Gdyby poszukać w sieci jakichś opracowań powieści Hanny Malewskiej Przemija postać świata (1954), nie znajdzie się ich wiele. A jest to powieść wielka i wspaniała, takoż wielce zapomniana czy raczej nieznana. Zupełnie niesłusznie i krzywdząco. Nie bez powodu od lat stoi w mojej biblioteczce i czeka na moment, gdy godny się stanę, by ją przeczytać. Doczekaliśmy się!
Przemija postać świata przedstawia blisko dziewięćdziesięcioletni okres historii Italii (493-580), obejmujący koniec istnienia Imperium Rzymskiego i narodziny średniowiecza. Hanna Malewska odtwarza te czasy, zaczynając od momentu, kiedy Odoaker, germański przywódca, zostaje zamordowany przez Teodoryka, króla Ostrogotów. W narracji obserwujemy, jak zmiany w elicie władzy pociągają za sobą zmiany w życiu zwykłych ludzi – Goci wypierają Rugiów oraz Herulów i przejmują kontrolę nad terytorium, stając się nowymi władcami. Autorka ukazuje te wydarzenia z perspektywy pospolitych mieszkańców, którzy zmuszeni są dostosować się do kultury i prawa zdominowanego regionu, czyli przyjąć zromanizowany sposób życia. Przestają więc być częścią własnej historii.
Nie tylko wątek historyczno-polityczno-wojenny jest treścią książki (sceny batalistyczne spod pióra pisarki są mistrzowskie!). Śledzimy sprawy ludzkie, gdzie na pierwszy plan wysuwają się dzieje nieudanego (zaaranżowanego przez Aureliusza Kasjodora) małżeństwa Gota Wizanda i Rzymianki Romuli, potem ich córki Ingundy. Zostanie ona osierocona przez matkę, a ojca pozna tylko z opowieści Kasjodora. Gdy podrośnie, zwróci się ku gockości, poślubi wodza Aligerna i wraz z nim opuści Italię, udając się na północ, za Alpy.
Jest jeszcze drugi wątek miłosny: miłość wodza bizantyjskiego Belizariusza i Antoniny. Jest w końcu wątek religijny, w którym na plan pierwszy wysuwa się Benedykt z Nursji, założyciel zakonu Benedyktynów na Monte Cassino.
Przemija postać świata nie jest łatwa w odbiorze. Wymaga cierpliwości, skupienia i przede wszystkim kompetencji czytelniczych. Ale po co i dokąd spieszyć się w trakcie lektury? Pozwólmy sobie zanurzyć się w piękną polszczyznę, którą ta powieść jest napisana; polszczyznę, gdzie barbarzyństwo przedstawiono w sposób… malowniczy, subtelny. Tutaj ból jest piękny, cierpienie malarskie. Tutaj środki wyrazu artystycznego nie są tak sugestywne i brutalne jak np. u Sienkiewicza albo Sapkowskiego (czy u Mika Waltariego – bom niedawno przeczytał Egipcjanina Sinuhe, którego także serdecznie polecam). Luźna kompozycja powieści z lukami i przemilczeniami, mowa pozornie zależna, monolog wewnętrzny – wszystko to i wiele więcej powoduje, że prozą tą delektowałem się.
Ta delektacja była doświadczeniem estetycznym, to już samo w sobie ma walor terapeutyczny. Ale powieść również uwrażliwia na Piękno; na Piękno zdegradowane. W rozdziale 1. tomu II (powieść składa się z 2 tomów: Pokój, Wojna) znajduje się epizod, którego lektura wręcz boli, a który przytaczam poniżej. Oto broniące Grobowca Hadriana oddziały zrzucają na barbarzyńskich Gotów arcydzieła antycznej rzeźby:
. Na miły Bóg, myślę sobie, nigdy wcześniej nie spotkałem się z barbarzyństwem tego typu! Niszczenie dzieł greckich, dzieł mistrzów Złotego Wieku! Myślę, że gdyby powieść H. Malewskiej znana była powszechnie, to rzeczony fragment byłby w polskiej literaturze kultowy!
Natomiast w rozdz. VI tego samego tomu dostajemy jakże smutny obraz opuszczonego, splądrowanego Rzymu. Koty i wieprze potęgują wrażenie:
Powyższe fragmenty są dramatyczne, a ja przekraczam granice czasu. Buduje się we mnie i wzmacnia poczucie więzi z historią i dziedzictwem cywilizacji łacińskiej. Taka perspektywa może być – i chyba jest – terapeutyczna, gdyż przypomina o Pięknie, które stworzyła Europa. O Pięknie, które ulega aktom barbarzyńskim. Począwszy od tomu II tak się dzieje cały czas. Bo przecież subtelna opowieść H. Malewskiej to nieustanny napływ na Półwysep Apeniński kolejnych ludów, ciąg wyniszczających, następujących jedna po drugiej bitew i panowania kolejnych wodzów zastępujących kolejnych. Nawet gdy po wojnie z Narsesem resztki Gotów wycofują się z Półwyspu Apenińskiego, to Italia ponownie oczekuje najeźdźców, tym razem barbarzyńskich Longobardów. Stanie się ona „znowu jak człowiek rozpięty na torturach, który nie może ani żyć, ani umrzeć”.
W tym czasie (Epilog - „Ortografia”) – Kasjodor ma 93 lata – w założonym przez siebie klasztorze Vivarium, a klasztor ten funkcjonuje jako skryptorium, ów „brat świecki”, ów „ostatni Rzymianin” wraz ze swoimi skrybami przepisuje dzieła historyków i filozofów, m.in. Pocieszenie filozofii Boecjusza; on sam zaś pracuje nad Ortografią. Przedstawiona jest jego, ich heroiczna praca, służąca ochronie kulturowego dziedzictwa Romy, intelektualnego dorobku człowieka. To promyk nadziei w świecie zdegradowanym.
Przemija postać świata kończy się słowami:
Dawno nie myślałem o tym, jak to się dokładnie stało, że dzieła myślicieli starożytnych przetrwały do naszych czasów, a przynajmniej do czasów Gutenberga. Za sprawą H. Malewskiej klapki się otwierają. To zasługa dziesiątek, setek, tysięcy imiennych i bezimiennych skrybów, którzy poświęcili całe lata i żywota swoje, by przez wieki przepisywać papirusowe itp. zwoje. Ludziom tym zawdzięczamy, że człowiek może się rozwijać, nauka pogłębiać, myśl ludzka doskonalić. Myślę więc, że Przemija postać świata jest niejako hołdem złożonym tym małym, nieznanym ludkom, które wykonywały swoją żmudną pracę, byśmy dzisiaj mogli poznawać Mądrość tych, którzy budowali cywilizację europejską.
„Dziś weźcie nowe zwoje, bracia. Zaczynamy od początku” – powiada Kasjodor. W tych słowach, i w ogóle w zakończeniu powieści, wyczytuję pocieszenie, zachętę do aktywnego życia poprzez niekończącą się pracę nad kulturą, obietnicę odnowy i możliwość reaktywowania świata, który przeminął. Znajduję wartość pisania, którego celem jest zachowanie i przekazanie wiedzy. Tak, to bardzo pocieszające. I w końcu cieszy mnie, że podobną rolę pełni post, który już się kończy. Bo utrwaliłem w nim nazwisko Hanny Malewskiej (1911-1983) i jej wielkie, intelektualne dzieło Przemija postać świata.









Brak komentarzy:
Prześlij komentarz