Ach, cóż to była za wciągająca lektura! Czytałem i po prostu nie mogłem się oderwać. To znaczy – odrywałem się co kilka chwil, ale tylko po to, by zanotować myśl, zapisać zdanie, uchwycić skojarzenie. Nie chciałem, by mi umknęły, by poniósł je delikatny, ciepły wiatr znad Morza Śródziemnego, które leniwie lizało brzegi Mahdii w Tunezji, gdzie spędzałem urlop. Tam bowiem czytałem tę powieść o ludzkiej determinacji, honorze i wspaniałości cywilizacji zachodniej.
O tej powieści wojennej słyszałem już dawno, a teraz – krążąc między regałami Biblioteki Śląskiej w Katowicach – natrafiłem na jej nowe wydanie (ArtRage, 2025), w twardej oprawie i z papierową obwolutą zaprojektowaną przez Łukasza Piskorka. Przekładu dokonał Jacek Giszczak. Celowo wyróżniam to nazwisko, ponieważ w dalszej części eseju przyjdzie mi z ów tłumaczem wdać się w małą polemikę na gruncie ideologicznym. Spotkamy również Johna Rambo, tego samego, którego zagrał Sylvester Stallone (książek Davida Morrella, twórcy postaci, nie czytałem). Bodaj dwa razy rozbłyśnie światło Williama Faulknera, odsłaniając moją osobistą, literacką tajemnicę. A nawet coś zanucę! Więc tyle atrakcji czeka Cię, Czytelniku, w tym tekście!
W 1957 r. powstał film w reżyserii Davida Leana (nagrodzony 7 Oscarami), choć nie stanowi on wiernej ekranizacji książki Pierre’a Boulle’a. Za to właśnie z tej produkcji pochodzi słynna, gwizdana melodia. Posłuchajcie, zanucę:
🎶 Fiuu fiuu! 🥁 Fiuu fiu 🥁 fiu fiu fiu 🥁 fiuuuu! 🎶
Jeśli komuś za mało, to tutaj link: https://www.youtube.com/watch?v=m2vyjidAYfs&list=RDm2vyjidAYfs&start_radio=1.
O czym jest Most na rzece Kwai?
Jej akcja rozgrywa się w roku 1943 w birmańsko-tajlandzkiej dżungli, w obozie jenieckim kontrolowanym przez Japończyków, usytuowanym nad tytułową rzeką. Historię streszcza blurb wydania: „Angielscy jeńcy wojenni w obozie zarządzanym przez pułkownika Saito mają w krótkim terminie wybudować most, którym ruszą japońskie transporty. Saito gardzi Anglikami, lecz natrafia na silny opór ze strony pułkownika Nicholsona, staromodnego brytyjskiego oficera, dla którego realizacja zadania staje się obsesją. Tymczasem brytyjscy agenci z jednostki Force 316 zrobią wszystko, by zburzyć obiekt o strategicznym znaczeniu”.
Most wznoszono nad szeroką, stromą rzeką: Kwai mierzy 400 stóp i płynie między wysokimi brzegami. Konstrukcja opiera się na 4 rzędach filarów, a przy jej budowie pracuje 500, może 600 ludzi – wychudzonych, chorych, pozbawionych sił. Panuje głód, panoszą się tropikalne choroby (beri-beri, malaria), a ciała więźniów pokrywają otwarte rany i owrzodzenia. Warunki pracy są nieludzkie, a za nieposłuszeństwo grożą niebywale surowe kary, włącznie ze ścięciem głowy. Praca w takich warunkach to „najohydniejsza zbrodnia” [115].
Most – ten fizyczny, inżynieryjny projekt – wyrasta w powieści na symbol celu, honoru, samozaparcia. Dla płk. Nicholsona jego wzniesienie to nie tyle przymus, ile sprawa prestiżu i „ucieleśnienie niezłomnego ducha”. Chce, by w nim „wprawne oko mogło od razu – w dowolnym zakątku świata – rozpoznać europejski kunszt i anglosaską dbałość o wygodę” [126].
