6.13.2025

„Dziczek” Jakuba Zająca, czyli zapach mężczyzny

Dziczek wyzwolił we mnie namiętność, rozpalił pożądanie. Przemówił z siłą tak wielką, że poczułem ból. Ból ten był czymś w rodzaju emocjonalnego rozmontowania, dekompensacji albo, mówiąc mniej psychiatrycznie, a bardziej filozoficznie, metafizycznego wstrząsu. To reakcja całej mojej istoty – ducha i ciała – na obcowanie z Pięknem, które Jakub Zając zawarł w swojej prozie. Powrót do zwyczajnej codzienności możliwy był m.in. dzięki przelaniu doznań na bloga. Tak powstał ten esej, zapis poruszenia, które nie chciało minąć. Panie i Panowie, oto cztery tysiące słów na zdrowie!

Wydawnictwo Wielka Litera, 2025


Odkrycie Dziczka

Okładka Dziczka mignęła mi kilkakrotnie w przestrzeni bookstagrama, ale nie zwracałem na nią większej uwagi. Brałem ją bowiem za inną książkę – graficznie podobną, a kompletnie mnie nieinteresującą. Gdy pojawiła się po raz kolejny, zatrzymałem wzrok na kolorze i ilustracji. Były mi przyjemne, intrygowały swoją prostotą. W końcu, przeglądając youtubowe kanały książkowe, natrafiłem na rozmowę z autorem Dziczka. Kliknąłem „play” i – leżąc na kanapie, w półroztargnieniu – oglądałem, aż do momentu, który zatrzymał mnie w miejscu. Autor scharakteryzował wtedy uczucie osamotnienia, które dopadało go w niektóre noce. W kilku zdaniach opisał je tak dokładnie, tak celnie, że wiedziałem: to również moje doświadczenie. Znam smak tej duszącej, nocnej goryczy.
    Słowa Autora były tak trafne, tak pięknie wypowiedziane, że cofnąłem nagranie o kilkanaście sekund i odsłuchałem ponownie. I jeszcze raz. I jeszcze. W końcu sięgnąłem po długopis i zapisałem jego słowa na kartce: „uczucie nie dającej się odpędzić głębokiej samotności. I w związku z tym poczucie odosobnienia. Odosobnienia z nutą wrzaskliwości wewnętrznej, eksplozywnej samotności” [od 26 min. 13. sek.: https://www.youtube.com/watch?v=0b58PF7-SoI&t=1613s].
    Spokojny i urzeczony umiejętnością nazwania tego głębokiego uczucia, z wielką przyjemnością obejrzałem całą rozmowę, doceniając nie tylko treść, lecz także niezwykłą urodę języka, jakim posługuje się Autor. Choć był późny wieczór, a może wczesna noc, odnalazłem kolejne nagranie – i włączyłem. Słuchałem. Nie, nie tylko słuchałem, bo i patrzyłem. Zauroczony. Czas miał pokazać, jak owo zauroczenie dojrzewało we mnie po cichu, systematycznie, jak coś niecodziennego i namiętnego. Kwitło. 
    Takie były kolejne dni, a uczucia nie dało się całkowicie utrzymać w sekrecie. Podzieliłem się nim na InstaStory, pisząc i oznaczając Autora m.in.: „Po prostu kocham słuchać, jak @jakub_zajac_autor opowiada o swoich książkach i innych sprawach. Bardzo ładna, sensualna polszczyzna. Jak tylko jego Dziczek będzie dostępny w Bibliotece Śląskiej, od razu zamówię!”.
    Reakcja Autora była szybka, bezpośrednia: „Wyślę Panu za ten piękny wpis. Proszę o kontakt priv”.
    Był piątek, 30 maja 2025 r., godz. 13.50. Wyrwałem się z pracy, podszedłem do pobliskiego paczkomatu, odebrałem przesyłkę, wróciłem, dokończyłem obowiązki i ruszyłem do domu. Dziczek (Wydawnictwo Wielka Litera, 2025) – pachnący drukiem jak „Batmany” czy „X-meny”, które w latach 90. XX w., mając lat 10+, czytywałem – trafił w moje ręce!
    Czytałem przez resztę tamtego deszczowego dnia, co jakiś czas zaglądając na Instagram. Ciekawiły mnie InstaStories Autora: co teraz robi, o czym myśli, co publikuje? Chciałem patrzeć, słuchać, stworzyć złudzenie bycia blisko. Moje myśli płynęły ku niemu.
    Czytałem także przez całą sobotę; i nie mogłem się oderwać. Na godzinę czy dwie przed końcem towarzyszyła mi ta sama myśl, jaka nawiedzała mnie podczas książek Larry’ego McMurtry’ego: „Ja nie chcę! Ja nie chcę kończyć!”. Nawet zamierzałem podzielić się pragnieniem niechcenia w InstaStory, ale porzuciłem ten zamiar. Nie dlatego, że obawiałem się być nachalny (rzecz jasna, oznaczyłbym Autora). Raczej dlatego, że mniej słów między nami oznaczało więcej treści we mnie.
    Więc o czym jest ta trzecia w dorobku Jakuba Zająca książka? Przybliża ją opis na tylnej okładce:
    W zabytkowym dworku, który kryje w sobie atmosferę tajemnicy, samotny nauczyciel – Narrator, zmęczony życiem i rozczarowany swoimi wyborami, przygotowuje się do wyjazdu. Jego plany niespodziewanie zmieniają się wraz z pojawieniem się nowego lokatora – Dawida, młodego pedagoga, który właśnie wrócił z podróży i ma objąć stanowisko Narratora w szkole. Zafascynowany nowym współlokatorem, Narrator zaczyna śledzić jego ruchy i snuć wyobrażenia na temat jego życia, co z czasem przeradza się w głęboką, zmysłową więź, której charakter pozostaje niejednoznaczny.
    Punktem przełomowym staje się przekazanie przez Dawida Narratorowi pendrive’a z tekstem Zdjęcia z pamięci. To osobista i filozoficzna opowieść, która wprowadza Narratora – i czytelnika – w świat retrospekcji Dawida, otwierając przed nimi przestrzeń pełną ukrytych emocji, wspomnień i refleksji. Granice między rzeczywistością a wyobraźnią zaczynają się zacierać, a w tej metafizycznej podróży Narrator musi zmierzyć się z prawdą o sobie, Dawidzie i swojej przeszłości”.
    Tamta sobotnio-niedzielna noc, tuż po przeczytaniu książki, okazała się bezsenną i intensywną, a kolejne noce miały być podobne. Wierciłem się w łóżku niczym Swann z początku septalogii Marcela Prousta, prowadząc niekończące się monologi wewnętrzne, nad którymi po prostu nie miałem kontroli. Nie potrafiłem ich zatrzymać, ułagodzić, uspokoić. Wiedziałem, że zetknąłem się z prozą kunsztowną, oryginalną, namiętną; z pisarzem bez wątpienia utalentowanym, artystą i rzemieślnikiem. Artystą – za sprawą wyobraźni, poetyckiej wrażliwości, elegancji stylu, taktu językowego. Rzemieślnikiem – z powodu kunsztownie zaplanowanej konstrukcji powieści. Czułem, że wszystko w niej jest nasycone literackością, pełne zmysłowości, introspekcji, symbolicznych tropów, dopracowane. Zakochany byłem, mój Boże, zakochany! I sam nie wiedziałem – w Dziczku czy może… w Autorze? I nie wiedziałem też, czy wychwycony przeze mnie błąd w powieści był bramą do nowej jakości, czy po prostu błędem…
    Nie czas i pora o błędach rozprawiać, gdy człowiek leży w sofie i marzy, i gładzi opuszkami palców okładkę delikatnego ciała książki, jakby była dłonią. Albo policzkiem tego mężczyzny… 

Kryzys mężczyzny

Dziczek oferuje wiele tropów interpretacyjnych i stanowi wdzięczny materiał do poszukiwań intelektualnych. Moja pierwsza odpowiedź na pytanie, o czym ta powieść jest, brzmi: o – przyjmijmy umownie – czterdziestoletnim mężczyźnie w kryzysie psychicznym. Oto bezimienny główny bohater, narrator pierwszoosobowy, już od pierwszych stron odsłania się przede mną – czterdziestoletnim (znowu pozwólmy sobie na uproszczenie – i znowuż nie aż tak wielkie) czytelnikiem – wyznając, że właśnie przeżywa trudności.
    Po pierwsze, wypaliłem się. Przestało mi zależeć, czy kogokolwiek czegokolwiek nauczę, a szkoła – jeszcze bardziej niż dotychczas – wydawała mi się siedliskiem nonsensu (...). Lekcje prowadziłem nonszalancko albo wdawałem się w konflikty z nauczycielami” [Dziczek, s. 9].
    W dalszej części książki znajdujemy potwierdzenie tego psychicznego dyskomfortu: „(...) Straciłem już wiarę, że komukolwiek pomagam” [112].
    To wyznanie nie jest tylko aktem spowiedzi, ale aktem rozpoznania, diagnozy siebie jako człowieka wypalonego, pogubionego, zagubionego w rytmie dnia codziennego.
    Po drugie, mówi dalej Narrator, jego życie uległo rozmyciu w powtarzalności, w czymś, co właściwie określić można jako wegetację, banalność i nudę egzystencji:
    Zrozumiałem, że życie, które prowadziłem, nie prowadziło do niczego poza prowadzeniem życia”.
    Z czasem do tych odczuć dołącza tonacja ciemniejsza: myśli fatalistyczne, posępne, o niemal katastroficznym brzmieniu: „(...) przeczuwałem, że zdarzy się coś niedobrego. Miałem nieodparte wrażenie, że dochodzę do kresu, a czas przypiera mnie do ściany. Czułem się doprawdy fatalnie (...)” [10].
    Wszystkie te głosy – rezygnacja, intuicja zbliżającego się kresu – układają się w portret mężczyzny, który nie tyle przechodzi chwilowy dołek, ile staje u progu egzystencjalnej katastrofy. Pozwalają dość precyzyjnie zdiagnozować stan bohatera: mamy do czynienia z człowiekiem zmagającym się z problemami adaptacyjnymi i objawami wypalenia zawodowego. Fatalna, bolesna sprawa – jak powiedziałby ktoś, kto zna ten stan z autopsji. Wypowiedziana później przez bohatera deklaracja: „chyba mam depresję” [218] nie kończy tematu, lecz przeciwnie, otwiera go szerzej, pogłębia. Dla pełnego obrazu konstrukcji psychicznej Narratora należałoby bowiem dołożyć do tej diagnozy również rezygnację, bierne dryfowanie ku nicości, powolne odchodzenie od życia. Wskazują na to jego słowa:
(...) Tak czuję. Świat mnie wyprzedził. Ludzie toczą jakąś dziwną wojną. Ale ja nie walczę z nimi ramię w ramię. Stoję obok i przyglądam się toczonym przez nich bitwom” [219].
    To głos człowieka stojącego w cieniu. Świadka, a nie uczestnika. Obserwatora życia, które dzieje się obok, bez jego udziału, jakby bez jego zgody. Jeszcze bardziej przejmujące są słowa, w których Narrator analizuje swój stan niemal klinicznie:
    (...) a jednak pozostawałem w bezruchu i walczyłem tylko w świecie wewnętrznym. Tylko tam rozgrywały się moje wojny i zderzały się ze sobą sprzeczne koncepcje. Rodziły się, rosły oraz dojrzewały plany, z których większość – zgniła już i robaczywa – nigdy nie przebiła skorupy, nie zwalczyła komfortu samotności i nie wyszła na światło dzienne. Bo samotność to komfort. Tak, komfort! Ucieczka od życia i od odpowiedzialności za nie lub – jak mówił Dawid – lenistwo” [97].
    Samotność jawi się tu jako zjawisko ambiwalentne. Z jednej strony przynosi ulgę, ciszę i poczucie bezpieczeństwa, z drugiej stanowi wygodne alibi dla bierności, ucieczki, kapitulacji przed życiem. Ta postawa, tyleż zrozumiała, co dramatyczna, osadza bohatera w roli wewnętrznego rozbitka, który wprawdzie nie zatonął, ale dawno już przestał szukać brzegu. Oto, proszę Państwa, kwintesencja wyuczonej bezradności!
    Jednostka i wielkie kwantyfikatory: czas, wojna, walka, życie. Te słowa, jak posępne kamienie, osadzają się w języku i myśleniu bohatera. Takie opozycje, takie rozpoznanie siebie w świecie budzą się zazwyczaj w chwilach beznadziei, w stanie utraty wartości, które tworzą fundamenty człowieczeństwa: wiary, nadziei, miłości. Właśnie wtedy, gdy nie ma już punktu oparcia, pojawia się ból egzystencjalny. To on trawi bohatera.
    Autor więc dla wyeksponowania swojego bohatera wybrał moment dla niego być może ostatni możliwy, przełomowy. Jedną nogą bohater stoi jeszcze na grząskim gruncie empirii, ale druga zawisa już nad przepaścią, w której zaraz znikną sens, nadzieja, chęć trwania. Tak przewiduję. Pamiętać przecież trzeba, że depresja nieleczona prowadzi do śmierci.
    Być może podobną pułapkę egzystencjalną zastawił Jarosław Iwaszkiewicz na Wiktora Rubena w Pannach z Wilka. Ruben – również czterdziestolatek, również wypalony i obolały – otrzymuje zalecenie: urlop, zmiana otoczenia. I dopiero potem okaże się, że jego wewnętrzny kryzys może stać się początkiem przemiany.
Bohaterowie Iwaszkiewicza i Zająca to bratnie dusze 

Człowiek spotyka człowieka

Udzieliłem pierwszej odpowiedzi na pytanie, o czym jest Dziczek. O samotnym mężczyźnie w kryzysie. Ale jest też druga odpowiedź: to opowieść o spotkaniu człowieka z człowiekiem. O spotkaniu jedynym i niepowtarzalnym w skali kosmicznej. O wydarzeniu, które – kiedy już się (że tak to niezgrabnie ujmę) zdarzy – zaczyna dziać się w człowieku, porusza nim, wytrąca z marazmu i wlewa w niego ożywczą wodę élan vital. Dlatego człowiek pragnie człowieka, bo może odnaleźć sens, wypełnić swoją pustkę. Takie spotkanie staje się impulsem do działania, do ruchu, do zmiany. Człowiek jest celem, zwrotnicą losu, kimś na kształt terapeuty.
    Kiedy Dawid wracał, napełniałem się istnieniem. I wystarczało mi to, że był. Że zamknął się w pokoju i pisał. Umył się i zasnął. Wyszedł, ale wrócił. Nie musiał do mnie mówić ani wystawiać się na atak mych lubieżnych zmysłów. Nawet w nocy, gdy marzyłem o naszej bliskości, czułem spokój na myśl o tym, że spał w pokoju obok” [204].
    To on [Dawid] pochłaniał moją uwagę i to jego pragnąłem poznać. Patrzyłem więc, słuchałem i cieszyłem się każdym słowem, które wypowiedział, oraz każdą myśl, którą sformułowałem na jego temat” [112].
    W tych fragmentach krystalizuje się jedno z najważniejszych doświadczeń literackich: spotkanie z drugim człowiekiem, które uruchamia całe spektrum przeżyć, od kontemplacji po fizyczne wzmożenie. Narrator staje się czujny, aktywny, zaangażowany. Jego zmysły – wzrok, słuch, dotyk – żywią się obecnością Dawida. Ale to nie tylko aktywizacja zmysłowa. W ruch idzie całe ciało: bohaterowie wybiegają z dworku, trzymając pokrywy od kotłów, przepędzają dziki, wspólnie reagują na świat – oto wspaniały przykład. Przebywanie razem oznacza bycie w działaniu, w życiu, nie tylko obok siebie, ale dla siebie. Bo człowiek dla człowieka potrafi być terapeutą. 
    Szybko staje się jasne, że jeden z nich pragnie drugiego z autentyczną, intensywną namiętnością. Pragnienie to nie ma w sobie nic powierzchownego; jest głębokie, cielesne. Narrator mógłby podglądać Dawida godzinami, kontemplować jego ciało, łaknąć dotyku, pieszczoty, bliskości. Tak się, zresztą, dzieje (zachowaniem jest przyjemność podglądania; terminem z pola nauki: oglądactwo, wojeryzm).
    Miejsce i czas, gdy mężczyźni się spotykają – dworek na wzniesieniu, nieco na uboczu, choć nie całkowicie odizolowany – ma charakter quasi-mityczny. Stanowi przestrzeń wyjętą spod prawa codzienności. Z dala od ciekawskich spojrzeń uczniów, bo to wakacje, okres zawieszenia rutyny, pora, gdy można zrzucić społeczne maski. W takiej właśnie aurze rodzi się narracja, którą można odczytywać jako literacką wariację na temat Tajemnicy Brokeback Mountain. Trudno oprzeć się takiej analogii: mamy dwóch mężczyzn, odosobnione miejsce, homoerotyczne pożądanie. J. Zając stworzył własną, nauczycielską wersję tamtej opowieści. Własną tajemnicę. Nie Góry Brokeback, a Góry Borkowskiej.
    Tym milej odnoszę się do tego dzieła – filmu Anga Lee – gdyż współautorem scenariusza był Larry McMurtry, którego już raz w tym eseju wzmiankowałem. Gdziekolwiek jestem i zwietrzę kontekst opatrzony jego nazwiskiem, tam zatrzymuję się, by ukontentować siebie obrazami z jego książek: dwie błękitne świnie, które pożerały grzechotnika i które wraz z kowbojami przemierzały bezdroża między Teksasem a Montaną; wzruszające spotkanie Augustusa z Klarą (Na południe od Brazos); smak smutku i kończącego się świata, wyprowadzenie prostytutek, historia powstania Miasta Wron, amputacje w zamykających tetralogię o Dzikim Zachodzie Ulicach Laredo; nowa przygoda, do której przystąpiłem z drżącymi dłońmi i wysokimi oczekiwaniami, których autor nie zawiódł, czyli otwierający ten cykl Szlak Umrzyka; i debiutancki Ostatni seans filmowy; i jakże urzekające Czułe słówka! Piękne jest to, że jeszcze nie wszystkie jego powieści przeczytałem. Czekają na mnie w świecie podniety i radości. Są jak lekarstwo na dni ponure i kryzysowe.
    Tymczasem nie w kowbojskim Wyoming lat 60. XX w. jesteśmy, lecz we współczesnej Małopolsce, w dworku na wzniesieniu. Nie tajemnica Brokeback Mountain, lecz tajemnica Góry Borkowskiej. Autor Dziczka zapisał sceny zbliżenia homoerotycznego z ogromnym wyczuciem: są one pełne czułości, sensualne, a przy tym elegancko stonowane. Ich literacka forma nie sprowadza cielesności do dosłowności, a raczej nadaje jej wymiar poetycki i intymny.
    Czytałem te fragmenty cały podekscytowany, rozochocony, próbując zapanować nad chucią. Nie zapanowałem, poddałem się. Poprawka: poddawałem się. Luudzie! To, co działo się ze mną jako czytelnikiem, przestało być tylko aktem zagłębiania się w świat wyobraźni Autora. Stało się spotkaniem… hmm… fizycznie autentycznym, cielesnym. To irracjonalna siła, która wyłączyła mnie z innych namiętności i pragnień i przypomniała, kim jestem. Spowodowała, że na nowo spoglądałem w głąb siebie, w swoją tożsamość, a potem oddychałem pełną piersią.
    Prowadziłem monologi wewnętrzne i nie mogłem spać, a fantazja kreowała piękne sceny. Oglądałem na YouTubie kolejne rozmowy z Autorem, choćby o jego pierwszej książce, Halt. Zapiski z domu trzeźwienia (2020). Widziałem i słyszałem swobodę w mówieniu o chorobie. Imponowały mi autentyczność i odwaga, a w mojej głowie pulsowały pewne doświadczenia wspólne, choć przecież inne, które ja ukryłem pod powłoką wstydu i niebytu, a on referował bez skrupułów. Jego język był dla mnie czymś niezwykle atrakcyjnym i się wzruszałem nienasycony (sapioseksualizm). W jego aparycji, wyglądzie znajdowałem piękno. Wędrowałem na Facebooka, na Instagrama. Krótka wymiana wiadomości, nie zbłaźnij się tylko (tak myślałem), nie napisz czegoś, czego będziesz się wstydził (hamowałem się). Autor mi pokazał, jak podniecające są niedomówienia.
    A co, gdybym przyjechał do Krakowa? Pod dowolnym pretekstem. By go zobaczyć, spędzić z nim czas, poczuć jego energię. Sam nie wiem, czy mi się śniło czy to projekcja fantazji: siedzimy nad Wisłą i patrzymy w wodę. Jednoczy nas milczenie, otula ciepło czerwca, jak miło jest milczeć w jego obecności! Moja dłoń na jego karku, mężczyźni tak lubią. Bym się nasycał i niczego bym nie pragnął. Może tylko pójść do niego, mieć nas tam na wyłączność. Och, tak, o tym fantazjowałem. Tańczylibyśmy jak Louis i Prior. Przyparłbym go do ściany, opuszkami palców wędrował po policzku i patrzył w oczy. Oczy są kuszące, w spojrzeniu jest głębia. Czułbym jego zapach, zapach mężczyzny. O Boże! Całowałbym go. Moje usta tego pragnęły. Zadowolenie. Jedyność w skali kosmicznej. On. Całował, całowałbym go.

Ukojenie drugie i inne sprawy

Historia J. Zająca mówi o czymś kolejnym: o ukojeniu, jakie przynosi literatura. Perspektywa jest tutaj podwójna. Z jednej strony mamy Zdjęcia z pamięci, czyli dzieło in-progress, które stwarza Dawid Dziczek, i które nim powoduje. Z drugiej zaś strony mamy wiernego Narratora, który powieść chłonie z wypiekami na twarzy, popijając przy tym wodę élan vital. Nadawca, odbiorca i komunikat. Sztuka jako komunikat, za sprawą którego porozumiewają się ze sobą dwie strony. To piękny sposób! Coś takiego znajdziemy w Madame Antoniego Libery.
    Mowa i o innych tekstach kultury, np. o Historia filozofii W. Tatarkiewicza – lekturze ambitnej, wymagającej i pomagającej zrozumieć świat. To fragmentaryczne, niepewne, ale przecież realne zrozumienie łagodzi chaos, porządkuje doświadczenie, pozwala zrozumieć niezrozumiałe. Uważam, że czytanie klasycznej filozofii zwłaszcza w czasie egzystencjalnego mroku to dobry sposób na oswajanie lęku. Teksty filozoficzne oferują głębokie refleksje nad naturą człowieka, przemijaniem i sposobami radzenia sobie z trudnościami. Pozwalają dostrzec własne zmagania w szerszej perspektywie, wyjętej z szumu codzienności. Pomagają zobaczyć świat nie takim, jakim chcielibyśmy go widzieć, lecz takim, jakim jest.
    Kilka razy w Dziczku powraca powieść H. Hessego Wilk stepowy. To powieść poruszająca tematykę egzystencjalną, powieść kultowa, wspaniała. Czytałem ją kilka lat temu i zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Uzbroiła w coś w rodzaju wewnętrznej broni przeciw światu, który momentami staje się tak bardzo nieprzyjazny. Obiecałem sobie, że kiedyś do niej wrócę. Teraz Wilk stepowy sam do mnie przyszedł. Zamanifestował się w Zającu jako znak. A znaków nie należy ignorować.
    Zagadnienie tego, co literatura robi z człowiekiem, z jego głową, z duszą, to temat niewyczerpany. W tym miejscu tylko go dotykam, nie rozwlekam. Za to przechodzę dalej, by dodać: Dziczek to powieść o pisaniu powieści i powieść w powieści (budowa szkatułkowa). To w końcu historia o potrzebie porządkowania świata, i nadawaniu znaczeń i sensów.
    Chcę nadać Dziczkowi nowy sens!



Sesje psychoterapeutyczne

Dziczka można odczytywać jako obraz sesji psychoterapeutycznych. Po to człowiek – klient, pacjent – decyduje się na psychoterapię, by uzyskać wgląd w siebie. By zobaczyć siebie inaczej, bardziej wyraźnie, czasem po raz pierwszy naprawdę. Tutaj Dawid poprzez pisanie Zdjęć z pamięci rekonstruuje swoje życie, odtwarza jego najważniejsze etapy, przywołuje osoby i zdarzenia, które go ukształtowały. Takie wybory nigdy nie są przypadkowe. To, co zostaje zapamiętane i nazwane, ma znaczenie, ponieważ wpływa na rozwój, na tożsamość, na sposób, w jaki patrzy na siebie i świat. Fragment z Dawidowych Zapisków: Patrzę w siebie. Niczego nie czytam, nikogo nie słucham, niczym się nie sugeruję. Czekam na chwile uniesienia, które wstrząsną moim wnętrzem, zburzą ciszę i spokój tej samotni” [79].
    To czyste, nieskażone cytatem, cudzym głosem czy autorytetem spojrzenie w siebie okaże się zwieńczeniem wewnętrznej podróży, która przypomina właśnie sesje psychoterapeutyczne. A jest wiele do tzw. przepracowania, np. relacja do ludzi: „Kiedy patrzę na ludzi, czuję już wstręt i współczucie” [162].
    Są i inne motywacje: „do przepaści, którą noszę w sobie, wrzucam skrajne emocje i napycham ją nimi jak bulimik żołądek. Po drugie, fakt, że wszystko przemija, odczuwam coraz boleśniej, a proste zasady rządzące istnieniem (brevis i vanitas) wywołują u mnie paniczny lęk. Po trzecie wreszcie, zdecydowałem się opisać historię swojego życia” [269-270].
    W pewnym momencie (rozdział IV) porządek wspomnień zostaje zakłócony. Proces terapeutyczny natrafia na przeszkodę. Ten wątek pozostawiam bez rozwinięcia – nie jestem psychoterapeutą ani terapeutą. Co najwyżej byłem pod władaniem psychoterapeutów i innych specjalistów. Siedziałem na jednym z krzeseł w kręgu. Brałem udział w terapii grupowej na oddziale dziennym psychiatrycznym po miesięcznym pobycie w całodobowym. To doświadczenie było dla mnie czarną psychodelią. Bo co mi odpierdoliło, żeby podnieść głos na psychoterapeutkę? Żeby powiedzieć, że nie mogę na nią patrzeć? Że nie pozwolę, by mnie skrzywdziła? Co mi wtedy odjebało? 
    Poczucie wyższości? Poczucie, że nie pasuję do miejsca, w którym się znalazłem?
    Terapię grupową wspominam jako czas tracenia autentyczności i wigoru. Zburzyłem jednak fałszywy obraz siebie; i było to potwornie bolesne. Ale może właśnie o to chodzi? Także po to człowiek podejmuje terapię, by zdemontować iluzję, którą sam sobie stworzył. By zjednać się w sobie. By – koniec końców – skorygować własną osobowość i uczynić życie bardziej znośnym, bardziej prawdziwym. Psychoterapia pozwala dotychczasowe życie, a właściwie wyobrażenie tego życia, zostawić za sobą. Tak jak to uczynił Brzechwa ze swoją baśnią – zamknąć w guziku przygody.
    Jeszcze jedna refleksja.
    Ksiądz Marek, współtowarzysz i mentor Dawida, w pewnym momencie wypowiada znaczące słowa:
    W czasie choroby jesteśmy szczególnie uważni. Ciało robi się wrażliwsze, a umysł bardziej subtelny. Widzimy wyraźniej, czujemy mocniej, rozumiemy więcej” [67].
    Myśl tę można potraktować jako swoiste credo. Właśnie dzięki chorobie – depresji, wypaleniu, egzystencjalnemu kryzysowi – możliwe staje się głębsze widzenie siebie i świata. One nie tylko osłabiają, ale także uwrażliwiają i mogą być początkiem zmiany. To dlatego na nowo zintegrowany, scalony bohater Zająca jest bratnią duszą Iwaszkiewiczowskiego Wiktora Rubena.

Błąd, błędzik w Dziczku, str. 106

Ku zakończeniu

W części IV porządek wspomnień Dziczka zostaje zakłócony, a Narrator robi wszystko by nie zatracić się w zaistniałym chaosie. Wątek ten przywołuje mi na myśl Kosmos Witolda Gombrowicza. Dlaczego? Ponieważ jego bohaterowie także próbują uchwycić sens, zbudować strukturę, odnaleźć wzór. Wszystko, co przypadkowe, zyskuje wymiar znaczący: układ patyków, powieszony wróbel, powieszony kot, gesty. To, co chaotyczne, domaga się uporządkowania. To natręctwo porządkowania osiąga kulminację właśnie tu, w części IV powieści. 
    Tutaj objawia się wszystko, co wcześniej zostało zasiane, zapłodnione, przemilczane. To domknięcie historii i jednoczesne otwarcie nowego życia, jakby nagle cały świat został dopowiedziany jednym gestem, zabiegiem. Jakby – inspirując się Akademią pana Kleksa J. Brzechwy – cała historia, jej wszyscy bohaterowie, którzy schodzą się w jedno miejsce, ich namiętności, perypetie – jakby wszystko to zostało zamknięte w guziku właśnie, zespolone, nareszcie pozyskało swoją prawdziwą tożsamość.
    Ta część to równocześnie Teatr Magiczny z Wilka stepowego H. Hessego, inspiracja Weselem S. Wyspiańskiego albo literacka realizacja „Melancholii” (z dodatkiem „Błędnego koła”) Jacka Malczewskiego. Konteksty nie kończą się. A każdy nowy zaskakuje i porusza inną strunę. Jak poniższy kontekst: fragment Ulissesa Jamesa Joyce’a:
    Bocianonoga paralaksa postępuje za nimi i popędza je, a włóczniami błyskawic, które miota jej czoło, są skorpiony. Łoś i yak, byki Baszanu i Babilonu, mamut i mastodont schodzą się do zatopionego morza, Lacus Mortis. Złowieszcze, mściwe zastępy zodiaku! Zawodzą przemijające na obłokach, rogate i jednorożne, te z trąbami i te kły mające, lwiogrzywe, olbrzymiorogie, ryjące i pełzające, gryzoń, przeżuwacz i gruboskóry, maszerujący, muczący motłoch, mordercy słońca”.
    I my też się schodzimy w jedno miejsce, miejsce zwane podsumowaniem. Już pora na to, ponieważ esej rozrasta się do niebywale obszernych rozmiarów. Ale koniecznych. Bo przecież miałem możliwość zdekompensować się, wykoleić, rozmontować. Miałem szansę rozpisać się, wypisać, opisać, więc zaktywizować się twórczo, przepracować piękno literatury i krętymi, wewnętrznymi drogami racjonalnego wyjaśnienia, że nie będziemy – ja i on – należeć do siebie, wrócić do… siebie właśnie.
    To wszystko jest efektem mojego spotkania z pisarzem, artystą, rzemieślnikiem słowa, którego nie spotkałem face to face, a który rozbudził we mnie namiętność i głód życia. Jego proza poruszyła mnie aż po ciało. I nie tylko mnie. W tym błędnym kole podsumowania uczestniczą wszyscy, których wcześniej przywołałem: YouTube i InstaStories, Batmany, W stronę Swanna, Panny z Wilka, McMurtry, Libera, Hesse, Brzechwa, Wyspiański, Malczewski, Gombrowicz, Joyce. Tańczą też Jack Twist i Ennis Del Mar z Tajemnicy Brokeback Mountain, Louis i Prior z Aniołów w Ameryce. A na czele tego Tańca Piękna – ja i on!
    Taniec ten, czy raczej jego fantazmat, staje się moim źródłem dumy (dzisiaj jest czerwiec!) i drżenia. Ciepłe dłonie. Moja ręka na jego ramieniu. Moja dłoń na jego biodrze. Zapach mężczyzny. „You don't fool me” Queen.
    I w końcu pytanie, które nie daje mi spokoju: czy wobec tego, co się wydarzyło – nawet nie tyle między nami, co we mnie: czy to jest zdrada? Czy ten niespodziewany, intensywny, wlewający we mnie namiętność całego świata poryw serca, te rozedrgane emocje, te długie godziny monologów wewnętrznych i noce bez snu, wypełnione jednym, uporczywym myśleniem – o nim, o nim, o nim – czy to wszystko, co się wydarzyło, ale już minęło, bo to przepracowałem, można podpiąć pod wspólny mianownik, co się zwie zdradą? Czy ja – który od ośmiu lat pozostaję w związku – dopuściłem się jej? Czy zdradziłem swojego partnera?
    Nie karam się za tę ewentualność. Nie obwiniam siebie. Doświadczyłem czegoś pięknego i zamykam to w jednym z podrozdziałów swojego życia, dziękując Autorowi. Teraz gdy uczucia przybrały swój należyty kształt, a myśli na powrót przekroczyły granice, ja wrócę do swojego chłopaka. Stęskniłem się za nim bardzo i mam mu wiele do powiedzenia. Opowiem o cudownej książce, którą przeczytałem; jej tytuł to Dziczek, a opowiada o… Zresztą, podeślę mu link do tego eseju. A jak będzie chciał, przeczytam co piękniejsze fragmenty powieści. Będę uczciwy. Będę szczęśliwy. Tak, tego chcę. Molly Bloom pomyślała: „tak a serce biło mu jak szalone i tak powiedziałam tak chcę Tak”.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz