9.29.2024

„Stąd do wieczności” Jamesa Jonesa, czyli wartości indywidualne i wiele więcej

Stąd do wieczności (1951) Jamesa Jonesa. Klasyka literatury amerykańskiej. Obszerna, świetnie skomponowana, wciągająca, intrygująca. Choć uchodzi za powieść wojenną, to również można ją scharakteryzować jako realistyczną, obyczajową, psychologiczną. W każdym razie takie wątki się w niej znajdują. Więcej: odkryłem perspektywę egzystencjalną! Lektura dostarczyła mi tego, czego szukam w prozie, zaspokoiła moje potrzeby estetyczne. A czego szukam w prozie? Słów, zdań, myśli, które leczą.


Nim skupię się na wątkach, mających potencjał terapeutyczny, w kilku zdaniach przybliżę specyfikę, tematy dzieła. Dzieła, które w gruncie rzeczy jest pierwszą częścią trylogii wojennej Jamesa Jonesa (1921-1977). Dwa pozostałe tytuły to: Cienka czerwona linia (1962) i Gwizd (1978).

Niezależnie od wszystkiego Stąd do wieczności jest powieścią wojenną. Oto mamy Hawaje, gdzie stacjonują wojska amerykańskie. I mamy oczekiwanie na moment przystąpienia USA do II wojny światowej. Następuje on, gdy Japończycy atakują Pearl Harbor 7 grudnia 1941 r. Opis ten znajduje się dopiero w rozdziale 50. Do tego momentu fakt ten wydaje się odległy jak księżyc i nierealny jak to, że Trzecia Rzesza dokonała najazdu na Nowy Jork (...) albo Marsjanie opanowali Kalifornię” (wszystkie cytaty są w tłumaczeniu Bronisława Zielińskiego i pochodzą z wydania z 1966 r.). Rozdział dopiero 50, a jest ich 57. 

Do tego momentu poznajemy żołnierską codzienność bohaterów, a więc: muzykowanie; papierosy; alkohol; romanse; wizyty w burdelach, spośród których nr. 1 jest dom pani Kipfer; tryper (rzeżączka); kontakty z pederastami” i konsekwencje (miejsce ich spotkań to Tawerna Waikiki); histerektomia (operacja wycięcia macicy dotyczy jednej z postaci kobiecych); samobójstwo; obóz karny (z jego izolatką, tzw. Czarną Dziurą), którego specyfika do złudzenia przypominała mi przesłuchiwanie przez SS-manów lub UB.

Głównym bohaterem jest szeregowy Robert E. Lee Prewitt, do niedawna świetny bokser. Dużo o nim myślałem i chyba nie do końca rozumiem jego postawę. Chyba… Aczkolwiek… Chociaż… Gdybym przyjął, że rozumiem, to muszę dodać, że gość mi imponuje! Prewitt to postać tragiczna, czyli taka, która zderza się z ustaloną, zorganizowaną rzeczywistością. Efekt takiego zderzenia dla jednostki może być tylko jeden.

Inne postacie, które są warte przywołania, to: piękna prostytutka Lorene (zakochuje się w niej Prewitt); Karen Holmes (żona kapitana Holmesa, mająca romans z Wardenem); sierżant Warden; Włoch Maggio (podziwiam i naprawdę go polubiłem!); Jack Malloy (autorytet, choć to bohater 2-, a może 3-planowy). 

Jeden jedyny raz pojawia się wątek polski. Jest wzmianka o „Polaku Dyżbińskim” (tyle tylko, że w kontekście prowadzonego przeciwko niemu śledztwa w sprawie pederastii”).

Schofield Barracks, Hawaje
Atak Japończyków, 7 grudnia 1941 r.


Powieść
Stąd do wieczności zawiera wątki filozoficzne dotyczące życia ludzkiego, wątki nawiązujące do spraw egzystencjalnych. Stanowią one o sile dzieła. Właśnie ta perspektywa interesuje mnie najbardziej. W dalszych podrozdziałach przedstawiam ciekawsze, rozsądne moim zdaniem treści. Dotyczą one spraw organizacji świata i miejsca w nim człowieka, pasji i wartości osobistych, istoty bólu, współistnienia miłości i nienawiści, sposobu panowania nad myślami, nad umysłem. Najpierw cytat, potem mój komentarz.


Milczenie i czyn

Urzędnicy, królowie, myśliciele – ci gadają i swoją gadaniną rządzą tym światem. Kierowcy ciężarówek, budowniczowie piramid, prości ludzie – ci, co nie umieją mówić, budują świat samą swą bezmownością, ażeby gadacze mogli gadać o tym, jak rządzić nim i tymi, którzy go zbudowali. A kiedy zniszczą świat swoim gadaniem, kierowca ciężarówki i prosty człowiek odbudują go znowu, po prostu dlatego, że szukają jakiegoś sposobu, aby przemówić (...) (rozdz. X).

