Pokazywanie postów oznaczonych etykietą JamesJones. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą JamesJones. Pokaż wszystkie posty

10.12.2025

„Zew mężobójcy” Jamesa Jonesa, czyli o męskości mężczyzny

 James Jones (1921–1977) to mój mistrz języka. Wzorzec, który pokazuje, jak można myśleć o pisaniu i jak można pisać. Jak posługiwać się językiem z rozmachem, precyzją, czuciem. To autor wielkich tematów i poważnych spraw – sięgający po istotne kwestie egzystencji, relacji, wojny, męskości. Te deklaracje opieram zaledwie na dwóch przeczytanych powieściach, a fakt, że przede mną np. Długi tydzień w Parkman, działa na mnie jak gorączka czy wewnętrzne drżenie; naprawdę mnie rozpala. Na razie jednak Zew mężobójcy (1967) – książka, która zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Nie mogłem, po prostu nie mogłem nie poświęcić kilku godzin pracy nad blogowym szkicem na jej temat. A będzie o mężczyznach. O słabościach i przymusach. O odwadze i ucieczce. O życiu.

Najpierw jednak kilka słów o tym, o kim i o czym opowiada ta powieść. Zew mężobójcy to historia Rona Granta, uznanego amerykańskiego dramaturga (ekranizacja jego Pieśni Israfaela zdobyła pięć Oscarów), który podczas pobytu na Jamajce w gronie artystycznej elity angażuje się w nurkowanie głębinowe. Nie tylko podziwia rafy koralowe, ale także poluje na ryby i rekiny. To jego sposób radzenia sobie z emocjonalnym zamętem.

Ron, 36-latek, związany jest z 53-letnią Carol Abernathy, a zakochany w 27-letniej Lucky Videndi, z którą weźmie ślub. Od tego momentu pojawią się problemy: napięcia, niezrozumienie, podejrzenia o zdradę.

Wszystko to rozpisane na 623 stronach (Wydawnictwo Książnica, Katowice 1995, przeł. Andrzej Ziembicki) – w języku mistrzowskim, pełnym pięknych, niebanalnych opisów i niezapomnianych scen.

Zapadł mi w pamięć obraz Granta, siedzącego na podmorskim, skalnym grzybie i marzącego o masturbacji.

Zapadł mi w pamięć opis intymnej czynności męskiej: „Grant poczuł na plecach lekki dreszcz. Stwierdził również, że kryształki soli wbite w tkaninę slipów drażnią jego krocze i czubek siusiaka. Ukradkiem wsunął rękę w przemiękłe z tyłu spodnie, podrapał się i dokonał szybkiego przegrupowania klejnotów”.

Który mężczyzna nigdy nie przegrupowywał klejnotów? Nawet Al Bundy zna ten samczy, absolutnie męski gest. Samczy. O samczości będzie jeszcze mowa.

Albo – kapitalny fragment o wydobywaniu przez płetwonurków martwych ciał z zatopionego samochodu: „duszyczki unoszonej w śmietankowe niebiosa” [304] – śmietankowe, bo rzeka mętna.

I te majtki, które zsunęły się z utopionej… 

Dedykacja rzuca światło na pewien kierunek interpretacyjny. W tę wielką historię wpisuje się bowiem trójkąt miłosny: Ron-Carol-Lucky. 

Carol Abernathy (która zresztą ma męża) to dojrzała, choć rozhisteryzowana, kobieta, dająca poczucie bezpieczeństwa, ale w zamian oczekująca całkowitego podporządkowania. Ron jest jej, powiedzmy to wprost, utrzymankiem. Przynajmniej początkowo. A czemu tak się dzieje? „Ze strachu przed samotnością (...) tego rodzaju, przejmującej kosmicznym chłodem (...) wolał szukać schronienia w owej odrobinie miłości, która jeśli nawet go nie rozgrzewała, to przynajmniej nie pozwalała zamarznąć” [58]. A także dlatego że „chciał zostać niewolnikiem jakiejś kobiety, robakiem pełzającym u jej stóp, istotą godną wzgardy i traktowaną pogardliwie…” [234].

Tego rodzaju samoponiżenie nie jest tylko erotyczną fantazją. To sposób egzystencjalnego wycofania się z odpowiedzialności i dorosłości, ucieczka w rolę podporządkowanego, który przestaje być za siebie odpowiedzialny. 

Jednak w swoich rozważaniach nie pójdę śladem dedykacji i nie wybiorę wielkomiłosnego kierunku interpretacyjnego. Interesują mnie inne zagadnienia, którym poświęcona została ta wielka powieść Jamesa Jonesa: jak rozumieć męskość? Co to znaczy być mężczyzną? Skąd w mężczyźnie potrzeba zachowań ryzykownych? Dlaczego ci mężczyźni – najczęściej żonaci – oddają się tak niebezpiecznej aktywności? Przecież wpisane w nią jest realne ryzyko utraty zdrowia, a nawet życia.

Skąd ta potrzeba adrenaliny, doświadczeń balansujących na granicy?

Nurkowanie głębinowe to sport drogi, elitarny. Widzimy przecież bohaterów osadzonych w kręgu tzw. śmietanki towarzyskiej: pisarze, krytycy (z magazynu „Time”), aktorzy, hrabiny, modelki, właściciele hoteli, psychoanalitycy. Mężczyźni zamożni, uprzywilejowani, świadomi swojej pozycji – a jednak stale szukający przekroczenia granicy komfortu i bezpieczeństwa. Dlaczego?

Zauważyłem przy tym inne, powiązane zagadnienie: nieustanne alkoholizowanie się. Bohaterowie niemal bez przerwy piją – na łodzi, w hotelu, w restauracji, przed nurkowaniem, po nurkowaniu, przed snem.

Alkohol staje się środkiem regulującym napięcia – zarówno egzystencjalne, jak i emocjonalne. A także katalizatorem skrajnych myśli. Wyzwala w człowieku myślenie radykalne, impulsywne, intensyfikujące lęki i obsesje. Jak w poniższym fragmencie: „Kiedy [Ron Grant] tak siedział ciągnąc terapeutyczną whisky, przez jego mózg, przez niego całego, przemykały najrozmaitsze przerażające myśli. Myśli o przemocy, strachu, zabijaniu, o kretynizmie i duchowej kastracji zmieszały się do tego stopnia, że nie sposób je było od siebie oddzielić, bo zmieszały się niczym składniki jakiegoś piekielnego gulaszu. Rozogniona, zwierzęca zazdrość sprawiała mu taki ból, że byłby gotów wyć. Ale nie miał zamiaru wyć. A wszystkie na poły skonkretyzowane i tylko w połowie poddane analizie masochistyczne fantazje eksplodowały i zniknęły w łunie realnej możliwości. Byłby gotów zabić. Nie, oczywiście, że by jej nie zabił. W końcu, dostatecznie pijany, wrócił do sypialni. Przez chwilę spoglądał na Lucky, uśpioną w swoim łóżku zsuniętym z jego łóżkiem, patrzył na jej rozsypane na poduszce szampańskopłowe włosy. Była tak piękna [536].


Cztery refleksje o tym, dlaczego mężczyzna podejmuje zachowania ryzykowne

Wracam do pytania, ponawiam je z uporem i ukonkretniam je: skąd w mężczyźnie potrzeba zejścia pod wodę i uśmiercenia rekina? Z tej obszernej powieści wyłowiłem kilka możliwych odpowiedzi.

Oto pierwsza refleksja związana z postacią Ala Bonhama – właściciela sklepu ze sprzętem do nurkowania i mentora Granta: 

I refleksja:

Dzisiejszego popołudnia [Bonham] miał prawdziwą ochotę na wyskok w morze i uśmiercenie rekina. Ilekroć zbierało mu się na rozważania o własnej nieuchronnej śmierci – które towarzyszyły mu nieraz całymi dniami – mógł jedynie, żeby się od nich oderwać, postawić Alego u steru, popłynąć nad „Rekinią Metę”, gdzie zawsze można było liczyć na jedną czy dwie sztuki, gwałtownie zejść na dno z bagażem swej wściekłości i strachu, następnie zaś ukatrupić śmiercionośnym strzałem w łeb dwumetrowego rekina błękitnego, tygrysiego albo młota. Nawet kiedy strzał w łeb mu nie wychodził i trzeba było odcinać linkę łączącą go z harpunem, miał uciechę jak cholera. (...) Te numery jednak oczyszczały człowieka, podkręcały, wyzwalały od wszystkiego, co złe, w ogóle od wszystkiego. Bonham przychodził po nich do siebie. Nie musiał się obawiać, czy w razie czego mu stanie” [134].

W tym fragmencie nurkowanie zyskuje wymiar symboliczny i terapeutyczny. Bonham – zmagający się z lękiem przed śmiercią i życiowym wypaleniem – odnajduje chwilowe ukojenie w ekstremalnym doświadczeniu. Nie chodzi tylko o sport, o „rekreację”, chodzi o akt oczyszczenia. Zanurzenie w głębinie jest równoznaczne z konfrontacją z własnym strachem, a uśmiercenie rekina – z próbą ujarzmienia chaosu wewnętrznego.

I w tym cytacie, i w całej powieści Jonesa czuć pierwotną prawdę: męskość rodzi się często w opozycji do lęku. Tam, gdzie jest strach, musi pojawić się działanie. Tam, gdzie jest bezradność, musi pojawić się impuls. W przeciwnym razie – człowiek zamiera.

II refleksja:

Dlaczego zatem nie jest [Grant] uszczęśliwiony? (...) Przybył tu w poszukiwaniu rzeczywistości. Rzeczywistości mężczyzny. Rzeczywistości męstwa. Czego jeszcze? Któż może wiedzieć? Ucieczki przed świadomością, iż życie jest zbyt łatwe. Czuł w każdym razie, iż rzeczywistość ulotniła się z jego życia, z jego pracy – i to dawno temu. Rzeczywistość – za której utratę przynajmniej częściowo odpowiedzialność ponosi Carol Abernathy ze swoim osobliwym nawykiem dominowania, ze swoim kompleksem kwoki”.

Cytat ten zawiera w sobie kilka tropów: ucieczkę przed łatwością życia, tęsknotę za „męską rzeczywistością”, frustrację wynikającą z relacji z kobietą dominującą.

Ron Grant szuka czegoś realnego – takiego doświadczenia, które dałoby mu poczucie kontaktu z własnym istnieniem. W jego świecie sukces zawodowy, wygoda materialna i bezpieczeństwo emocjonalne nie przynoszą spełnienia, a wręcz przeciwnie – wywołują frustrację. Właśnie dlatego decyduje się na coś, co wykracza poza wygodne życie: nurkowanie, ryzyko, stawianie się w sytuacjach granicznych.

Ta „rzeczywistość męstwa”, której Ron szuka, to nie tylko fizyczna odwaga. To kontakt z pierwotną siłą: konfrontacja z lękiem, naturą, śmiercią. To także ucieczka przed życiem podporządkowanym silniejszej partnerce – relacji, w której został zredukowany do roli biernego, kontrolowanego obiektu.

Uderza w tym fragmencie przekonanie bohatera, że łatwe życie to nieprawdziwe życie. Że komfort – choć pożądany – rozmywa egzystencjalny kontur rzeczywistości. Dlatego wybiera drogę, która rani, ale daje sens.

III refleksja

Przez całe życie był tchórzem. I właśnie z tego powodu przez całe życie zmuszał się do czynienia rzeczy, które miały dowieść, że nie jest aż takim tchórzem, jakim – co doskonale wiedział – w istocie był. Absurdalna strategia. Nigdy z niej nic nie wynikało. No więc powtarzał te numery dzień po dniu.

Duma? Tak. Był dumny. Ale nie odważny. Nie zuchwały. Tak wyglądało jego życie dzień po dniu, przez całą wojnę. Czy potrafiłaby sobie wyobrazić takie życie dzień po dniu, przez cztery i pół roku, nieustannie, wyjąwszy dwie albo trzy okazje, kiedy zakipiała w nim krew – mówiąc o rekinach naukowcy używali terminu „odruch żerowania stadnego”, gdy jednak odnosili się do ludzi, nazywali rzecz „heroizmem” – czy więc potrafiłaby to sobie wyobrazić? Jedni ludzie byli odważni, drudzy po prostu nie byli. Należał do tych, którzy nie byli. I musiał się o tym przekonać. Jakoś, jeśli to było możliwe, musiał się o tym przekonać” [299].

Kapitalny fragment! Ron nie jest herosem – i doskonale o tym wie. Całe jego życie to próba zagłuszenia tej świadomości. Ryzyko, jakie podejmuje, nie jest wynikiem odwagi, lecz kompensacji lęku. On zmusza się do niebezpiecznych działań, by zbudować przed samym sobą narrację, że „jednak potrafi”. Człowiek bojący się własnej słabości prowokuje sytuacje graniczne, by sprawdzić, czy potrafi je przekroczyć.

Jones demaskuje więc romantyczny mit odwagi: nie każdy czyn ryzykowny jest wyrazem bohaterstwa. Często to tylko nerwowy gest człowieka, który próbuje uciszyć wewnętrzny głos mówiący: „Jesteś tchórzem”. Ron należy do tych, którzy nie są odważni — i nurkowanie, polowania na rekiny czy inne ekstremalne doświadczenia są dla niego desperacką próbą uzyskania dowodu odwrotnego.

To nie heroizm, lecz życie w nieustannym napięciu między dumą a strachem.

IV refleksja:

Przynajmniej milion razy Grant zadał sobie pytanie, dlaczego, do stu diabłów, to robi, skoro wcale nie musi. Przychodziła mu do głowy tylko jedna odpowiedź: po to, aby później, z łechcącą ego dumą, móc opowiadać, że to zrobił. Chełpić się przed bliźnimi, że to zrobił” [421].

Odnajduję tu najbardziej gorzki i przyziemny motyw podejmowania ryzyka: próżność. Grant nurkuje, poluje, naraża się nie po to, by odnaleźć prawdę o sobie, nie po to, by przekroczyć własny lęk – lecz by mieć historię do opowiedzenia. Taką, która nada mu splendor, wzbudzi podziw, uczyni z niego bohatera we własnych (i cudzych) oczach.

Gdybym więc miał krótko, króciutko podsumować cztery powyższe cytaty, to powiedziałbym tak: nie tylko strach, nie tylko ucieczka, nie tylko tęsknota za prawdziwością – ale także ego i potrzeba zachwytu innych pchają bohatera w głąb morza. I w głąb samego siebie.


Samczość, samczość, wszystko samcze

Gdy byłem uczniem podstawówki, później liceum, a potem studentem, przerażała mnie myśl o byciu w grupie złożonej wyłącznie z mężczyzn. Nieważne, czy chodziło o lekcje wychowania fizycznego, służbę wojskową, pracę na budowie, czy wyobrażony obóz koncentracyjny dla homoseksualistów – sam męski kolektyw budził we mnie lęk, opór, wstręt. Odpychała mnie wizja spoconych ciał, woni przepoconych skarpet i pach, agresywnej atmosfery pozbawionej cienia łagodności. Brak wrażliwości, empatii, subtelności – tego właśnie obawiałem się w przestrzeni czysto męskiej. Społeczność złożona wyłącznie z facetów wydawała mi się brutalna i całkowicie obca moim potrzebom, mojej osobowości.

Tymczasem w Zewie mężobójcy odnajduję postać, która zdaje się ucieleśniać wszystko to, co mnie niegdyś odrzucało i przerażało – samca stuprocentowego, brutalnego, zuchwałego, fizycznego. Złodziejaszka albo kleptomana. Co ciekawe – Polaka! Frankie Orloffski, bo tak się nazywa, to właściciel sklepu ze sprzętem sportowym i nurkowym w Cape May. To właśnie z jego udziałem rozgrywa się jedna z końcowych scen powieści – mordobicie, co rozbawiło mnie… obficie. (Nawiasem mówiąc, James Jones także w Stąd do wieczności powołuje do życia polskiego bohatera, z tym że epizodycznego – a jest on sądzony przez sąd wojskowy za pederastię).

W kontekście tego bohatera pojawia się taki oto fragment:

Co to było? Orientacja nie tyle promęska, co antykobieca. A może jednak raczej promęska. Superpromęska. Superhiperpromęska. Ale nie homoseksualna. Czy też: zazwyczaj nie homoseksualna. Wręcz przeciwnie, faceci tego typu zwykle nienawidzili homoseksualizmu z pasją wręcz zatrważającą. Ale męska. Męsko-męska. Sprzymierzenie samców przeciwko światu. Ramię przy ramieniu. Żołnierz przy żołnierzu. Samczość, samczość, samczość. Wszystko samcze. Wszędzie samczość. Może ta orientacja stawała się antykobieca tylko wtedy, kiedy kobiecość dokonywała zamachu na samczość? Orloffskiemu aż ciekło z pyska to przekonanie” [272].

No powiedzcie sami, czy ten Jones nie jest wnikliwym obserwatorem? W niezwykle intensywny, podszyty ironią i celowo przerysowany sposób opisuje pewien archetyp męskości – hipermęskiej, zrytualizowanej wspólnoty samców, funkcjonującej niemal jak sekta. Uważam, że trafnie pokazuje, że za tą postawą kryje się nie tylko potrzeba przynależności, ale i lęk – zwłaszcza lęk przed przekroczeniem granicy między bliskością a pożądaniem. Dlatego też mężczyźni reprezentujący ten model reagują furią i odrazą na homoseksualność, ponieważ ta kwestionuje porządek ich świata. Ta superhiperpromęskość stanowi jedną z odpowiedzi na pytanie o to, dlaczego mężczyźni potrzebują potwierdzania swojej tożsamości w działaniu, walce, rywalizacji. 


Świat krąży wokół fiuta

Fragmentów w tej wielkiej amerykańskiej powieści, które zasługują na uwagę, jest rzecz jasna o wiele, wiele więcej. W końcowej rozmowie Rona z Lucky pojawia się znakomita refleksja podsumowująca sposób postrzegania męskości. Mowa tam między innymi o podglądaniu sikających ojców, o ich fajfusach, o facetach, którzy nigdy naprawdę nie dorastają. Bo – powiedzmy to wprost – świat męski krąży wokół kutasów, fiutów, siusiaków, klejnotów. Bogactwo synonimów, jakie serwuje tłumaczenie Andrzeja Ziembickiego, po prostu zachwyca. Polszczyzna okazuje się tu językiem przebogatym – także, a może zwłaszcza, w sferze erotyczno-cielesnej. I to jest piękne. Piękna jest polszczyzna, kiedy pozwala autorowi i tłumaczowi iść śmiało za językiem bohaterów, za ich wstydem, żartem, dumą, wulgaryzmem.

Tę myśl o „fiutkach” – o zabawie chłopców w dorosłych mężczyzn – formułuje Ron Grant, uznany amerykański dramaturg, autor zekranizowanej Pieśni Israfaela, która zdobyła pięć Oscarów. Nie będę jej cytował, choć ją spisałem i umieściłem w folderze z wielkimi cytatami.

Wielkimi cytatami. Wielkimi. Skoro mowa o czymś wielkim, pozwolę sobie zakończyć ten esej krótkim wyliczeniem wielkich tematów, jakie podejmuje James Jones w Zewie mężobójcy: męskość i tożsamość, obsesja i konfrontacja z żywiołem, wolność kontra uzależnienie, natura jako tło i test człowieczeństwa. I nie miałem nawet okazji rozpisać się o tytule, który w oryginale brzmi: Go to the Widow‑Maker. Tytuł wdzięczny, dający do myślenia – ale zostawię go na inną okazję. Czas dobić do brzegu. Ten tekst i tak już się rozrasta. I dobrze. W końcu opowiada o rzeczach poważnych, męskich, czyli fascynujących.

9.29.2024

„Stąd do wieczności” Jamesa Jonesa, czyli wartości indywidualne i wiele więcej

Stąd do wieczności (1951) Jamesa Jonesa. Klasyka literatury amerykańskiej. Obszerna, świetnie skomponowana, wciągająca, intrygująca. Choć uchodzi za powieść wojenną, to również można ją scharakteryzować jako realistyczną, obyczajową, psychologiczną. W każdym razie takie wątki się w niej znajdują. Więcej: odkryłem perspektywę egzystencjalną! Lektura dostarczyła mi tego, czego szukam w prozie, zaspokoiła moje potrzeby estetyczne. A czego szukam w prozie? Słów, zdań, myśli, które leczą.


Nim skupię się na wątkach, mających potencjał terapeutyczny, w kilku zdaniach przybliżę specyfikę, tematy dzieła. Dzieła, które w gruncie rzeczy jest pierwszą częścią trylogii wojennej Jamesa Jonesa (1921-1977). Dwa pozostałe tytuły to: Cienka czerwona linia (1962) i Gwizd (1978).

Niezależnie od wszystkiego Stąd do wieczności jest powieścią wojenną. Oto mamy Hawaje, gdzie stacjonują wojska amerykańskie. I mamy oczekiwanie na moment przystąpienia USA do II wojny światowej. Następuje on, gdy Japończycy atakują Pearl Harbor 7 grudnia 1941 r. Opis ten znajduje się dopiero w rozdziale 50. Do tego momentu fakt ten wydaje się odległy jak księżyc i nierealny jak to, że Trzecia Rzesza dokonała najazdu na Nowy Jork (...) albo Marsjanie opanowali Kalifornię” (wszystkie cytaty są w tłumaczeniu Bronisława Zielińskiego i pochodzą z wydania z 1966 r.). Rozdział dopiero 50, a jest ich 57. 

Do tego momentu poznajemy żołnierską codzienność bohaterów, a więc: muzykowanie; papierosy; alkohol; romanse; wizyty w burdelach, spośród których nr. 1 jest dom pani Kipfer; tryper (rzeżączka); kontakty z pederastami” i konsekwencje (miejsce ich spotkań to Tawerna Waikiki); histerektomia (operacja wycięcia macicy dotyczy jednej z postaci kobiecych); samobójstwo; obóz karny (z jego izolatką, tzw. Czarną Dziurą), którego specyfika do złudzenia przypominała mi przesłuchiwanie przez SS-manów lub UB.

Głównym bohaterem jest szeregowy Robert E. Lee Prewitt, do niedawna świetny bokser. Dużo o nim myślałem i chyba nie do końca rozumiem jego postawę. Chyba… Aczkolwiek… Chociaż… Gdybym przyjął, że rozumiem, to muszę dodać, że gość mi imponuje! Prewitt to postać tragiczna, czyli taka, która zderza się z ustaloną, zorganizowaną rzeczywistością. Efekt takiego zderzenia dla jednostki może być tylko jeden.

Inne postacie, które są warte przywołania, to: piękna prostytutka Lorene (zakochuje się w niej Prewitt); Karen Holmes (żona kapitana Holmesa, mająca romans z Wardenem); sierżant Warden; Włoch Maggio (podziwiam i naprawdę go polubiłem!); Jack Malloy (autorytet, choć to bohater 2-, a może 3-planowy). 

Jeden jedyny raz pojawia się wątek polski. Jest wzmianka o „Polaku Dyżbińskim” (tyle tylko, że w kontekście prowadzonego przeciwko niemu śledztwa w sprawie pederastii”).

Schofield Barracks, Hawaje
Atak Japończyków, 7 grudnia 1941 r.


Powieść
Stąd do wieczności zawiera wątki filozoficzne dotyczące życia ludzkiego, wątki nawiązujące do spraw egzystencjalnych. Stanowią one o sile dzieła. Właśnie ta perspektywa interesuje mnie najbardziej. W dalszych podrozdziałach przedstawiam ciekawsze, rozsądne moim zdaniem treści. Dotyczą one spraw organizacji świata i miejsca w nim człowieka, pasji i wartości osobistych, istoty bólu, współistnienia miłości i nienawiści, sposobu panowania nad myślami, nad umysłem. Najpierw cytat, potem mój komentarz.


Milczenie i czyn

Urzędnicy, królowie, myśliciele – ci gadają i swoją gadaniną rządzą tym światem. Kierowcy ciężarówek, budowniczowie piramid, prości ludzie – ci, co nie umieją mówić, budują świat samą swą bezmownością, ażeby gadacze mogli gadać o tym, jak rządzić nim i tymi, którzy go zbudowali. A kiedy zniszczą świat swoim gadaniem, kierowca ciężarówki i prosty człowiek odbudują go znowu, po prostu dlatego, że szukają jakiegoś sposobu, aby przemówić (...) (rozdz. X).

Milczenie, prostota i czyn – oto cnoty, które charakteryzują zwykłego człowieka, obywatela, jednostkę funkcjonującą w zorganizowanej zbiorowości. Są ci, którzy nami rządzą, którzy są dyspozytorami naszych działań i pracy. I są ci – czyli my – którzy podlegają dyspozytorom i organizatorom. Wieczne zależności. 

Filozofowie (i politycy!) wymyślają idee, które inni wcielają w życie. Urzędnicy i politycy – mówiąc w wielkim uproszczeniu – pobierają podatki, mając na uwadze realizację idei. Nieważne jak głupie mogą być idee – komunizm, socjalizm narodowy etc. – do ich realizacji zawsze potrzebny jest człowiek! Tak było, tak będzie.

Prości ludzie, choć pozornie cisi, mają kluczową rolę w budowaniu, tworzeniu na rzecz społeczeństwa, wspólnoty. Tak zawsze było, tak jest, tak będzie. 

Milczenie, prostota, czyn. Za sprawą tych treści człowiek może wyrażać siebie, może być aktywny. Odporność i wytrwałość są tym, co dostaje w zamian. 

Jeszcze jedna myśl. Z przywołanym cytatem koresponduje humanistyczna myśl Marii Dąbrowskiej. Pisałem o niej tutaj: https://slowanazdrowie.blogspot.com/search/label/MariaD%C4%85browska.

Robert E. Lee Prewitt


           Wartości osobiste

Poniżej fragment rozmowy kucharza Starka z Prewittem. Panowie rozmawiają o tym, co w życiu ważne.

(...) Słuchajcie: żyjemy na świecie, który chce sam siebie rozwalić w diabły, tak szybko jak to zdoła załatwić pięćset milionów ludzi. Na takim świecie człowiek może zrobić tylko jedno: znaleźć sobie coś, co będzie jego własne, naprawdę jego własne i nigdy go nie zawiedzie, a potem ciężko pracować nad tym i dla tego, bo to mu samo zapłaci za jego trud. Dla mnie jest tym moja kuchnia...

– A dla mnie moja gra na trąbce.

– … i tylko to mnie obchodzi. Dopóki będę robił swoje, tak jak trzeba, nie będę musiał się wstydzić. A reszta może się nawzajem tępić, mordować, wysadzić w powietrze cały cholerny świat, mnie nic do tego.

– Ale razem z nim wysadzą i was – powiedział Prew.

– Świetnie. To nie będę musiał się martwić.

– Ale nie będzie i waszej kuchni.

– Fajnie. Mnie też nie będzie, więc co za różnica. I wiem tylko tyle (...)” (rozdz. 14).

Z powyższym cytatem, mówiącym o potrzebie posiadania swojej małej oazy spokoju, swojej namiętności czy pasji koresponduje myśl podobna. Wypowiada ją Jack Malloy (ma najwięcej rozumu ze wszystkich”; zdaniem Angela to „najuczciwszy, najrzetelniejszy, najporządniejszy gość, jakiego w życiu spotkałem”) podczas dyskretnej rozmowy z Prewittem. Człowiek cieszy się powszechnym szacunkiem w obozie karnym, do którego trafił kolejny raz. Próbują go złamać, ale Malloy jest za mocny, ma psychikę nie do zdarcia. Z jego ust pada taka deklaracja:

Oddałbym wszystko, co może mnie czekać w niebie, za to, żeby móc kochać coś tak bardzo, jak ty kochasz wojsko. Nie porzucaj go – mówił. – Nie porzucaj go nigdy. Jeżeli człowiek znalazł coś, co kocha naprawdę, musi się trzymać tego zawsze, choćby się nie wiem co stało, czy tamto go kocha, czy nie. A jeżeli – zakończył z nieledwie religijną żarliwością – jeżeli go to w końcu zabije, powinien być wdzięczny, że w ogóle miał taką szansę. Bo w tym jest cała tajemnica (rozdz. 43)

Powyższe dwa cytaty są refleksją na temat pasji i wartości osobistych. Te są związane z poczuciem sensu życia. Praca, pasja, jakaś umiejętność (choćby to była kuchnia, gra na trąbce, cokolwiek) są tym, co pozwala przetrwać w chaotycznym, destrukcyjnym – jakkolwiek go scharakteryzujemy, jakkolwiek go odczuwamy – świecie. Pojawiają się satysfakcja i poczucie celu. 

Pasja i miłość do niej mogą inspirować do poszukiwania czegoś, co sprawia, że nasza ludzka aktywność nabiera znaczenia. One rozwijają poczucie wdzięczności; tzw. uważność, czyli życie w teraźniejszości; pomagają zaakceptować rzeczy nieuchronne. I coś jeszcze: dają poczucie kontroli i wewnętrzną autonomię. W obliczu globalnych problemów istotne jest, by trzymać się własnych zasad i pracować nad tym, co jest ważne dla jednostki. Dzięki temu można zachować właśnie spokój wewnętrzny, mimo że świat może rozwalić się w diabły. Szukanie własnej przestrzeni i wartości, na których można polegać - to ważne w kontekście zdrowia psychicznego.


         Istota bólu

Teraz o bólu fizycznym. Dotyczy on kondycji Prewitta krótko po jego pojedynku na noże z sierżantem Judsonem zwanym Grubasem (prawą ręką Thompsona, kierownika obozu karnego). Prewitt zmaga się bólem, a znajduje się w domu prostytutki Lorene, w której jest zakochany, i jej przyjaciółki Georgetty.

Jednakże ból był czymś, co znał. Ból był jak stary przyjaciel, którego od dawna nie widział. Umiał sobie dać radę z bólem. Z bólem trzeba leżeć, a nie odsuwać się od niego. Trzeba niejako poruszać się dookoła zewnętrznego skraju bólu, tak jak się robi z zimną wodą, dopóki człowiek w końcu nie zdobędzie się na dość odwagi, by wziąć się w garść. Wtedy trzeba nabrać głęboko tchu, dać nurka i opaść aż na samo dno. A potem, kiedy już pozostałeś jakiś czas w głębi, stwierdzasz, że nie jest wcale tak zimno, jak myślałeś, gdy twoje mięśnie cofały się przed tą zewnętrzną krawędzią, kiedy chodziłeś dokoła próbując zebrać się na odwagę. Znał ból. Ból był jak walka na ringu; jeżeli do tego powracasz dostatecznie długo, nabierasz w końcu pewnego instynktu. Nigdy nie wiesz, kiedy przychodzi ani skąd się bierze, ale nagle odkrywasz, że go masz i że go masz od dawna, nic o tym nie wiedząc. Tak samo jest z bólem.

Ból był jak wioska u stóp góry, na której garbie, wysoko nad wsią, wybudowana jest katedra, a dzwony tej katedry bezustannie wydzwaniają pieśń o krzyżu (rozdz. 45)

Z tego fragmentu wynika refleksja terapeutyczna dotycząca radzenia sobie z bólem fizycznym, jak i psychicznym. Ból bowiem nie jest czymś, od czego należy uciekać, co należy odepchnąć. Ból należy zaakceptować, poczuć go i stopniowo się do niego przystosować. Trzeba go oswoić. Im częściej człowiek staje w obliczu bólu, tym bardziej rozwija umiejętność radzenia sobie z nim i staje się bardziej odporny – jak bokser na ringu. W terapii regularna konfrontacja z emocjami i cierpieniem prowadzi do większej odporności psychicznej. Więcej, można dojść do wniosku, że cierpienie ma pewien sens. Może prowadzić do duchowego lub psychicznego wzrostu.

Ból Prewitta po pojedynku z Grubasem


Miłość i nienawiść

Wątek miłości podejmowany jest w powieści nie raz i nie dwa. Poniekąd była o niej – o miłości – już mowa. Natomiast poniżej miłość jako relacja między dwojgiem ludzi. Karen Holmes (żona kapitana Holmesa) w rozmowie z sierżantem Miltonem A. Wardenem: 

– Nienawidziłam cię – powiedziała. – Chwilami nienawidziłam cię strasznie. Każda miłość ma w sobie nienawiść. Bo człowiek jest związany z kimś, kogo kocha, i to mu odbiera cząstkę wolności, więc ma to za złe, nie może być inaczej. A mając za złe utratę własnej wolności, usiłuje zmusić tego drugiego, aby się wyrzekł swojej całkowicie. Miłość nie może nie rodzić nienawiści. Tak długo, jak będziemy żyli na tej ziemi, miłość będzie zawsze miała w sobie nienawiść. Może właśnie dlatego jesteśmy na tej ziemi: żeby się uczyć kochać bez nienawiści (rozdz. 54)

Terapeutyczna moc miłości, jakkolwiek ją rozumiemy, jest nie do podważenia. Jej szczególną rolę w życiu człowieka charakteryzował choćby Viktor Frankl w książce Człowiek w poszukiwaniu sensu. Jones z kolei pisze o ambiwalencji uczuć, częściowej utracie własnej wolności (niezależności), ewolucji miłości i wpisanym w niej sensie ludzkich działań.

Karen Holmes i sierżant Warden


           Jak zapanować nad umysłem?

Rozdział 37 Stąd do wieczności Jamesa Jonesa jest szczególny. (Nawiasem mówiąc, rozdział następny też nie pozostaje obojętny. Jones opisuje w nim samobójstwo jednego z szeregowców. Wraz z tym zagląda do głowy bohatera, stawia pytania, kreśli przyczyny i domysły. Jednak nie czas i miejsce poświęcać temu zagadnieniu uwagę; tak tylko informuję). 

Wyobraź sobie, że jesteś umieszczony w ciemnej, bardzo małej izolatce, raz dziennie dostajesz kromkę chleba i kubek wody – i musisz tak przetrwać 3 dni. Taka sytuacja opisana jest w rzeczonym rozdziale 37. Prewitt otrzymuje wskazówki, jak przetrwać próbę psychicznego złamania, gdy za chwilę znajdzie się w izolatce, tzw. Czarnej Dziurze. Wiem, fragment jest długi i nie opatrzę go komentarzem, ale myślę, że warto go dokładnie przeczytać. Znajdują się w nim wskazówki, jak zapanować nad myślami i umysłem. Są to sposoby przydatne w przypadku osób cierpiących na lęki czy nerwice. Podkreślenia moje.

– Pierwsze pół godziny, kiedy cię tam wsadzą, nie jest takie złe – mówił Angelo Maggio. – Prawdopodobnie obtłuką cię trochę, i poczucie ulgi, żeś się od tego uwolnił, trzyma cię przez jakiś czas. Po prostu leżysz sobie i odpoczywasz.

– Aha – rzekł Prew.

– Tylko że po jakiejś półgodzinie już to się trochę zaciera – mówił Angelo Maggio. – Wtedy twój umysł znowu zaczyna pracować. Malloy powiada, że przyczyna jest taka: nie masz nic do roboty, możesz tylko siedzieć, a oczywiście nie ma światła i nie znajdziesz żadnego ujścia dla swoich myśli.

– Tak – rzekł Prew.

– No i sam nie wiem, dlaczego tak jest – ciągnął Angelo z zakłopotaniem – ale mniej więcej po pierwszej półgodzinie zaczyna ci się jakoś wydawać, że te mury są na kółkach, rozumiesz?

– Tak – powiedział Prew.

– Zdaje ci się, że na tych kółkach najeżdżają ze wszystkich stron na ciebie, i wtedy pierwszy raz brak ci oddechu. No, wiem, że to cholernie głupio brzmi – dodał.

– Rozumiem – rzekł Prew.

– Widzisz, tam nie ma dosyć miejsca, żeby móc stanąć prosto, a gdyby nawet było, mógłbyś zrobić tylko trzy kroki od końca do końca. Oczywiście nie ma w ogóle miejsca, żeby iść w bok. Więc nie możesz tego rozchodzić, musisz tylko siedzieć albo leżeć na pryczy i całe odprężenie odrabiać w myśli. Wiem, że to głupio brzmi.

(...)

– Za pierwszym razem, jak tam byłem, myślałem, że się uduszę na śmierć. Całą siłą trzymałem się, żeby nie zacząć wrzeszczeć. Jeżeli zaczniesz wrzeszczeć, to koniec z tobą. Aby nie zaczynaj. Bo będziesz się darł jeszcze wtedy, kiedy po ciebie przyjdą. Albo póki nie zachrypniesz i nie stracisz głosu. A wtedy jeszcze będziesz wył gdzieś w sobie. Nawet wtedy.

Zamilkł.

– No, i co jeszcze? – zapytał Prew.

– Jeżeli możesz dużo spać, to bardzo ci pomoże, ale niektórym ciężko zasnąć, bo widzisz, ta prycza nie jest właściwie pryczą. Ani koją. Tylko dziesięć czy dwanaście żelaznych rur zawieszonych podłużnie u ściany na dwóch łańcuchach i oczywiście nie ma tam ani siennika, ani koca.

– Tak – powiedział Prew. – To wszystko?

– Malloy powiada, że można dać sobie z tym radę, jeżeli człowiek potrafi zapanować nad swoimi myślami. Ja nigdy nie mogę – mówił Angelo Maggio. – Malloy umie przestać myśleć. Ja tego nie potrafię. Nauczyłem się kilku małych trików, które coś niecoś pomagają, ale tego nie umiem. Jedno, czego się nauczyłem, to odliczania oddechów: wciąga się powietrze licząc do ośmiu, potem je zatrzymuje do czterech, wypuszcza do ośmiu i znowu wstrzymuje oddech licząc do czterech; to pomaga na uczucie duszenia.

(...)

– A po drugie, zaczynam być głodny. Dają ci tam trzy razy dziennie kawałek chleba i blaszany kubek wody (Malloy – dodał nawiasem Angelo Maggio – mówi, że nigdy nic nie je, kiedy tam idzie. Wodę owszem, pije, ale nie je nic. Mówi, że jak nie je, nie zaczyna być głodny po pierwszym dniu, a poza tym, że to pomaga zapanować nad myślami).

Ja nigdy tego nie potrafiłem – uśmiechnął się nieporadnie. – Zawsze zaczynam być głodny i zjadam chleb, i jestem jeszcze głodniejszy. Najgorsze jest dla mnie powstrzymać się od myślenia o kurczętach i indykach – wiesz, tak jak wiszą upieczone w sklepach delikatesowych – i o stekach, o frytkach, o chlebie i sosie.

Angelo Maggio uśmiechnął się z zakłopotaniem.

– Chcę ci to tylko przedstawić. Musisz pamiętać, że nie jest wcale takie straszne, jak się wydaje.

(...)

– Druga sprawa to seks – powiedział Angelo delikatnie. – Nie trzeba myśleć o kobietach. Bo widzisz, oni cię rozbierają i wsadzają cię tam nago, i jak zaczniesz myśleć o kobietach, to się rozleziesz w szwach i będziesz przez cały czas trzepał kapucyna, co tylko pogarsza sprawę, zamiast ci ulżyć, i rozhecowuje cię jeszcze bardziej (...)

– No, to na miłość boską, o czym się tam myśli? – zapytał twardo Prew.

– A, w tym właśnie sęk - odparł Angelo Maggio. – Według Malloya nie trzeba myśleć o niczym. Malloy mówi, że może tam leżeć trzy, cztery, pięć dni, czy ile dostanie, i nie myśleć o niczym. Mówi, że nauczył się tego z jakichś książek jogów, kiedy był drwalem w Oregonie. Te książki miał jeden stary gość, który tam pracował i dawniej był wobblym [członekIndustrial Workers of the World - organizacji robotników przemysłowych utworzonej w 1905 r. w Chicago.]. Malloy mówi, że tego próbował, ale mu nie wychodziło, póki się nie dostał do Czarnej Dziury. Trzeba skupić uwagę na takiej czarnej plamce, którą masz w głowie przed oczami, i jak tylko ci przyjdzie jakaś myśl, odepchnąć ją od siebie i nie myśleć. Po jakimś czasie, jeżeli to się robi dość długo, myśli przestają przychodzić i widzisz tylko jakby światło.

– Jezus kochany! – powiedział Prew twardo. – Ja nie potrafię robić takich rzeczy. To znaczy, że on zapada w trans, jak te media, i gada z umarłymi, i w ogóle?

– Nie – odrzekł nieporadnie Angelo. – Nic podobnego, żadnych nadnaturalnych rzeczy. To jest po prostu panowanie nad umysłem. Sposób panowania nad myślami.

– A ty to potrafisz? – zapytał Prew z niedowierzaniem.

– Nie - odparł Angelo. – Próbował mnie uczyć, ale ani rusz nie mogłem. Może ty będziesz umiał.

– Nie, to nie dla mnie.

– Nigdy nie wiadomo, póki się nie spróbuje. Ja spróbowałem.

– No dobrze, a co ty robisz?

– Ja? Mam dwa sposoby. Stosuję je na zmianę. Jeden jest taki, że urządzam sobie grę, rozumiesz?

– Grę? – zapytał Prew.

– Między mną a nimi. Oni chcą mnie złamać, a ja się nie daję. Oni mnie widzą, ale nigdy nie zobaczą, żebym się miotał. Rozgrywam z nimi tę grę i tylko sobie leżę, i znoszę wszystko, co chcą.

– Robisz z tego grę! – powiedział Prew.

– To jeden sposób. Drugi to przypominanie sobie różnych rzeczy z własnego życia. Przypominasz sobie miłe rzeczy, przyjemne rzeczy.

– To bym może potrafił – rzekł Prew z napięciem.

– Ale te wspomnienia muszą być bez ludzi – przestrzegł go zaraz Angelo. – I muszą być o czymś, na co nie masz ochoty.

– Jak to? – zapytał Prew. – Dlaczego? Tego nie chwytam.

– Bo umysł w ten sposób pracuje – odrzekł Angelo Maggio. – Nie pytaj mnie czemu. Nie wiem. Wiem tylko, że jest tak, a nie inaczej. Jak zaczniesz myśleć o ludziach, wtedy przypomnisz sobie to, co robiłeś z nimi albo przez nich, rzeczy, które chciałbyś móc zrobić znowu. A to przywiedzie ci z powrotem na pamięć ciebie samego i miejsce, w którym jesteś. (...) A kiedy zaczniesz myśleć o rzeczach, których chcesz, już siebie w to włączyłeś. Chcesz tych rzeczy zaraz, w tej chwili. A nie możesz ich mieć. Najważniejsze jest wyłączyć z tego siebie.

– Aha – rzekł Prew. – Tylko jak?

Ja myślę o widokach przyrody – odparł Angelo Maggio. – O lasach, w których byłem. Drzewa są zawsze dobre. O jeziorach i górach, które widziałem. Jak tam jest na jesieni, z tymi wszystkimi kolorami. Albo w zimie, kiedy wszędzie leży śnieg. Widziałem raz burzę śnieżną – zaczął z zapałem, ale przerwał. - No, w każdym razie rozumiesz, o co mi idzie? – dodał niepewnie.

– Tak – powiedział Prew.

– A potem – ciągnął Angelo – jak zaczynają się w tym pojawiać ludzie, co zawsze się dzieje wcześniej czy później, przerzucam się na tę moją grę i po pewnym czasie wracam do wspomnień, w których nie ma ludzi (...) (rozdz. 37)

Prewitt i Lorene


         Podsumowując… 

Monumentalna powieść Stąd do wieczności Jamesa Jonesa zaskoczyła mnie. Nie spodziewałem się znaleźć w niej wyżej przedstawione treści. A przecież one cudownie korespondują z sytuacjami terapeutycznymi. To są wskazówki, podpowiedzi, jakimi wartościami się kierować, gdy człowiek jest zrozpaczony albo tkwi w bólu egzystencjalnym. Jones dostarczył mi wielu wrażeń. Wiele razy zastanowiłem się nad czytanym tekstem, do wybranych fragmentów wracałem wielokroć. Mogę uznać, że to jedno z lepszych doświadczeń czytelniczych w moim życiu!

         Ekranizacja Stąd do wieczności w reż. Freda Zinnemanna z 1953 r. otrzymała 8 Oscarów! Kadry w tym poście pochodzą z tego właśnie dzieła.