojrzały wiek określony jest w kilku miejscach przymiotnikiem „stary”. Wyłania się więc kolejna – obok śmierci i życia, choroby i zdrowia – antyteza. 

Dobrze się czuję wśród dojrzałych bohaterów tej powieści. Dzieje się tak może dlatego, że czasami zastanawiam się, co może mnie czekać za kolejnych 10 lat. Jak poukładać w głowie wartości? Jak tłumaczyć sobie świat? Jak odnajdywać się w świecie złożonym z antytez? Na pewno słowa, które wypowiadam, czytając Panią Dalloway, leczą, mają potencjał kojący. W jakiś sposób pomagają oswajać się z zagadnieniem śmierci samobójczej. Z pewnością dialog z literaturą rozjaśnia wątpliwości. Rehabilituje fakty. Koi nieodległą przeszłość.


    Jeśli z jakichś powodów interesuje Cię, szanowny Czytelniku, temat samobójstwa i szukasz informacji, polecam stronę Życie warte jest rozmowy: https://zwjr.pl.