Milczenie, prostota i czyn – oto cnoty, które charakteryzują zwykłego człowieka, obywatela, jednostkę funkcjonującą w zorganizowanej zbiorowości. Są ci, którzy nami rządzą, którzy są dyspozytorami naszych działań i pracy. I są ci – czyli my – którzy podlegają dyspozytorom i organizatorom. Wieczne zależności. 

Filozofowie (i politycy!) wymyślają idee, które inni wcielają w życie. Urzędnicy i politycy – mówiąc w wielkim uproszczeniu – pobierają podatki, mając na uwadze realizację idei. Nieważne jak głupie mogą być idee – komunizm, socjalizm narodowy etc. – do ich realizacji zawsze potrzebny jest człowiek! Tak było, tak będzie.

Prości ludzie, choć pozornie cisi, mają kluczową rolę w budowaniu, tworzeniu na rzecz społeczeństwa, wspólnoty. Tak zawsze było, tak jest, tak będzie. 

Milczenie, prostota, czyn. Za sprawą tych treści człowiek może wyrażać siebie, może być aktywny. Odporność i wytrwałość są tym, co dostaje w zamian. 

Jeszcze jedna myśl. Z przywołanym cytatem koresponduje humanistyczna myśl Marii Dąbrowskiej. Pisałem o niej tutaj: https://slowanazdrowie.blogspot.com/search/label/MariaD%C4%85browska.

Robert E. Lee Prewitt


           Wartości osobiste

Poniżej fragment rozmowy kucharza Starka z Prewittem. Panowie rozmawiają o tym, co w życiu ważne.

(...) Słuchajcie: żyjemy na świecie, który chce sam siebie rozwalić w diabły, tak szybko jak to zdoła załatwić pięćset milionów ludzi. Na takim świecie człowiek może zrobić tylko jedno: znaleźć sobie coś, co będzie jego własne, naprawdę jego własne i nigdy go nie zawiedzie, a potem ciężko pracować nad tym i dla tego, bo to mu samo zapłaci za jego trud. Dla mnie jest tym moja kuchnia...

– A dla mnie moja gra na trąbce.

– … i tylko to mnie obchodzi. Dopóki będę robił swoje, tak jak trzeba, nie będę musiał się wstydzić. A reszta może się nawzajem tępić, mordować, wysadzić w powietrze cały cholerny świat, mnie nic do tego.

– Ale razem z nim wysadzą i was – powiedział Prew.

– Świetnie. To nie będę musiał się martwić.

– Ale nie będzie i waszej kuchni.

– Fajnie. Mnie też nie będzie, więc co za różnica. I wiem tylko tyle (...)” (rozdz. 14).

Z powyższym cytatem, mówiącym o potrzebie posiadania swojej małej oazy spokoju, swojej namiętności czy pasji koresponduje myśl podobna. Wypowiada ją Jack Malloy (ma najwięcej rozumu ze wszystkich”; zdaniem Angela to „najuczciwszy, najrzetelniejszy, najporządniejszy gość, jakiego w życiu spotkałem”) podczas dyskretnej rozmowy z Prewittem. Człowiek cieszy się powszechnym szacunkiem w obozie karnym, do którego trafił kolejny raz. Próbują go złamać, ale Malloy jest za mocny, ma psychikę nie do zdarcia. Z jego ust pada taka deklaracja:

Oddałbym wszystko, co może mnie czekać w niebie, za to, żeby móc kochać coś tak bardzo, jak ty kochasz wojsko. Nie porzucaj go – mówił. – Nie porzucaj go nigdy. Jeżeli człowiek znalazł coś, co kocha naprawdę, musi się trzymać tego zawsze, choćby się nie wiem co stało, czy tamto go kocha, czy nie. A jeżeli – zakończył z nieledwie religijną żarliwością – jeżeli go to w końcu zabije, powinien być wdzięczny, że w ogóle miał taką szansę. Bo w tym jest cała tajemnica (rozdz. 43)

Powyższe dwa cytaty są refleksją na temat pasji i wartości osobistych. Te są związane z poczuciem sensu życia. Praca, pasja, jakaś umiejętność (choćby to była kuchnia, gra na trąbce, cokolwiek) są tym, co pozwala przetrwać w chaotycznym, destrukcyjnym – jakkolwiek go scharakteryzujemy, jakkolwiek go odczuwamy – świecie. Pojawiają się satysfakcja i poczucie celu. 

Pasja i miłość do niej mogą inspirować do poszukiwania czegoś, co sprawia, że nasza ludzka aktywność nabiera znaczenia. One rozwijają poczucie wdzięczności; tzw. uważność, czyli życie w teraźniejszości; pomagają zaakceptować rzeczy nieuchronne. I coś jeszcze: dają poczucie kontroli i wewnętrzną autonomię. W obliczu globalnych problemów istotne jest, by trzymać się własnych zasad i pracować nad tym, co jest ważne dla jednostki. Dzięki temu można zachować właśnie spokój wewnętrzny, mimo że świat może rozwalić się w diabły. Szukanie własnej przestrzeni i wartości, na których można polegać - to ważne w kontekście zdrowia psychicznego.


         Istota bólu

Teraz o bólu fizycznym. Dotyczy on kondycji Prewitta krótko po jego pojedynku na noże z sierżantem Judsonem zwanym Grubasem (prawą ręką Thompsona, kierownika obozu karnego). Prewitt zmaga się bólem, a znajduje się w domu prostytutki Lorene, w której jest zakochany, i jej przyjaciółki Georgetty.

Jednakże ból był czymś, co znał. Ból był jak stary przyjaciel, którego od dawna nie widział. Umiał sobie dać radę z bólem. Z bólem trzeba leżeć, a nie odsuwać się od niego. Trzeba niejako poruszać się dookoła zewnętrznego skraju bólu, tak jak się robi z zimną wodą, dopóki człowiek w końcu nie zdobędzie się na dość odwagi, by wziąć się w garść. Wtedy trzeba nabrać głęboko tchu, dać nurka i opaść aż na samo dno. A potem, kiedy już pozostałeś jakiś czas w głębi, stwierdzasz, że nie jest wcale tak zimno, jak myślałeś, gdy twoje mięśnie cofały się przed tą zewnętrzną krawędzią, kiedy chodziłeś dokoła próbując zebrać się na odwagę. Znał ból. Ból był jak walka na ringu; jeżeli do tego powracasz dostatecznie długo, nabierasz w końcu pewnego instynktu. Nigdy nie wiesz, kiedy przychodzi ani skąd się bierze, ale nagle odkrywasz, że go masz i że go masz od dawna, nic o tym nie wiedząc. Tak samo jest z bólem.

Ból był jak wioska u stóp góry, na której garbie, wysoko nad wsią, wybudowana jest katedra, a dzwony tej katedry bezustannie wydzwaniają pieśń o krzyżu (rozdz. 45)

Z tego fragmentu wynika refleksja terapeutyczna dotycząca radzenia sobie z bólem fizycznym, jak i psychicznym. Ból bowiem nie jest czymś, od czego należy uciekać, co należy odepchnąć. Ból należy zaakceptować, poczuć go i stopniowo się do niego przystosować. Trzeba go oswoić. Im częściej człowiek staje w obliczu bólu, tym bardziej rozwija umiejętność radzenia sobie z nim i staje się bardziej odporny – jak bokser na ringu. W terapii regularna konfrontacja z emocjami i cierpieniem prowadzi do większej odporności psychicznej. Więcej, można dojść do wniosku, że cierpienie ma pewien sens. Może prowadzić do duchowego lub psychicznego wzrostu.

Ból Prewitta po pojedynku z Grubasem


Miłość i nienawiść

Wątek miłości podejmowany jest w powieści nie raz i nie dwa. Poniekąd była o niej – o miłości – już mowa. Natomiast poniżej miłość jako relacja między dwojgiem ludzi. Karen Holmes (żona kapitana Holmesa) w rozmowie z sierżantem Miltonem A. Wardenem: 

– Nienawidziłam cię – powiedziała. – Chwilami nienawidziłam cię strasznie. Każda miłość ma w sobie nienawiść. Bo człowiek jest związany z kimś, kogo kocha, i to mu odbiera cząstkę wolności, więc ma to za złe, nie może być inaczej. A mając za złe utratę własnej wolności, usiłuje zmusić tego drugiego, aby się wyrzekł swojej całkowicie. Miłość nie może nie rodzić nienawiści. Tak długo, jak będziemy żyli na tej ziemi, miłość będzie zawsze miała w sobie nienawiść. Może właśnie dlatego jesteśmy na tej ziemi: żeby się uczyć kochać bez nienawiści (rozdz. 54)

Terapeutyczna moc miłości, jakkolwiek ją rozumiemy, jest nie do podważenia. Jej szczególną rolę w życiu człowieka charakteryzował choćby Viktor Frankl w książce Człowiek w poszukiwaniu sensu. Jones z kolei pisze o ambiwalencji uczuć, częściowej utracie własnej wolności (niezależności), ewolucji miłości i wpisanym w niej sensie ludzkich działań.

Karen Holmes i sierżant Warden


           Jak zapanować nad umysłem?

Rozdział 37 Stąd do wieczności Jamesa Jonesa jest szczególny. (Nawiasem mówiąc, rozdział następny też nie pozostaje obojętny. Jones opisuje w nim samobójstwo jednego z szeregowców. Wraz z tym zagląda do głowy bohatera, stawia pytania, kreśli przyczyny i domysły. Jednak nie czas i miejsce poświęcać temu zagadnieniu uwagę; tak tylko informuję). 

Wyobraź sobie, że jesteś umieszczony w ciemnej, bardzo małej izolatce, raz dziennie dostajesz kromkę chleba i kubek wody – i musisz tak przetrwać 3 dni. Taka sytuacja opisana jest w rzeczonym rozdziale 37. Prewitt otrzymuje wskazówki, jak przetrwać próbę psychicznego złamania, gdy za chwilę znajdzie się w izolatce, tzw. Czarnej Dziurze. Wiem, fragment jest długi i nie opatrzę go komentarzem, ale myślę, że warto go dokładnie przeczytać. Znajdują się w nim wskazówki, jak zapanować nad myślami i umysłem. Są to sposoby przydatne w przypadku osób cierpiących na lęki czy nerwice. Podkreślenia moje.

– Pierwsze pół godziny, kiedy cię tam wsadzą, nie jest takie złe – mówił Angelo Maggio. – Prawdopodobnie obtłuką cię trochę, i poczucie ulgi, żeś się od tego uwolnił, trzyma cię przez jakiś czas. Po prostu leżysz sobie i odpoczywasz.

– Aha – rzekł Prew.

– Tylko że po jakiejś półgodzinie już to się trochę zaciera – mówił Angelo Maggio. – Wtedy twój umysł znowu zaczyna pracować. Malloy powiada, że przyczyna jest taka: nie masz nic do roboty, możesz tylko siedzieć, a oczywiście nie ma światła i nie znajdziesz żadnego ujścia dla swoich myśli.

– Tak – rzekł Prew.

– No i sam nie wiem, dlaczego tak jest – ciągnął Angelo z zakłopotaniem – ale mniej więcej po pierwszej półgodzinie zaczyna ci się jakoś wydawać, że te mury są na kółkach, rozumiesz?

– Tak – powiedział Prew.

– Zdaje ci się, że na tych kółkach najeżdżają ze wszystkich stron na ciebie, i wtedy pierwszy raz brak ci oddechu. No, wiem, że to cholernie głupio brzmi – dodał.

– Rozumiem – rzekł Prew.

– Widzisz, tam nie ma dosyć miejsca, żeby móc stanąć prosto, a gdyby nawet było, mógłbyś zrobić tylko trzy kroki od końca do końca. Oczywiście nie ma w ogóle miejsca, żeby iść w bok. Więc nie możesz tego rozchodzić, musisz tylko siedzieć albo leżeć na pryczy i całe odprężenie odrabiać w myśli. Wiem, że to głupio brzmi.

(...)

– Za pierwszym razem, jak tam byłem, myślałem, że się uduszę na śmierć. Całą siłą trzymałem się, żeby nie zacząć wrzeszczeć. Jeżeli zaczniesz wrzeszczeć, to koniec z tobą. Aby nie zaczynaj. Bo będziesz się darł jeszcze wtedy, kiedy po ciebie przyjdą. Albo póki nie zachrypniesz i nie stracisz głosu. A wtedy jeszcze będziesz wył gdzieś w sobie. Nawet wtedy.

Zamilkł.

– No, i co jeszcze? – zapytał Prew.

– Jeżeli możesz dużo spać, to bardzo ci pomoże, ale niektórym ciężko zasnąć, bo widzisz, ta prycza nie jest właściwie pryczą. Ani koją. Tylko dziesięć czy dwanaście żelaznych rur zawieszonych podłużnie u ściany na dwóch łańcuchach i oczywiście nie ma tam ani siennika, ani koca.

– Tak – powiedział Prew. – To wszystko?

– Malloy powiada, że można dać sobie z tym radę, jeżeli człowiek potrafi zapanować nad swoimi myślami. Ja nigdy nie mogę – mówił Angelo Maggio. – Malloy umie przestać myśleć. Ja tego nie potrafię. Nauczyłem się kilku małych trików, które coś niecoś pomagają, ale tego nie umiem. Jedno, czego się nauczyłem, to odliczania oddechów: wciąga się powietrze licząc do ośmiu, potem je zatrzymuje do czterech, wypuszcza do ośmiu i znowu wstrzymuje oddech licząc do czterech; to pomaga na uczucie duszenia.

(...)

– A po drugie, zaczynam być głodny. Dają ci tam trzy razy dziennie kawałek chleba i blaszany kubek wody (Malloy – dodał nawiasem Angelo Maggio – mówi, że nigdy nic nie je, kiedy tam idzie. Wodę owszem, pije, ale nie je nic. Mówi, że jak nie je, nie zaczyna być głodny po pierwszym dniu, a poza tym, że to pomaga zapanować nad myślami).

Ja nigdy tego nie potrafiłem – uśmiechnął się nieporadnie. – Zawsze zaczynam być głodny i zjadam chleb, i jestem jeszcze głodniejszy. Najgorsze jest dla mnie powstrzymać się od myślenia o kurczętach i indykach – wiesz, tak jak wiszą upieczone w sklepach delikatesowych – i o stekach, o frytkach, o chlebie i sosie.

Angelo Maggio uśmiechnął się z zakłopotaniem.

– Chcę ci to tylko przedstawić. Musisz pamiętać, że nie jest wcale takie straszne, jak się wydaje.

(...)

– Druga sprawa to seks – powiedział Angelo delikatnie. – Nie trzeba myśleć o kobietach. Bo widzisz, oni cię rozbierają i wsadzają cię tam nago, i jak zaczniesz myśleć o kobietach, to się rozleziesz w szwach i będziesz przez cały czas trzepał kapucyna, co tylko pogarsza sprawę, zamiast ci ulżyć, i rozhecowuje cię jeszcze bardziej (...)

– No, to na miłość boską, o czym się tam myśli? – zapytał twardo Prew.

– A, w tym właśnie sęk - odparł Angelo Maggio. – Według Malloya nie trzeba myśleć o niczym. Malloy mówi, że może tam leżeć trzy, cztery, pięć dni, czy ile dostanie, i nie myśleć o niczym. Mówi, że nauczył się tego z jakichś książek jogów, kiedy był drwalem w Oregonie. Te książki miał jeden stary gość, który tam pracował i dawniej był wobblym [członekIndustrial Workers of the World - organizacji robotników przemysłowych utworzonej w 1905 r. w Chicago.]. Malloy mówi, że tego próbował, ale mu nie wychodziło, póki się nie dostał do Czarnej Dziury. Trzeba skupić uwagę na takiej czarnej plamce, którą masz w głowie przed oczami, i jak tylko ci przyjdzie jakaś myśl, odepchnąć ją od siebie i nie myśleć. Po jakimś czasie, jeżeli to się robi dość długo, myśli przestają przychodzić i widzisz tylko jakby światło.

– Jezus kochany! – powiedział Prew twardo. – Ja nie potrafię robić takich rzeczy. To znaczy, że on zapada w trans, jak te media, i gada z umarłymi, i w ogóle?

– Nie – odrzekł nieporadnie Angelo. – Nic podobnego, żadnych nadnaturalnych rzeczy. To jest po prostu panowanie nad umysłem. Sposób panowania nad myślami.

– A ty to potrafisz? – zapytał Prew z niedowierzaniem.

– Nie - odparł Angelo. – Próbował mnie uczyć, ale ani rusz nie mogłem. Może ty będziesz umiał.

– Nie, to nie dla mnie.

– Nigdy nie wiadomo, póki się nie spróbuje. Ja spróbowałem.

– No dobrze, a co ty robisz?

– Ja? Mam dwa sposoby. Stosuję je na zmianę. Jeden jest taki, że urządzam sobie grę, rozumiesz?

– Grę? – zapytał Prew.

– Między mną a nimi. Oni chcą mnie złamać, a ja się nie daję. Oni mnie widzą, ale nigdy nie zobaczą, żebym się miotał. Rozgrywam z nimi tę grę i tylko sobie leżę, i znoszę wszystko, co chcą.

– Robisz z tego grę! – powiedział Prew.

– To jeden sposób. Drugi to przypominanie sobie różnych rzeczy z własnego życia. Przypominasz sobie miłe rzeczy, przyjemne rzeczy.

– To bym może potrafił – rzekł Prew z napięciem.

– Ale te wspomnienia muszą być bez ludzi – przestrzegł go zaraz Angelo. – I muszą być o czymś, na co nie masz ochoty.

– Jak to? – zapytał Prew. – Dlaczego? Tego nie chwytam.

– Bo umysł w ten sposób pracuje – odrzekł Angelo Maggio. – Nie pytaj mnie czemu. Nie wiem. Wiem tylko, że jest tak, a nie inaczej. Jak zaczniesz myśleć o ludziach, wtedy przypomnisz sobie to, co robiłeś z nimi albo przez nich, rzeczy, które chciałbyś móc zrobić znowu. A to przywiedzie ci z powrotem na pamięć ciebie samego i miejsce, w którym jesteś. (...) A kiedy zaczniesz myśleć o rzeczach, których chcesz, już siebie w to włączyłeś. Chcesz tych rzeczy zaraz, w tej chwili. A nie możesz ich mieć. Najważniejsze jest wyłączyć z tego siebie.

– Aha – rzekł Prew. – Tylko jak?

Ja myślę o widokach przyrody – odparł Angelo Maggio. – O lasach, w których byłem. Drzewa są zawsze dobre. O jeziorach i górach, które widziałem. Jak tam jest na jesieni, z tymi wszystkimi kolorami. Albo w zimie, kiedy wszędzie leży śnieg. Widziałem raz burzę śnieżną – zaczął z zapałem, ale przerwał. - No, w każdym razie rozumiesz, o co mi idzie? – dodał niepewnie.

– Tak – powiedział Prew.

– A potem – ciągnął Angelo – jak zaczynają się w tym pojawiać ludzie, co zawsze się dzieje wcześniej czy później, przerzucam się na tę moją grę i po pewnym czasie wracam do wspomnień, w których nie ma ludzi (...) (rozdz. 37)

Prewitt i Lorene


         Podsumowując… 

Monumentalna powieść Stąd do wieczności Jamesa Jonesa zaskoczyła mnie. Nie spodziewałem się znaleźć w niej wyżej przedstawione treści. A przecież one cudownie korespondują z sytuacjami terapeutycznymi. To są wskazówki, podpowiedzi, jakimi wartościami się kierować, gdy człowiek jest zrozpaczony albo tkwi w bólu egzystencjalnym. Jones dostarczył mi wielu wrażeń. Wiele razy zastanowiłem się nad czytanym tekstem, do wybranych fragmentów wracałem wielokroć. Mogę uznać, że to jedno z lepszych doświadczeń czytelniczych w moim życiu!

         Ekranizacja Stąd do wieczności w reż. Freda Zinnemanna z 1953 r. otrzymała 8 Oscarów! Kadry w tym poście pochodzą z tego właśnie dzieła.

8.25.2024

„Król Maciuś Pierwszy” Janusza Korczaka, czyli demokracja jako dystopia

Król Maciuś Pierwszy (1923) Janusza Korczaka. Dzieckiem będąc, bałem się tę książkę przeczytać, ponieważ zaczyna się od tego, że król umiera, a rządy po nim musi objąć 10-latek. Wielka odpowiedzialność chłopca zniechęcała mnie do lektury. Ale przeczytałem ją dzisiaj i wierzcie mi – to nie jest poczciwa opowieść dla dzieci!

Powieść dostępna na WolneLektury.pl


    Szczerze powiedziawszy to nie wiem, w jaki sposób jest ona dla dzieci, w jaki sposób dzisiejszy rodzic wyjaśni jej sensy. Ale tak samo nie do końca rozumiem, w jaki sposób Chłopcy z Placu Broni (1906) F. Molnara są dla dzieci. Owszem, Janusz Korczak (1878?-1942) swoją przystępną opowieścią przybliża mechanizmy funkcjonowania państwa, politykę wewnętrzną i zagraniczną, strategie i okrucieństwa wojenne. Jest to więc zarówno traktat o państwie, państwowości (innym wielkim traktatem o państwie – ale dla dorosłego odbiorcy – jest Faraon Bolesława Prusa), jak i lekcja politologii adresowana do młodego czytelnika. Gdyby w polskim systemie edukacyjnym znajdował się przedmiot typu politologia właśnie, to obecność w nim powieści Korczaka byłaby kapitalna!

Król Maciuś Pierwszy Reformator
Trzej królowie


    Tymczasem Król Maciuś Pierwszy to coś więcej. To dystopia! Nie spodziewałem się tego, naprawdę! Bo co tu się dzieje? 

    Dziesięciolatek, który odbywa przyspieszony kurs dojrzewania i poznaje, jak funkcjonuje jego kraj, jak funkcjonują trzy kraje europejskie, a także jeden kraj afrykański, przeszczepia na grunt dotychczasowej monarchii ludowładztwo. Ludowładztwo – władza ludu, demokracja. W powieści wspomina się ją – w sposób bezpośredni bądź pośredni – co najmniej dwa razy.

    Pierwszy raz, gdy Maciuś odbywa zagraniczną podróż u smutnego króla:

    „– (...) Nie pokazywałem go [ogromnego domu] waszej królewskiej mości, bo to gmach parlamentu. Ponieważ w waszym państwie nie ma ludowładztwa, sądziłem, że nie będzie ciekawe.

    – A ja bym bardzo chciał ten… ten… parlament zobaczyć”.

    Drugi raz, gdy Maciuś szuka finansów dla swoich reform:

    „(...) poseł powiedział, że można pożyczyć Maciusiowi pieniądze, ale żeby dał konstytucję, żeby rządził cały naród.

    – Bo jak pożyczymy tylko Maciusiowi, możemy stracić, a jak pożyczymy całemu narodowi, to zupełnie co innego. Tylko – powiedział poseł – ministrowie pewnie się nie zgodzą.

    – Muszą się zgodzić – powiedział Maciuś. – Co oni sobie myślą? Jeżeli się zgodzili, żebym był królem-reformatorem – no to już.

    Ale ministrowie nadspodziewanie łatwo się zgodzili. Ministrowie strasznie się bali, żeby ich Maciuś nie wsadził do więzienia, więc tak sobie obliczyli:

    – Jak trzeba będzie coś zrobić, powiemy, że tak chce cały naród, i my nic nie możemy poradzić. My tylko musimy to robić, co nam każe cały naród. A całego narodu już Maciuś do kozy nie wsadzi”.

Maciuś przemawia w sejmie, obok Klu-Klu
Z wizytą u króla Bum-Druma w Afryce

    Dość szybko i wcześniej niż moment przywołany w powyższym cytacie ujawniają się zapędy, nazwalibyśmy to dzisiaj, dyktatorskie. Maciuś przecież umieszcza w więzieniu ministrów, którzy nie zgadzają się z jego wolą. Ale i wykazuje się dobrocią – uwalnia ich.

W konsekwencji powstają 2 parlamenty: „jeden dla dorosłych – i tam będą posłowie dorosłych i ministrowie dorosłych. A drugi będzie sejm dzieci – i tam dzieci będą posłami i ministrami”. Chcę zwrócić uwagę na fakt, że w tym sejmie zasiadają też dziewczynki, tyle tylko, „że nic nie mówią”. Ale przecież i to się zmienia – czarnoskóra Klu Klu zabiera głos na posiedzeniu! I dodam jeszcze, że ani w Chłopcach z Placu Broni, ani w innej sławnej powieści, gdzie główną rolę odgrywają dzieci, tj. we Władcy much (1954) W. Goldinga – nie ma dziewczynek.

    Parlament dziecięcy zdobywa przewagę, ponieważ jego pierwsze obietnice są baardzo kuszące, np.: 

    „niech jutro każdy uczeń dostanie w szkole funt czekolady”;

    „1. Żeby zbudować we wszystkich lasach, na górach i nad morzem dużo domów, żeby dzieci biedne mogły wyjeżdżać na całe lato na wieś.

    2. Żeby we wszystkich szkołach były huśtawki i karuzele z muzyką.

    3. Żeby w stolicy urządzić wielki ogród zoologiczny, gdzie w klatkach byłyby dzikie zwierzęta: lwy, niedźwiedzie, słonie, małpy i węże, i ptaki”.

    Reformy idą szybko, a konsekwencje i procesy są nie do zatrzymania: 

    - pogłębiają się m.in. kontakty z – mówiąc językiem Korczaka – murzyńskim królem Bum-Drumem, następuje wymiana dóbr, usług i myśli międzykulturowej. Rozwalił mnie przy tym ten oto fragment: „Stała się rzecz niesłychana: córka Bum-Druma, mała i dzielna Klu-Klu, przyjechała do Maciusia w klatce z małpami”;

    - wychodzą robotnicy z czerwonymi sztandarami, a pojawia się myśl, by wyprowadzić sztandary zielone, symbolizujące „dzieci z całego świata – białe, czarne i żółte” (Maciuś wypowiada też słowa, które przypominają mi… budowanie socjalizmu: „Trzeba się wziąć do pracy, trzeba się wziąć do pracy”); 

    - kolejne grupy społeczne chcą praw („Dawniej nie mieli praw ani chłopi, ani robotnicy, ani kobiety, ani Murzyni. A teraz wszyscy mają prawa, tylko dzieci nie!”); 

    - „do szkół mają chodzić dorośli” (trochę jak… reedukacja?), zaś dzieci przejmują role zawodowe dorosłych; 

    - w systemie demokratycznym, który buduje Maciuś, kładzie się nacisk na wolność decydowania o sobie, więc każdy może być, kim chce: „(...) jeden chłopak chciał być katem, a jeden chciał być Indianinem, a jeden wariatem”

    - następują wulgaryzacja języka i przemiany w sferze obyczajowej: „w rodzinach dużo było sporów”, „Dawniej mali bili się z małymi, a teraz starsi dokuczają małym”

    - „tysiąc czarnych dzieci przyjechało” (działanie przyjezdnej kultury jest zarówno negatywne, jak i pozytywne);

    - pojawia się wątek szpiegowski.

    Nie można nie wspomnieć o czwartej władzy, jaką sprawują media. W państwie Maciusia funkcjonuje gazeta, która schlebia rządom. To przecież za sprawą jej dyspozytorów Felek – przyjaciel Maciusia – wypowiada następujące słowa (osadzenie ich w pełniejszym kontekście przywołuje na myśl nowomowę):

    „(...) Koncepcja waszej królewskiej mości może być kodyfikowana w swej prymitywnej formie – powiedział Felek – nie śmiem narzucać osobie królewskiej mego moratorium; jednakże co się tyczy mojej osoby urzędowej, pragnę być baronem fon Rauch, ministrem proparu”

    „Osoba królewska”, „osoba urzędowa”… Oto Korczak hipster wprowadza język niebinarny! Co ci, Czytelniku, przypomina widok znajomy ten?

Zamiast rozstrzelania, zesłanie na bezludną wyspę

    Wielki słownik języka polskiego” dystopię definiuje jako: „literacki utwór fantastycznonaukowy przedstawiający ponurą wizję rzeczywistości”. Wszystkie, dosłownie wszystkie procesy związane z wprowadzaniem ludowładztwa, ich mechanizmy i konsekwencje, jakie opisał Korczak, odzwierciedlają się w naszej codzienności politycznej, społecznej, kulturowej, obyczajowej – w demokracji liberalnej!

    Nie dziwię się, że dorosły czytelnik, który wyznaje jej zasady, identyfikuje się jako demokrata, który deklaruje się jako piewca praw i swobód człowieka, który jest odbiorcą jednego medium, jednej myśli politycznej, ideowej, że taki człowiek po lekturze powieści Korczaka poczuje się, jakby włożył na siebie za duże ubranie. Jakoś niewygodnie. Jakoś dziwnie i nieprzystępnie. Korczak, czytany po 100 latach, oferuje niebywałe – czasami trudne, czasami szokujące, ale przecież przenikliwe – doświadczenie czytelnicze. Z pewnością poszerza naszą świadomość ideową, kruszy mur przywiązania do – wydawać by się mogło – jedynej opowieści o świecie, w jakiej żyjemy i jakiej ufamy. 

    Jak się zakończyły dzieje 12-letniego już Maciusia Reformatora, dobitnie świadczące, że powieść jest dystopią, nie powiem (choć kadr podpisałem). Mogę tylko dodać, że jest kontynuacja: Król Maciuś na wyspie bezludnej (moje dwa pierwsze skojarzenia: los Napoleona Bonaparte; Egipcjanin Sinuhe Miki Waltariego). Napisał więc Korczak dylogię. Mam ochotę sięgnąć po drugą część. I chyba to zrobię! A jak już zrobię, to do niniejszego postu dopiszę kilka przemyśleń!

    Obejrzałem ekranizację z 1957 r. w reżyserii Wandy Jakubowskiej. Kadry w niniejszym wpisie pochodzą w tego właśnie filmu. 

    A na koniec jeszcze dwa cytaty z Króla Maciusia Pierwszego:

    „Największy strach jest wtedy, kiedy się człowiek nic nie spodziewa, jest wesół, a tu się nagle coś stanie”.

    „Żeby wiedzieć, co robić, trzeba przecież dowiedzieć się, co się stało”. 

    Ahoj, kochane Osoby Czytelnicze!


APPENDIX

    Król Maciuś na wyspie bezludnej (1923) Janusza Korczaka. Kto uroni łezkę, kto się popłacze, to ja to zrozumiem. Bo ta część - kontynuacja Króla Maciusia Pierwszego - jest w swojej wymowie refleksyjna, kontemplacyjna, momentami stoicka. I smutna. Jasno mówi, jak trudno żyć, będąc obarczonym błędami przeszłości.

    Zaczyna się od tego, jak (za WolneLektury.pl) „królowie urządzili zjazd, aby zdecydować, na którą wyspę zesłać pokonanego Maciusia. A on ucieka z więzienia, ukrywa się jako chłopiec na posyłki u rzeźnika i jako dziewczynka w sierocińcu, by w końcu zjawić się niespodziewanie w miejscu obrad władców. Popierają go dzicy ludożercy, z czego wynika mnóstwo kłopotów, aż wreszcie Maciuś, zniechęcony, dobrowolnie udaje się na wygnanie”.

    Miejscem zsyłki Maciusia jest wyspa Białego Szatana (którą potem niechętnie opuści). To odpowiednie miejsca, aby swoje życie poddać refleksji, zrozumieć, jak idealizm roztłukł się w zderzeniu z racjonalizmem świata, który chciał uczynić dobrym i sprawiedliwym. Pojawia się szereg pytań:

    - o tożsamość: “I dziwne, że tak długo był taki i wcale nie wiedział, że może być inny. A który jest prawdziwy Maciuś: czy dumny król-Reformator, czy cichy i zamyślony dobrowolny wygnaniec bezludnej wyspy, Maciuś-filozof?”.

    - o procesy i postęp: “Dawniej ludzie mieli łuczywo (tak jak u Bum-Druma). Potem mieli świece, potem lampy naftowe, potem gaz, a teraz mają elektryczność. Czy wymyślą jeszcze coś lepszego?”

    - o rolę książki w życiu człowieka: “Przepiękna rzecz - książka. Wszystko, co ludzie najmądrzejszego wymyślili - napisano w książkach (...)”; “Jeżeli się czyta, to się potem jeszcze więcej myśli. W książkach jest dużo, ale nie wszystko. I dopiero trzeba samemu ułożyć sobie w głowie”. 

- co to znaczy myśleć?

    Król Maciuś na wyspie bezludnej jest powieścią intertekstualną: zawiera w sobie Pamiętnik Maciusia. Wiele w nim uwag, np: „Hartować wolę znaczy - robić to, czego się nie chce robić”.

    W samej powieści znajdziemy inne prawdy, choćby:

    Nikt się nie rodzi w kajdanach. Dopiero ludzie nałożą na ciebie żelaza”;

    Jeżeli ktoś zawsze jest cichy i smutny, to nic; ale jak zawsze wesoły - i nagle coś mu się stanie, to bardzo żal, że tak się od razu odmienił.

    Janusz Korczak napisał rzecz o człowieku tułaczu, który szuka miejsca w świecie. Który rezygnuje z dawnych ideałów i godzi się z tym faktem. Który chce być kimś, kim nigdy nie był.

Mnie najbardziej przyświeca myśl o tęsknocie za utraconym dzieciństwem. Lektura pozostawiła mnie w stanie rozwichrzonych myśli i wielu dręczących refleksji. Mądrość zawarta w 2 częściach opowieści o chłopcu, który chciał zmienić świat, jest niezaprzeczalna! Czytajcie Korczaka!