Szybko staje się jasne, jaka zasada buduje świat powieści. Jest nią zestawienie ze sobą dwóch bohaterów zbiorowych: Brytyjczyków i Japończyków, czy mówiąc inaczej: skontrastowanie dwóch cywilizacji: zachodniej i azjatyckiej. Ten dualizm cywilizacyjny przenika całą strukturę powieści – od poziomu idei po detale codziennego życia w obozie. P. Boulle wyraźnie kontrastuje dwa porządki: zachodni – racjonalny, uporządkowany, oparty na planie i precyzji, oraz wschodni – empiryczny, improwizowany, „barbarzyński” w języku bohaterów. Prym, co znaczące, przyznany zostaje cywilizacji zachodniej.
I tak.
W świecie Zachodu budowanie mostów to dziedzina rozumu. Narrator podkreśla, że „taka realizacja wymaga szczegółowej znajomości reguł a priori, a owa umysłowa twórczość, poprzedzająca materialne dzieło, jest jedną z największych zdobyczy zachodniego geniuszu” [75]. Most nie powstaje z przypadku; jest rezultatem przemyślanego projektu, obliczeń i inżynieryjnej wiedzy.
Pułkownik Nicholson pragnie właśnie tę przewagę zamanifestować. Chce „wcielić swą wiedzę w dzieło mające wykazać wyższość świata Zachodu, zbudować most, który udźwignie japońskie pociągi w ich triumfalnym będzie ku Zatoce Bengalskiej” [78]. Budowa staje się więc nie tylko zadaniem technicznym, ale aktem cywilizacyjnego współzawodnictwa – niemal pokazem siły kultury.
Obraz ten pogłębia scena z kapitanem Reevesem, który „gdy przychodził z planem, linijką, poziomicą i innymi własnoręcznie wykonanymi przyrządami i ślizgał się już nad powierzchnią wody na chwiejnym rusztowaniu, chcąc dokonać pomiarów, a za nim szedł mały japoński inżynier, który nie odstępował go na krok, naśladował wszystkie jego gesty i z poważną miną zapisywał liczby w notesie” [121]. Zachód działa, Wschód – kopiuje. Jeden planuje, drugi przygląda się i notuje. Pierwszy uczy, drugi się uczy. Zupełnie jak Robinson Crusoe uczył Piętaszka tego, co kulturalne, cywilizacyjne.
Symboliczna szczoteczka do zębów, o której wspomina się na str. 129 powieści, przedmiot oczywisty w codzienności Brytyjczyków, a w realiach wschodnich niekoniecznie znany, dopełnia obrazu cywilizacyjnej różnicy. Chciałoby się powiedzieć: przepaści między tymi dwoma światami.
Z kolei cywilizacja azjatycka, reprezentowana przez Japończyków, zostaje w powieści przedstawiona jako pozbawiona planu i inżynieryjnej precyzji. „Nie ma żadnego porównania między tym, co uważa za most cywilizacja, a użytkownikami rusztowania, jakie japońscy żołnierze przyzwyczaili się wznosić na kontynencie azjatyckim” [74] – czytamy. Konstrukcje wznoszone przez Japończyków to plątanina belek i desek, bez żadnego projektu i z „całkowitą pogardą dla założeń mechaniki statycznej” [75]. Ich metoda to „prymitywny empiryzm” [75], a w najlepszym wypadku „bezładny empiryzm” [78].
W tych warunkach ambicje Nicholsona nabierają wymiaru misji cywilizacyjnej. „Chodzi o to, by wykazać tym barbarzyńcom naszą wyższość. Zdaję sobie sprawę z trudności w tym zagubionym kraju [ma na myśli Tajlandię], gdzie brakuje środków, za to wynik będzie tym bardziej godny pochwały” [76] – mówi. Jego słowa brzmią jak manifest imperialnego przekonania o wyższościowej misji Zachodu: uporządkować, nauczyć, narzucić wzorzec.
Oj, zaczyna się robić niepoprawnie…
Czekając na politpoprawnych interpretatorów
W Tunezji było ok. 26 st. C. Pogoda różnorodna: upalnie i gorąco, wietrznie i deszczowo. Ciało mogło odpocząć i radować się. Sporo Polaków, Rosjan, Serbów, Czechów, Francuzów, byli nawet Portugalczycy. Leżałem nad basenem, czytałem książkę Francuza Pierre’a Boulle’a (pomyślałem, by sięgnąć po jego inną znaną: Planetę małp) i w kontekście różnic cywilizacyjnych rozmyślałem o relatywizmie kulturowym i o poprawności politycznej.
Nic tylko czekać, aż po Most na rzece Kwai sięgną politpoprawni interpretatorzy – strażnicy dobrego smaku, moralnej czujności, antropologicznej czystości. Sięgną i będą komentowali nie tyle z literackiej potrzeby, ile z obowiązku tropienia ideologicznych zanieczyszczeń: rasizmu, ksenofobii, nierówności kultur, dyskryminacji cywilizacyjnej i innych narzędzi służących do dyscyplinowania człowieka, a stworzonych przez demokrację liberalną. Pragnę zauważyć, że wznowiona przez ArtRage powieść Pierre’a Boulle’a subtelnie wpisuje się w ten typ współczesnych napięć. A może raczej: przemyca znaki tych napięć. Dzieje się tak za sprawą… tłumacza. Obiecałem, że nawiążę do niego – i oto nawiązuję!
Trop pojawia się w jego przypisie. Tłumacz, komentując zawartą w pierwszym akapicie powieści problematykę (to ciąg pytań retorycznych, z którymi zostawia nas, czytelników, autor), pisze tak:
„Pomimo tych dalekowzrocznych hipotez autor nie ustrzegł się powielania rasistowskich klisz, rozpowszechnianych w czasie pisania Mostu na rzece Kwai. Dalej w powieści określa ludzi Wschodu mianem ‘barbarzyńców’, ‘dzikusów’, ‘małp’, choć chciałoby się wierzyć, że czasem jest to tylko ironia wobec tego rodzaju dyskryminujących uprzedzeń”.
Drugi trop znajdziemy w przypisie na stronie 94 – tu też ujawnia się wrażliwość ideologiczna Tłumacza: „Określenia ‘barbarzyńcy’, ‘dzikusy’, ‘małpy’ w odniesieniu do Japończyków nie obudziły czujności peerelowskich cenzorów, można jednak przypuszczać, że przesadne wychwalanie „zachodniego geniuszu” spotkało się z ich reakcją, w pierwszym polskim przekładzie powieści Boulle’a brak bowiem ostatniego zdania tego akapitu” (w kolejnym i kolejnym przypisie wskazuje 2 dodatkowe akapity nieobecne w peerelowskim wydaniu Mostu). Zdanie, o którym mowa, brzmi: „Tylko ostateczny rezultat poruszał jego [płk. Nicholsona] umysł, symbolizując i kondensując w żywą strukturę ciężki trud i niezliczoną ilość doświadczeń zebranych podczas stuleci przez rasę wznoszącą się ku cywilizacji” .
Podsumujmy zatem, co się tu właściwie wydarzyło.
Polski tłumacz zwraca uwagę, że peerelowscy cenzorzy nie byli zbyt cenzorscy w odniesieniu do „barbarzyńców”, „dzikusów” i „małp”.
Polski tłumacz zauważa, że Pierre Boulle z przesadnym entuzjazmem wypowiada się o dorobku cywilizacji łacińskiej.
I że zbyt jednoznacznie i niepochlebnie sportretował jej wschodniego antagonistę.
Czymś fatalnym jest nieuwzględnianie zdań czy akapitów dzieła literackiego tylko dlatego, że są one niezgodne z linią Partii czy duchem czasów, w tym wypadku czasów komunistycznych (pierwsze polskie wydanie Mostu na rzece Kwai pochodzi z 1959 r., przekład: Juliusz Kydryński). Ale równie fatalnym jest podawanie czytelnikowi subiektywnych interpretacji tłumacza. Uważam, że jego zadaniem – zadaniem tłumacza – nie jest traktowanie czytelnika jak uczniaka do dyscyplinowania. Niech interpretacje rodzą się w czytelniku, a nie w subiektywnym przypisie! Niech czytelnik sam myśli, waży i ocenia. Niech prowadzą go własne rozum i wrażliwość!
A nie że jest batożony epitetami w stylu „rasistowskie klisze”, „dyskryminujące uprzedzenia”.
Zresztą, w powieści powraca deklaracja pułkownika Saito, komendanta obozu: „Nienawidzę Brytyjczyków”. Czy nie jest to, Panie Tłumaczu, przejaw – gdy już tak ochoczo posługujemy się pojęciami z dziedziny poprawności politycznej – mowy nienawiści, ksenofobii, rasizmu? Ten miecz przecież ma dwa ostrza i rżnie równo, demokratycznie.
Było gorąco, leżałem nad basenem, a porównanie z Sienkiewiczem nasunęło się automatycznie. Znaleźli się, znajdują się i z całą pewnością będą się znajdowali interpretatorzy spod znaku poprawności politycznej, którym przeszkadza wizja świata – taka, jaką autor widział, czuł i opisał. W pustyni i w puszczy to przykład niemal podręcznikowy. Trylogia – pisana „ku pokrzepieniu serc”, a więc ku ukojeniu zbolałej duszy, celebrująca polskość, historię i zwycięstwa – także. Nie raz i nie dwa spotykałem się z krytycznymi głosami nauczycielek języka polskiego, które kwestionowały obecność Sienkiewicza w kanonie lektur szkolnych. Tylko dlatego, że jest niemodny. Że niepoprawny politycznie. Jedna z nich powiedziała: „Trylogia Sienkiewicza jest niebezpieczna” – w domyśle: niebezpieczna w kształtowaniu postaw i wrażliwości młodego człowieka.
Cóż, jak widać, niebezpieczne jest wszystko, co wymyka się filtracji ideologicznej, wszystko, co nie pasuje do aktualnej tabelki z wartościami.
Odłożyłem Boulle’a i poszedłem przejść się po tunezyjskiej plaży. Wspaniały peeling dla stóp.
Ups!
Jakieś 1000 słów temu przywołałem cytat: „taka realizacja wymaga szczegółowej znajomości reguł a priori, a owa umysłowa twórczość, poprzedzająca materialne dzieło, jest jedną z największych zdobyczy zachodniego geniuszu”. Nie jest to tylko pochwała zachodniego inżynieringu. W tle pobrzmiewa echo jednej z najstarszych zasad cywilizacji, zasady, którą już Sokrates uznawał za fundament myślenia i działania. To właśnie on domagał się, by rozmowa miała strukturę sensu, by nie była pustym trajkotaniem, lecz drogą dochodzenia do prawdy. Nie należy mówić rzeczy, których się nie rozumie; nie warto wyważać otwartych drzwi – lepiej szukać tego, co naprawdę istotne; porządek myślenia musi poprzedzać porządek działania.
Tak. Najpierw należy pomyśleć, zanim się cokolwiek uczyni. Najpierw refleksja, potem czyn. Najpierw „umysłowa twórczość”, dopiero potem „materialne dzieło”.
„Alku, ty najpierw pomyśl, potem rób” – mówi jeden z bohaterów mojej powieści.
Co?
Ups!
Czy ja właśnie napisałem „mojej powieści”?
🤭
Tak, tak napisałem. Nie dla poklasku, nie dla innych. Napisałem dla siebie – dla własnej satysfakcji, dla tej chwili twórczej jasności. By wyrazić radość, wdzięczność, pewien rodzaj wewnętrznego uniesienia i wyczekiwania, które powodują mną na kilkanaście (?) tygodni przed tym, co się nazywa debiutem prozatorskim. Ale nic więcej powiedzieć nie mogę, nie chcę.
Czasem mam wrażenie, że światło nowin przedziera się przez szczeliny rzeczywistości. Blogowej rzeczywistości. Tak jest właśnie w tej chwili. Jak w Światłości w sierpniu Faulknera.
Być jak John Rambo
Staś Tarkowski, Andrzej Kmicic, Michał Wołodyjowski – choć w tej opowieści nie wymienieni z nazwisk, a jedynie pomyślani przeze mnie w kontekście wcześniejszych okołopolonistycznych rozważań – zdołali na trwałe zająć miejsce w wyobraźni polskiego czytelnika. Wyobraźnię widza europejskiego, a nawet światowego, bez wątpienia zapłodnił John Rambo. I przywołuję go tu całkiem świadomie, ponieważ w Moście na rzece Kwai odnajduję przynajmniej 2 punkty styczne z tym amerykańskim superbohaterem.
Po pierwsze.
Postawa agentów jednostki Force 316 – pułkownika Greena, majora Shearsa, kapitana Wardena i podchorążego Joyce’a – budzi szczery podziw. Ich fizyczna sprawność, odporność psychiczna, a także precyzja i inteligencja zasługują na najwyższe uznanie. To nie są zwykli żołnierze. To superbohaterowie – z tej samej półki, co Kmicic, Wołodyjowski, Batman, James Bond czy właśnie Rambo. Oto krótki opis dokonań najmłodszego z agentów:
„Joyce był u kresu sił. Shears uświadomił to sobie, gdy zobaczył, jak idąc do łóżka, podchorąży słania się na nogach. Po trzecim dniu, który spędził na wypatrywaniu, leżąc na brzuchu w zaroślach, nocą wyruszył w drogę powrotną i wrócił do kwatery, maszerując bez przerwy, zatrzymując się tylko po to, żeby coś zjeść. Nawet Tajowie z trudem znosili tempo, jakie im narzucił. A teraz z podziwem opowiadali o tym, jak młodemu białemu człowiekowi udało się ich zmęczyć” [118].
Joyce jawi się tu jako figura cichego bohatera – przekracza granice ludzkiej wytrzymałości, nie dla rozgłosu, lecz w imię misji. W jego sylwetce spotykają się dwa archetypy: klasyczny etos rycerski i nowoczesna fantazja o „człowieku niezniszczalnym”. Takie postaci nie tylko fascynują – one kształtują wyobraźnię czytelnika, wzmacniają mit skuteczności, sił, determinacji.
A po drugie.
W pewnym momencie narrator mówi o Reevesie: „Zawsze marzył o podjęciu wielkiego dzieła z dala od udręki administracyjnych wymogów, nieustannych zastrzeżeń urzędników, którzy oczekiwali, by się przed nimi tłumaczył, pod pretekstem niezbędnych oszczędności rzucali mu kłody pod nogi i unicestwiali jego wysiłki mające na celu stworzenie czegoś oryginalnego” [77].
W gruncie rzeczy myśl ta sprowadza się do jednego: pragnienia pracy wolnej od zbędnego biurokratycznego nadzoru. Paradoksalnie to właśnie w nieludzkich warunkach birmańsko-tajlandzkiej dżungli – daleko od cywilizacji, ale też daleko od cywilizacyjnych blokad – Reeves zyskuje możliwość realizacji tej wizji.
Podobną emocję – niechęć do, żę tak to ujmę, „papierowego państwa”, do wszechpotężnej biurokracji – wyraża scena z filmu „Rambo II”. Po zakończonej sukcesem misji ratunkowej Rambo wraca z jeńcami do bazy i staje twarzą w twarz z Murdockiem, urzędnikiem CIA, który wcześniej cynicznie sabotował akcję. Otoczony dokumentami, sprzętem i raportami, Murdock ucieleśnia system: bezosobowy, nieodpowiedzialny, ślepy.
Rambo nie wymierza sprawiedliwości wprost – nie zabija człowieka, który wydał rozkazy, lecz chwyta karabin i rozstrzeliwuje komputery, szafki, regały, papiery. To symboliczny akt zemsty na systemie – fizyczne zniszczenie biurokratycznego świata, który zdradził tych, którzy naprawdę ryzykowali życie.
Zarówno Reeves, jak i Rambo stają się więc figurami twórczego (lub destrukcyjnego) oporu wobec systemowego absurdu. Jeden próbuje coś zbudować mimo niewystarczających narzędzi (ale w kontekście wolności od biurokratycznego skrępowania), drugi – zniszczyć to, co samo w sobie jest przeszkodą. W obu przypadkach ujawnia się egzystencjalne pragnienie działania autentycznego, nieskrępowanego, wyzwolonego spod jarzma formalności.
Kończ, waść!
Będąc na urlopie w gorącej, ale temperaturowo znośnej, Tunezji, gdzie języki Morza Śródziemnego lizały plażę, skończyłem czytać Zew mężobójcy Jamesa Jonesa; przeczytałem Wojnę Louisa-Ferdinanda Céline’a oraz Most na rzece Kwai. Były to wspaniałe, cenne doświadczenia czytelnicze. Wniosły w moją myśl i wrażliwość coś istotnego – mieszankę niepokoju, zachwytu, obrzydzenia i podziwu.
Zostały we mnie obrazy urlopowiczów z Polski, Rosji, Serbii, nawet Portugalii; okopany umysł pułkownika Nicholsona, samotna furia Rambo. A w tle – niezmiennie – ta sama, dobrze znana melodia. Zanucę ją raz jeszcze, posłuchajcie:
🎶 Fiuu fiuu! 🥁 Fiuu fiu 🥁 fiu fiu fiu 🥁 Fiuuuu! 🎶
Niech jeszcze chwilę wybrzmiewa, zanim wrócę do polskiej rzeczywistości.

.jpg)


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz