Zależało mi poświęcić wpis temu tytułowi. Były dwa powody. Pierwszy: książka podejmuje zagadnienia, które świetnie wpasowują się w treść mojego bloga. Drugi: to powieść licząca sobie już 76 lat (więc nie młodziak), a jej autor być może stanie się/już jest klasykiem na swoim podwórku literackim.
Tym podwórkiem literackim jest proza szwedzka. Jej autor – uważany za jednego z najważniejszych XX-wiecznych prozaików szwedzkich właśnie, Stig Dagerman – żył w latach 1923-1954. Krótko więc. Chorował na depresję, życie zakończył śmiercią samobójczą. Jego Poparzone dziecko było napisane (i chyba też wydane) w 1948 r; natomiast na polskim rynku ukazało się w 2020 r. w tłumaczeniu Justyny Czechowskiej w Serii Dzieł Pisarzy Skandynawskich Wydawnictwa Poznańskiego. Niewiele w życiu czytałem prozy skandynawskiej, ale ta, którą poznałem – choćby Głód Knuta Hamsuna, Egipcjanin Sinuhe Mika Waltariego, Dzieci z Bullerbyn i Pippi Pończoszanka (zwana Långstrump) Astrid Lindgren (czy seria o Muminkach Tove Jansson) – dostarczyła mi niezapomnianych wrażeń.
Natomiast Poparzone dziecko dotyka spraw związanych z życiem wewnętrznym i psychiką człowieka. Dwa krótkie słowa, o co w tej powieści chodzi, a następnie kilka moich luźnych refleksji.
Zygmunt, Edyp i żałoba
Po śmierci swojej matki Bengt dowiaduje się, że jego ojciec miał (i wciąż ma) kochankę, Gus. Choć początkowo Bengt nie akceptuje kobiety, to z czasem ich relacja zmienia się w romans, mimo że ów dwudziestoletni mężczyzna ma dziewczynę, Berit. O tym, co się tu jeszcze wydarza, będzie później. Będzie później, ponieważ teraz chcę się zatrzymać na moment, to znaczy na sześć zdań.
W relacji rodzinnej, o której wspomniałem, można wyczytać tzw. kompleks Edypa. A kompleks Edypa, który mówi (z przymrużeniem oka): syn chce zabić ojca, by przespać się ze swoją matką, to teoria Zygmunta Freuda. Mamy więc powód mówić o inspiracjach psychoanalizą. Od siebie dorzucę cytat z rozdz. VII pt. „Herbata dla czwórki albo piątki”: „wkłada klucz do dziurki tak miękko, jakby wkładał palec w usta ukochanej” (swoją drogą, sporo tu o zamykaniu czegoś na klucz, zasłanianiu dziurki od klucza, szukaniu, gubieniu klucza…). Taki freudowski trop nie interesuje mnie nic a nic. Niemniej podrzucam go, bo może zainteresuje kogoś z czytających.
Okres, jaki trzeba przeżyć, przepracować po śmierci bliskiej osoby, nazywa się żałoba. Na tym skupia się powieść, która przecież zaczyna się od pogrzebu matki Bengta. W sposobie, w jaki Bengt przeżywa żałobę, można dopatrzeć się zachowań (psycho)patologicznych. Ja je dostrzegam: regularne powracanie do dnia i godziny śmierci matki („jubileusz”); widzenie świata w sposób zerojedynkowy: brzydka-ładna, brudny-czysty, tygrys-gazela; stosunek Bengta do psa (przy okazji: czarny pies to – za sprawą Winstona Churchilla – symbol depresji); nawiązywanie relacji intymnych z niewłaściwą osobą; fantazjowanie o własnej śmierci, o czym jeszcze będzie mowa.
Oto matka nie żyje; i oto człowiek czasu nie zatrzyma, czasu nie cofnie, czego, jak sądzę, bohater by pragnął. On sam musi dostosować się do nowej rzeczywistości i nauczyć się funkcjonować jako nowa jednostka, ale jako jednostka już inna, „wybrakowana”. Dlaczego piszę, że wybrakowana? Ponieważ, gdy umiera matka, to coś umiera w człowieku. Staje się on niepełny, pozbawiony czegoś, wybrakowany właśnie. Jak na dłoni widać, że Bengt zatrzymał się w miejscu. Konsekwentnie nie chce nauczyć się żyć na nowo i żyć dalej. Ale też – trzeba to zaznaczyć – podejmuje próby posklejania się. Świadczy o tym chociażby pisanie listów do siebie samego. Czynność taka jest czynnością terapeutyczną.
To jest moje odczytanie głównego bohatera: jako osobowości patologicznie przeżywającej stratę ukochanej osoby. Przeczytałem opowieść o człowieku, który nie potrafi poskładać się, pozbierać po stracie matki. Który wyraża niezgodę na porządek świata. Ta niezgoda wyraża się w skrajnym momencie. Pojawia się wątek samobójstwa. Właściwie próby samobójczej.
Bengt, dlaczego?
To nie tak miało być, to nie miała być jedynie próba. Świadczy o tym rozdział zatytułowany „Podarty list”. Tym listem jest list pożegnalny. Jego treść jest pesymistyczna i manifestuje zwątpienie w świat, w jego porządek, w ludzkie działanie. Pierwsze zdania brzmią:
„Pytacie dlaczego. Odpowiem. Ponieważ jestem zmęczony życiem. Zmęczony życiem tu, w tym kraju małych psów, małych uczuć, małych rozrywek, w tej psiej krainie małych myśli. Należy się cieszyć, ale ja nie chcę się cieszyć. Nie chcę być zadowolony jak jakiś mały pies. Nie ma nic okropniejszego niż małe psy, kiedy wystraszone i zadowolone wracają ze swych małych psich przygód (...)”.
Obecność tego rozdziału poruszyła mnie, w pewnym sensie wstrząsnęła. Dreszcz przeszedł mi po plecach. Oto nadal obcuję z człowiekiem, z Bengtem, którego – ten rozdział, ten list tego dowodzą – miało nie być, który miał nie żyć. Ślady obecności po niedoszłym samobójcy a ślady obecności po samobójcy – jakież to inne, a zarazem podobne do siebie! Jakież to poruszające i przerażające! Poruszamy się po cienkiej linii między życiem a śmiercią.
Gdy raz jeszcze pytam: Bengt, dlaczego?, otrzymuję wyjaśnienie w rozdziale XVII:
„(...) nie zrobiło się tego, by umrzeć ani żeby być odratowanym, ale dla spokoju. Spokoju ze wszystkim tym, co w środku chciało umrzeć, spokoju ze wszystkim poza tym jednym, co zmusza człowieka do życia. Poza tym właściwie nic się nie stało, nic prócz tego, że straciło się trochę krwi, trochę się zestarzało. Również to, że człowiek wie, że aby móc zacząć żyć, należy poczuć, że zaczyna się umierać”.
Może jest to myśl podpowiedziana przez… gazelę? Albo… tygrysa?
O co chodzi?
Tygrys i gazela. Szakal i żyrafa
Rozdział XIII Poparzonego dziecka nosi tytuł „Tygrys i gazela”. Są to dwa głosy w Bengtcie, dwie wrażliwości, dwa sposoby odczuwania świata, dwa sposoby patrzenia na świat – właśnie gazela i tygrys. Te symbole przywołały mi na myśl inną parę zwierząt: szakala i żyrafę. W ten sposób mam okazję podzielić się z szanownym Czytelnikom wiedzą, jaką nabywam od pewnego czasu (a nawiasem mówiąc, nadawcą tej wiedzy jest pewna pani Bożena; niechże jej imię będzie tu utrwalone!). Wiedza ta dotyczy tzw. Porozumienia Bez Przemocy (ang. Nonviolent Communication, NVC).
Wikipedia definiuje je tak:
„sposób porozumiewania się opracowany przez Marshalla Rosenberga, który dzięki skupieniu uwagi na pewnych aspektach komunikatu rozmówcy oraz własnego (mianowicie na uczuciach i potrzebach [od siebie mogę dodać, że istotne są tu też tzw. strategie realizowania potrzeb]), a także specyficznym formom posługiwania się językiem, pozwala na całkowite wyeliminowanie lub co najmniej ograniczenie możliwości wystąpienia przemocy w dialogu w jakiejkolwiek formie, psychicznej lub fizycznej”.
Dla zobrazowania swojej idei Rosenberg posługuje się dwoma symbolami: szakala i żyrafy właśnie. Tutaj można obejrzeć niedługi filmik na ten temat: https://www.youtube.com/watch?v=Ht1BKUtL4ps. Zaś tutaj: https://trenerzynvc.pl/ przeczytać m.in. że:
„Język żyrafy [Rosenberg] określał jako język empatii i szacunku, używany z perspektywy JA. Szakal z kolei posługuje się językiem, który odcina nas od kontaktu – używa oceny, osądu i obwiniania, mówi z perspektywy TY”.
„Każdy człowiek używa obu tych języków – zarówno żyrafa, jak i szakal na co dzień goszczą w naszym sercu. Czyli – w naszym życiu! Im więcej mamy świadomości i kontaktu ze sobą, tym bardziej możemy wybierać sposób mówienia i myślenia, którego używamy – w stosunku do siebie i do innych ludzi. Marshall B. Rosenberg mówił, że szakal jest żyrafą z językowym problemem, lub inaczej – zranioną żyrafą, która w strachu i bólu nie potrafi mówić inaczej w danym momencie”.
Tymczasem – co wiemy o dagermanowskich symbolach?
Gazela: „Ale czymże jest nasz rozum, jeśli nie młodą gazelą, która przychodzi do bajorka się napić”.
Tygrys: „ma bardzo mocne zęby. Jest także bardzo dziki”, „jest ciężki”, potrafi „pożreć gazelę w całości”, „tygrysią łapą uderzać [człowieka] w grzbiet tak, że ten wyje”, potrafi ryczeć, żądać.
Porozumienie Bez Przemocy to sposób komunikowania się z drugim człowiekiem. To pewna wizja relacji z samym sobą i sposobu istnienia w grupie. Swoje zastosowanie może znaleźć np. wśród psychoterapeutów i psychologów. Kto zainteresowany, niech zgłębia temat, sięgając do linków, które podałem wyżej. Niech w wyszukiwarkę wpisze hasło: „Lista potrzeb Rosenberga”. Albo sięgnie po książkę Porozumienie bez przemocy: o języku życia.
Smutna, uczciwa, autentyczna
Gdyby poczytać opinie czytelników nt. powieści S. Dagermana, to zauważyć można, że czasami/często pojawia się określenie: męcząca (Olga Tokarczuk napisała o niej: „Hipnotyzująca lektura, irytuje i pociąga”). Owszem, miałem takie wrażenie i ja. Opuściło mnie ono jednak po kilkudziesięciu stronach, gdy wyraźnie zmienił się styl autora. Mniej było natrętnych powtórzeń wyrazowych, mniej powtarzania tej samej myśli.
O Poparzonym dziecku mogę jeszcze powiedzieć, że to powieść dość smutna (inna smutna, którą w tym roku przeczytałem, to Ulice Laredo Larry’ego McMurtry'ego). Gdyśmy rozmawiali o niej na Dyskusyjnym Klubie Książki, podobną myśl wyraziła jedna z uczestniczek. Więc nie jestem odosobniony w odbiorze. Nie tylko smutna, bo także uczciwa, autentyczna, mocna. Nie każdemu się spodoba. Po przeczytaniu nosiłem ją w sobie kilka, kilkanaście dni. Podświadomie oczekiwałem, gdy opuści mnie chęć napisania o niej na blogu. Chęć nie minęła. Napisałem. Ty, szanowny Czytelniku, przeczytałeś! Brawa dla Nas!

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz