3.08.2024

„Pani Dalloway” Virginii Woolf, czyli o chorobie psychicznej mężczyzny

 Pewne fakty aktualne i wydarzenia z nieodległej przeszłości zachęciły mnie do ponownego przeczytania Pani Dalloway z 1925 r. Odkryłem, że ta modernistyczna powieść jest nie tyle krajobrazem życia wewnętrznego zasobnej kobiety w wieku średnim, ile obrazem choroby psychicznej mężczyzny. 


Powstała ekranizacja tej powieści w reż. Marleen Gorris (1997), którą można obejrzeć tutaj. Na podstawie powieści Michaela Cunninghama Godziny (czytałem!), gdzie jedną z bohaterek jest Virginia Woolf, Stephen Daldry nakręcił film (2002). To jeden z moich ulubionych filmów, oglądałem go kilkanaście razy! Muzykę do niego skomponował Philip Glass. Na potrzeby lektury niniejszego posta, który nie zanosi się na krótki, proponuję włączyć soundtrack; ten dostępny jest np. tutaj. Myślę, że będzie dobrym tłem dla treści, jaką chcę przedstawić. 

Akcja powieści Woolf rozgrywa się w ciągu jednego czerwcowego dnia 1923 r. w Londynie. Mówi o 52-letniej Klarysie Dalloway, która przygotowuje się do zorganizowania przyjęcia, na które przybędą ważne osobistości świata polityki, nauki, kultury i jej dawni znajomi. Historia opowiedziana jest z perspektyw różnych postaci: głównej bohaterki, jej przyjaciół oraz osób, które spotyka. Za sprawą monologu wewnętrznego i strumienia świadomości mamy wgląd w przeszłość, teraźniejszość, myśli i uczucia postaci. Zrozumiałym się stało, że czytając tę książkę, poruszam się po dwóch biegunach budujących całość: choroba i zdrowie, śmierć i życie. I to właśnie w takiej kolejności. Myśl charakteryzująca problematykę mogłaby też brzmieć: „śmierć duszy”; śmierć duszy, o czym rozmyśla Peter Walsh, dawny oblubieniec Klarysy, który właśnie wrócił z Indii. Nie on jednak mnie interesuje. Mnie interesuje Septimus Warren Smith. 


Septimus na froncie. Kadr z filmu Mrs. Dalloway, reż. M. Gorris, 1997


Co o nim wiemy? Co wiemy o tym przedstawicielu straconego pokolenia? 

Wiadomo, że ma 30 lat i żonę Włoszkę, której imię Lukrecja. Pierwszy raz pojawia się, gdy Klarysa wybiera kwiaty w kwiaciarni Melburry’ego i słyszy wybuch silnika w aucie z jakimś ważnym konstablem. To samo słyszy i widzi przechodzący ulicą Septimus z żoną. W tym samym momencie patrzą na ten sam obiekt. On wypowiada słowa: „Zabiję się”, które Lukrecję wprawiają w stan skonfundowania. Klarysa kupuje naręcze pachnącego groszku. 

Istotnym jest fakt, że Septimus brał udział w I wojnie światowej. „Jako jeden z pierwszych zgłosił się na ochotnika. Pojechał do Francji bronić Anglii”. Tam zmężniał, awansowano go, zaskarbił sobie przyjaźń swojego dowódcy, porucznika Evansa. Ale porucznik Evans zginął. Teraz, kilka lat później on, Septimus, mówi do Evansa i widzi go; z punktu widzenia osób trzecich rozmawia sam z sobą. Teraz, gdy Septimus przebywa sam ze swoimi myślami, myśli mówią: 

„Cały świat woła do niego: zabij się, przez litość dla nas - zabij się! Ale właściwie dlaczego miałby się dla nich zabijać? Jedzenie sprawia mu przyjemność, słońce jest gorące. I w jaki sposób człowiek się zabija - nożem kuchennym, ohydnie, z krwią buchającą na wszystko dokoła... wsadza do ust rurkę od gazu? Nie ma siły, ledwie może podnieść rękę. Zresztą teraz, kiedy jest samotny, skazany, opuszczony, samotny samotnością tych, co mają niebawem umrzeć, odnajduje w tym wszystkim cudowny smak zbytku, wspaniałe uczucie izolacji, swobody nie znanej ludziom skrępowanym więzami. (Pani Dalloway, wydanie z roku 1961 w przekł. Krystyny Tarnowskiej, str. 108-109)

Nieprzypadkowo określiłem Septimusa przedstawicielem „straconego pokolenia”. Termin ten, zdaje się, uknuła Gertruda Stein, a rozpropagował Ernest Hemingway. Oznaczał on, jak podaje Wikipedia, „pokolenia amerykańskich pisarzy, którzy dorastali podczas I wojny światowej”. W świadomości Brytyjczyków I wojna światowa jest Wielką Wojną. Były to traumatyczne dzieje, które okaleczyły całe masy młodych mężczyzn. Które w jakiś sposób przyczyniły się do złamania kodu męskości. Można więc mówić o problemie społecznym; o problemie społecznym, który wymagał rozwiązań medycznych i prawnych. Woolf w swojej powieści akcentuje ten problem. Nie bez powodu też pierwsza scena filmu M. Gorris przestawia Septimusa na froncie wojennym. 

Doświadczenia wojenne odbiły się na jego psychice bardzo mocno, a reakcja emocjonalna jest niszcząca. Nie tylko widzi zmarłych. Przestał odczuwać cokolwiek, żyje w stanie napięcia, przywidzeń. Mówiąc językiem powieści, cierpi na „opóźnione następstwo kontuzji wojennych”. Mówiąc językiem dzisiejszej psychiatrii, choruje na zespół stresu pourazowego, post-traumatic stress disorder, PTSD.

„Ale dla niego piękno znajdowało się jakby za szklaną szybą. Nawet w smaku (...) nie znajdował żadnej przyjemności. Odstawiał filiżankę na marmurowy blat małego stolika. Przyglądał się ludziom na ulicy; wydawali się szczęśliwi, przystawali na środku chodnika wrzeszcząc, śmiejąc się, kłócąc bez powodu. Ale on nie ma już smaku, nic już nie odczuwa. W kawiarni, między stolikami, pośród uwijających się kelnerów, chwytał go znów za gardło duszący strach; bo nie odczuwał nic, absolutnie nic. Mógł myśleć logicznie, mógł czytać bez trudu, na przykład Dantego (...), mógł robić rachunki; jego mózg działał sprawnie; a więc jest to wina świata – to, że nic nie odczuwa” (str. 103)  

W umyśle Septimusa już od momentu, gdy go poznajemy, dzieją się niedobre rzeczy, myśli są mroczne i rezygnacyjne. A o tym, co chce zrobić, mowa jeszcze kilka razy. W pewien sposób informacje te bagatelizuje jego lekarz, doktor Holmes, uważający, że zdrowie „w ogromnej mierze zależy od nas samych”. Doktor o stanie pacjenta mówi, że to głupstwa. Mówi (gdy Septimus nie chciał go wpuścić do swojego pokoju) o depresji. Owszem, charakteryzuje objawy: „bóle głowy, bezsenność, lęki, przywidzenia; zwykłe objawy wyczerpania nerwowego”. A aby je złagodzić, zaleca „przed spaniem dwie tabletki bromu rozpuszczone w szklance wody”. Rekomenduje, aby swoje zainteresowania kierował „ku światu zewnętrznemu; powinien znaleźć sobie jakieś hobby”; Lukrecji zaleca, aby kierowała „uwagę męża na rzeczy realne, żeby go zaprowadziła do music-hallu, żeby go zainteresowała krykietem”. 

To nie jest dobry lekarz dla Septimusa (kolejna lekarska wizyta w jego domu będzie przecież powodem wielkiego dramatu, urzeczywistnieniem zamiarów). To chyba dlatego Lukrecja prowadzi go do innego „znawcy ludzkiej duszy”, do Williama Bradshawa (który, zresztą, pojawi się pod koniec powieści). Jedyna wizyta w jego domu nie trwa długo, ale przy scenie tej chcę się zatrzymać. 

Wiedział wszystko, zaledwie weszli do gabinetu (nazywali się Warren Smith); wystarczyło, że raz spojrzał na tego mężczyznę; przypadek bardzo ciężki. Daleko posunięte symptomy kompletnego wyczerpania fizycznego i nerwowego, potwierdził stawianą w myślach diagnozę, zapisując jednocześnie na różowej karcie odpowiedzi na pytania zadawane cichym, dyskretnym głosem.

- Jak długo leczył go doktor Holmes?

- Sześć tygodni.

- Przepisał trochę bromu? Powiedział, że panu Smithowi nic nie jest? Ach, tak! - (Jeszcze jeden lekarski omnibus! pomyślał sir William. Połowę czasu marnuje na odrabianie błędów tych ludzi! Niektóre są nie do odrobienia).

- Był pan na wojnie, otrzymał pan najwyższe odznaczenia?

Pacjent powtórzył tonem pytającym:

- Na wojnie?

Własna interpretacja słów o znaczeniu symbolicznym. Objaw poważny, należy go zanotować na różowej karcie.

- Na wojnie? - spytał pacjent. Ach, wojna europejska, ta bójka uczniaków bawiących się prochem? Czy otrzymał najwyższe odznaczenia? Naprawdę nie pamięta. Jeśli idzie o samą wojnę, nie spełnił pokładanych w nim nadziei.

- Tak, był na wojnie i otrzymał najwyższe odznaczenia - zapewniła Recja lekarza. - Dali mu awans.

- W biurze ma pan doskonałą opinię - rzekł cicho sir William zerkając na pełen hojnych pochwał list pana Brewera. 

- A więc nie ma żadnych powodów do zmartwień, żadnych kłopotów finansowych... nic? Popełnił straszną zbrodnię, za którą natura ludzka skazała go na śmierć.

- Ja... ja... - zaczął Septimus - popełniłem zbrodnię...

- Nie zrobił nic złego, naprawdę nie zrobił nic złego - zapewniała Recja lekarza. Jeżeli pan Smith zechce chwilę poczekać, powiedział sir William, zamieni kilka słów z panią Smith w sąsiednim pokoju. Jej mąż jest poważnie chory, powiedział sir William. Czy groził, że sobie odbierze życie?

- Och, tak! - zaszlochała Recja. - Ale nie mówił tego poważnie. Oczywiście, że nie (...)” (str. 112-113)

Pomijając fakt, że jest to pierwsza wizyta u tego doktora, celem której jest pozyskanie informacji o stanie zdrowia pacjenta, czyli wywiad; i pomijając fakt, że doktor proponuje izolację Septimusa (tj. kurację w „pięknym domu na wsi”, gdzie zazna „długiego, długiego odpoczynku”, którego potrzebuje, a do którego nie będzie mogła być włączona jego żona), scena ta zwraca moją uwagę. Zwraca moją uwagę, ponieważ przywołuje na myśl 2 pojęcia: trialog i otwarty dialog.

W scenie tej udział biorą trzy osoby: lekarz (ekspert), pacjent (klient), żona pacjenta (osoba z otoczenia). Trzy strony, a więc perspektywa szersza, spojrzenie na te same wydarzenia pełniejsze, zwłaszcza że Septimus wbrew faktom uważa, że zawiódł, „nie spełnił pokładanych w nim nadziei”. Trialog, bo o nim mowa, skutkuje uzyskaniem bardziej efektywnego wsparcia. 

I to nie tylko trialog, bo także coś, co można by nazwać otwartym dialogiem, sposobem komunikacji, ku której skłania się współczesna psychiatria. 

Podejście takie zostało stworzone w latach 80. XX w. przez prof. Jaakko Seikkulę (psychoterapeutę), Brigittę Alakare (psychiatrę) i ich zespół w szpitalu Keropudas w Finlandii. To właśnie oni, jak podaje https://otwartydialog.pl/otwarty-dialog/, „rozwinęli system leczenia skoncentrowanego na rodzinie i sieci społecznej (...). Metoda zakładała szybką interwencję we wczesnej fazie kryzysu, dostosowanie leczenia do indywidualnych potrzeb pacjenta i jego rodziny”. Na stronie Fundacji Polski Instytut Otwartego Dialogu można bardziej szczegółowo zapoznać się z tematem. Tutaj kilka niedługich wyimków (wyboldowanie moje):

„(...) normalną praktyką psychiatryczną było zorganizowanie spotkania w ciągu doby od momentu dowiedzenia się o kryzysie. Co więcej, zarówno pacjent, jak i członkowie rodziny powinni zostać zaproszeni do udziału w pierwszym spotkaniu, jak również później, w trakcie procesu terapeutycznego, tak długo, jak będzie to potrzebne. W spotkaniach tych, wszyscy przedstawiciele znaczących tu zawodów – od pielęgniarki, psychiatry, opieki społecznej i innych istotnych władz, którzy mają kontakt z rodziną, są zapraszani do udziału i otwarcie dzielą się swymi myślami i opiniami o kryzysie, i o tym, co powinno zostać zrobione. Ci pracownicy powinni brać udział w spotkaniach tak długo, jak długo będzie potrzebna ich pomoc. Wszelkie dyskusje i decyzje terapeutyczne powinny być podejmowane otwarcie w obecności pacjenta i członków rodziny (...). 

Sama nazwa Otwarty Dialog została użyta po raz pierwszy w 1996 r. na określenie leczenia opartego na rodzinie i sieci społecznej, którego głównym celem było odnalezienie nowego zrozumienia poprzez dialog w czasie spotkań, w których od samego początku biorą udział wszystkie osoby zaangażowane w daną sytuację. Dialog ten ma miejsce na spotkaniach terapeutycznych, podczas których pacjent i główni uczestnicy omawiają kryzysową sytuację starając się zebrać informacje o problemie i na tej podstawie opracować plan leczenia, zaś wszelkie decyzje są podejmowane otwarcie na forum. Punktem wyjścia jest język stosowany przez pacjenta – terapeuci koncentrują się na słuchaniu oraz generowaniu dialogu tak, aby zapewnić uczestnikom poczucie bezpieczeństwa i normalizację sytuacji, zamiast skupiania się na zachowaniach regresywnych pacjenta. Tematy spotkań nie są z góry zaplanowane, zaś pytania zadawane przez zespół początkowo mają jak najbardziej otwarty charakter, aby zapewnić wszystkim uczestnikom możliwość wypowiedzenia się i bycia wysłuchanym”. 

Więcej o tym zagadnieniu mówi prof. J. Seikkula w rozmowie z Beatą Pawlikowską, link tutaj.

To tyle, gdy idzie o otwarty dialog i trialog, których zalążki wyczytałem we fragmencie powieści Virginii Woolf. Wspomniałem o nich nie po to, aby wyrazić, że Pani Dalloway jest pod tym względem jakoś odkrywcza, że wyprzedza swoją dekadę. Nie. Po prostu chcę wskazać w literaturze moment, który ma właściwość niejako terapeutyzującą i z którego wyprowadzić można wiedzę i wyposażyć w nią czytelnika XXI wieku. W tym szanownego Odbiorcę niniejszego bloga.


Doktor William Bradshaw, do którego przychodzą „ludzie zepchnięci na samo dno rozpaczy, ludzie na granicy obłędu, mężowie i żony”, pojawia się drugi raz w powieści. On i jego żona są gośćmi na przyjęciu Klarysy Dalloway. Jest on w jej mniemaniu „wielkim lekarzem”, „człowiekiem niezwykle utalentowanym”, „niezwykle rozsądnym”, kiedyś nawet „zaprowadziła do niego kogoś, kto szukał porady”. Jest też ALE. 

Z jej monologu wewnętrznego/strumienia świadomości dowiadujemy się też, że „ma w sobie coś nieuchwytnie złego, jest jakby bez płci, nie zna pożądań, w stosunku do kobiet niesłychanie uprzejmy, zdolny jednak do nieopisanego okrucieństwa – zdolny wedrzeć się przemocą w duszę ludzką”. Pani Dalloway wyraża dystans do doktora, jest w niej niepokój, strach, gdy o nim myśli. Ja z kolei myślę, że człowiek, który z jakichś powodów odczuwa niechęć, której nie potrafi wytłumaczyć – irracjonalną niechęć do autorytetów w dziedzinie psychicznej – jest tym, kto nosi w sobie symptomy kryzysu psychicznego. I jest też właścicielem niewiarygodnej empatii, pozwalającej odczuwać świat intensywniej. Właściwość ta powoduje, że taka osoba głęboko przeżywa śmierć drugiego człowieka (choćby nawet go nie znała), zwłaszcza śmierć nienaturalną, samobójczą. 

Całkowicie obcym dla Klarysy jest Septimus, ona nawet nie zna jego imienia! O tym, że odebrał sobie życie, dowiaduje się na własnym przyjęciu:

Jak Bradshawowie śmią mówić na przyjęciu u niej o śmierci? Młody mężczyzna odebrał sobie życie. A oni mówią o takiej rzeczy na przyjęciu… Bradshawowie mówią o śmierci. Odebrał sobie życie. Ale jak? Kiedy dowiadywała się nagle o jakimś wypadku, przeżywała zawsze to samo: suknia na niej płonęła, ciało spalało się. Wyskoczył oknem. Ziemia zbliża się jak oszalała, brutalnie, kalecząc ciało przebijają go szpikulce sztachet. Leży na ziemi i słyszy w mózgu łomot, łomot, łomot, a potem ogarnia go ciemność. Tak to sobie Klarysa wyobrażała (str. 217)

Wiedza o śmierci nieznajomego jest dla Klarysy doświadczeniem przejmującym i bolesnym. W odosobnieniu potrzebuje, że się tak wyrażę, przepracować ten fakt. Poddać go refleksji. Swoje myśli zorientować na zagadnienie śmierci. 

„Śmierć jest wyzwaniem. Śmierć jest próbą porozumienia się podejmowaną wtedy, kiedy ludzie zdają sobie sprawę z niemożności dotarcia do sedna, które – w sensie mistycznym – wciąż im umyka; w śmierci bliskość oddala się, zachwyt blednie, człowiek jest sam(str. 218) 


Kadr z film Mrs. Dalloway

To kolejny przykład, jak indywidualne życie jest splecione z innymi, jak sytuacje z przeszłości uobecniają się w teraźniejszości. Klarysa Dalloway i Septimus Warren Smith na poziomie interpretacyjnym stanowią jedność, pełnię, yin i yang. Ona kocha życie, on pragnie śmierci. Ona – otacza się kwiatami, ludźmi, pięknem i (dlatego?) organizuje przyjęcia. On – tkwi w mroku, a siebie spostrzega w perspektywie ja-cały świat. On i ona dostrzegają sens samotności i rozumieją go. I obydwoje obawiają się znawców ludzkich dusz. 

Właśnie ta obawa przed lekarzami, a mówiąc dokładniej: przed dr. Holmesem, jest przyczyną dramatycznej decyzji Septimusa. „Wyskoczył oknem”. Scena ta w powieści następuje szybko, jest zaskakująca (nie przytaczam jej). A nie powinna być zaskakująca, ponieważ Septimus znajduje się w procesie zachowań samobójczych, co widzimy, o czym wiemy od momentu, gdy pierwszy raz pojawia się w powieści. Czyn samobójczy poprzedzają próby; te poprzedzają plany, tendencje; te poprzedzają intencje, groźby; te zaczynają się od myśli (przelotnych albo utrwalonych). W taki sposób szklanka duszy systematycznie napełnia się wodą nieznośności życia. W końcu się przelewa. Następuje śmierć duszy. Ta nieznośność istnienia w przypadku ludzi podobnych do Septimusa wiąże się z rozpaczą, z brakiem pragnienia życia, z utratą nadziei.

Jak więc mogłaby wyglądać interwencja w momencie, gdy Septimus siada na parapecie, nogi zwiesza na zewnątrz, a do jego pokoju wchodzą niechciany dr Holmes i Lukrecja? Za pomocą jakich słów nakłonić go, aby wycofał się ze swoich zamiarów? Jak przeprowadzić tzw. interwencję kryzysową? To niemałe ćwiczenie dla wyobraźni. To emocjonalny dialog czytelnika z samym sobą… 

Panią Dalloway pierwszy raz przeczytałem w roku bodaj 2006. Ekscytowałem się tą powieścią nie z uwagi na formę czy treść; ta nudziła mnie. Ekscytowałem się, ponieważ związana była z życiem Virginii Woolf, a życie osób takich jak ona zawsze wzbudza wzruszenie i współczucie, nie pozostawia obojętnym. Jej twórczość obrosła mitem. Ach, jak wspaniale brzmiało to pierwsze, osławione – za sprawą filmu Godziny – zdanie powieści: „Pani Dalloway powiedziała, że sama kupi kwiaty”! Kogo nie zapytać o ulubione pierwsze zdanie, odpowiedź stanowiło tych 7 słów. Gdyby spytać o zdanie drugie i trzecie, odpowiedzią by było milczenie. „Lucy ma wyliczoną każdą minutę. Zdejmie się drzwi; przyjdą ludzie od Rumplemayera”. 

Gdy skupiam się na zdaniach, to jeszcze jedna myśl w tej sprawie. Gdyby ktoś zapytał mnie o zdanie najbardziej niezręczne, obciachowe, może grafomańskie, to podałbym to: „Och, nie, on nie lubi kapusty, powiedział Piotr, woli ludzi”. 

On nie lubi kapusty, woli ludzi. Virginia Woolf.

Dzisiaj, 18 lat później, inaczej czytam tę powieść i inaczej ją doświadczam. Wciąż nie uważam jej za jakąś wybitną; zdecydowanie wyżej cenię Do latarni morskiej. Ale też dzisiaj czegoś innego oczekuję od literatury. Nie czas i miejsce, aby o tym pisać. Natomiast myślę o wieku bohaterów. Septimus jest młody (jak pisałem, lat 30). Klarysa, jej mąż i jej bliskie otoczenie to ludzie w wieku lat 50+. Ten dojrzały wiek określony jest w kilku miejscach przymiotnikiem „stary”. Wyłania się więc kolejna – obok śmierci i życia, choroby i zdrowia – antyteza. 

Dobrze się czuję wśród dojrzałych bohaterów tej powieści. Dzieje się tak może dlatego, że czasami zastanawiam się, co może mnie czekać za kolejnych 10 lat. Jak poukładać w głowie wartości? Jak tłumaczyć sobie świat? Jak odnajdywać się w świecie złożonym z antytez? Na pewno słowa, które wypowiadam, czytając Panią Dalloway, leczą, mają potencjał kojący. W jakiś sposób pomagają oswajać się z zagadnieniem śmierci samobójczej. Z pewnością dialog z literaturą rozjaśnia wątpliwości. Rehabilituje fakty. Koi nieodległą przeszłość.


    Jeśli z jakichś powodów interesuje Cię, szanowny Czytelniku, temat samobójstwa i szukasz informacji, polecam stronę Życie warte jest rozmowy: https://zwjr.pl.

2.29.2024

„Panna Nikt” Tomka Tryzny, czyli podróż mentalna

 Powieść ta istniała w mojej świadomości od lat. Intrygował mnie tytuł – Panna Nikt. To dobry tytuł, tajemniczy, zachęcający. Tym chętniej po tę powieść sięgnąłem, bo ukazała się w 1994 r., czyli wtedy gdy – mając lat 10 – czytałem komiksy, a nie żadne książki; czyli w ostatniej dekadzie XX wieku, dekadzie szczególnej i dla mnie sentymentalnej. Głośno było o tej powieści. Krytycy i recenzenci toczyli spory, sam Czesław Miłosz poświęcił jej uwagę, nazywając ją w jednym ze swoich szkiców „pierwszą prawdziwie postmodernistyczną polską powieścią”. Miałem nosa do Panny Nikt, ponieważ odkryłem treści, które mnie interesują.


A opowiada ona o dojrzewaniu 15-letniej Marysi Kawczak, która przychodzi do nowej szkoły na ostatnie 2 miesiące nauki (klasa 8). Akcja rozgrywa się w Wałbrzychu pod koniec lat 80. XX w. 

I cóż tam się dzieje?

Marysia najpierw zaprzyjaźnia się z Kasią Bogdańską, potem z Ewą Bogdaj. Ta pierwsza jest dziewczyną o artystycznej duszy, zorientowaną filozoficznie i – że się tak wyrażę – mentalnie. 


Gdy schodziłyśmy z góry, Kasia opowiadała mi o tajemnicach ludzkiego umysłu. Mówiła, że świadomość człowieka to jakby kierowca ciężarówki z ogromną przyczepą, który nie wie, co znajduje się w tej przyczepie, ale nie może się zatrzymać i zajrzeć pod plandekę, więc musi jeździć po różnych okropnych wertepach i odgadywać po zachowaniach ciężarówki rodzaj ładunku, jego ciężar, i tak dalej. Więc trzeba ryzykować, a jednocześnie być bardzo ostrożnym, bo przecież w każdej chwili grozi nam katastrofa (Ks. I, rozdz. III).

- Jak to jest - mówię - że niektórzy ludzie są wariatami. 

- Są dwie szkoły - mówi Kasia. 

- Szkoły wariatów? - pytam, zdziwiona. Kasia śmieje się. 

- Nie. Chodzi o to, że niektórzy uważają, że jest to choroba o podłożu mechanicznym, a znów inni, że psychologicznym. Jak osobiście jestem za psychologią. 

- To znaczy, że co? 

- A to, że choroba psychiczna bierze się z myślenia, a nie ze zmian organicznych w mózgu (Ks. I, rozdz. III).

Kasia zmaga się z problemami psychicznymi, o czym później. Ukojenie przynosi jej komponowanie muzyki.

Druga dziewczyna – Ewa – pochodzi z bogatego domu, jeździ Yamahą, pije alkohol, po podstawówce planuje iść do liceum ogólnokształcącego. 

A Marysia to na razie Kopciuszek, nieopierzony kurczaczek. Troskliwie zajmuje się czworgiem swojego rodzeństwa, wspiera mamę i ojca górnika, który – gdy uzna, że trzeba – potrafi zbić ją pasem. Jest osobą religijną, chodzi do kościoła, spowiada się, modli. W Bogu znajduje ukojenie, a religijność jest dla niej wyznacznikiem moralności. Nie poddaje w wątpliwość porządku świata, jest podporządkowana woli dorosłych. 

Z tych 2 duetów – Marysia-Kasia, Marysia-Ewa – wyłania się obraz głównej bohaterki jako człowieka stającego się. Dziewczyna powoli zatraca swoją tożsamość i wyposaża się w tożsamość inną. Upodabnia się do przyjaciółek: ubiera się po cygańsku jak Kasia, stroi jak Ewa; pielęgnuje w sobie Pimpusia, podczas gdy Kasia – Dżigiego; raz jest Minką, raz Majką. Tę jej nową tożsamość mógłbym scharakteryzować jako szokującą, niemal obrazoburczą. Bo jak rozumieć plucie do kamiennej miseczki z wodą święconą, nazwanie swojej matki służącą albo wydanie rozkazu klęczenia przy śmierdzącym śmietniku? Kłamstwo w kontekście takich przemian wydaje się drobnym gestem, igraszką: „Trochę mi dziwnie, że tak mamusię okłamuję. Nigdy w życiu nie kłamałam, a teraz coraz częściej. Cóż, muszę kłamać, żeby być jak najwięcej z moją Kasią – mówi Marysia (Księga I, rozdz. III).

Tak, obserwujemy młodą dziewczynę, która zmienia się, kształtuje. Dziać się tak może w relacji z kimś, w konfrontacji z drugim człowiekiem. Kształt osoby rodzi się za pośrednictwem osób trzecich. 

A jednak tytuł powieści brzmi: Panna Nikt, więc zdaje się sugerować, że Marysia jest człowiekiem bez właściwości, nijakim, nic nieznaczącym. Tymi dwoma słowami charakteryzują ją Kasia i Ewa, ale czynią to w tonie lekceważącym, deprecjonującym, prześmiewczym. Lecz nawet nie do końca wiadomo, czy słowa te Marysia słyszy rzeczywiście, czy może są projekcją jej wyobrażeń (ekranizacja Andrzeja Wajdy nie pozostawia złudzeń: rzeczywistość empiryczna). Druga część powieści jest bowiem zaskakująca: Tryzna śmielej wprowadza wątki fantastyczne. Nie każdemu czytelnikowi fakt ten może się spodobać, niemniej czyni to powieść niejednoznaczną i niekoniecznie dedykowaną młodemu odbiorcy (pytanie, kto jest odbiorcą tej powieści, jest pytaniem zasadnym). Jeszcze mocniej niż dotychczas ujawnia się sfera oniryczna, świat śniony. 

Sen jest doświadczeniem psychodelicznym; psychodelicznym, czyli ujawniającym duszę. Z tych niekonkretnych, nieuchwytnych ujawniających zjawisk wyłaniają się pragnienia Marysi: pragnienie szczęścia i miłości. 

Wracam jednak do artystki Kasi, do Kasi mitomanki.

Ten, kto uruchamia zagadnienia związane z psychiką albo świadomie i śmiało żartuje z nich, czyni to nie bez powodu. Komunikuje bowiem w ten sposób ból życia wewnętrznego, ból duszy. Kasia – która „kiedyś powiedziała o sobie w żartach, że jest córką syreny i konika garbuska” czy która wyśmiewa się z miejscowej „wariatki”, powtarzającej „Pomoc drogowa? Pomoc gnojowa. Gnoja, gnoja” – wpisuje się w taki schemat. Kasia potrafi być agresywna (np. w czasie rozmowy z wychowawczynią), doświadcza wybuchów śmiechu albo napadów, które podobne są do epilepsji. Jakieś poszlaki prowadzą na terytorium schizofrenii albo – jeszcze bardziej – zaburzeń osobowości. Stąd ekscentryczny sposób ubierania się. Stąd głębokie pragnienie osiągnięcia poziomu mistrzowskiego na płaszczyźnie artystycznej i wiara w swój talent kompozytorski. A przede wszystkim jej głos wewnętrzny.


Wtedy wymyśliła sobie takiego małego chłopczyka. Nazwała go Dżigi i bawiła się z nim, a jak coś spsociła, to zawsze zwalała na niego. Później poszła do szkoły i zapomniała o nim. Zaczęła też grać na fortepianie w szkole muzycznej i okazało się, że jest cudownym dzieckiem. Gdy miała dziewięć lat, skomponowała swój pierwszy utwór, wszyscy się nim zachwycali. Mijały lata. Kasia coraz lepiej grała, komponowała coraz to lepsze utwory. Aż postanowiła, że zostanie największym kompozytorem w całej historii muzyki. I właśnie wtedy zaczęły się kłopoty. Siadała do fortepianu i czuła się pusta, nic jej nie przychodziło do głowy. Trwało to tygodniami i miesiącami. Zbrzydziła się fortepianem i muzyką, rzuciła szkołę muzyczną, była strasznie załamana .

(...)

Któregoś dnia, to było gdzieś tak dwa lata temu, miała sen. Przyśnił się jej śmieszny, bardzo brzydki chłopak o wielkich uszach. Powiedział, że ma na imię Dżigi i że to on był autorem wszystkich jej kompozycji i, jeśli ona chce, by komponował dla niej dalej, to musi wystarać się dla niego o sprzęt elektroniczny, bo fortepian to mu się dawno znudził. Kasia wyśmiała go w tym śnie i wygoniła za drzwi, ale, gdy obudziła się rano, napisała do tatusia długi list i już wkrótce dostała nowiutki syntezator i pieniądze na resztę potrzebnego sprzętu. 

I znów zaczęła komponować, i wychodziło jej to coraz lepiej. Ale też coraz częściej miała wrażenie, że nie jest sama w swoim ciele, że ktoś w niej siedzi i pomaga jej grać. Wtedy zrozumiała, że to Dżigi daje znać o sobie. Na początku był miły i bardzo go lubiła. Toczyła z nim w wyobraźni długie dyskusje o muzyce i o życiu, a także, dzięki niemu, potrafiła nawet przenikać cudze myśli. Nagle zaczął żądać od niej różnych dziwnych rzeczy. 

Pewnego razu rozkazał jej, że musi od tej chwili ubierać się jak Cyganka. A ona zawsze chodziła ubrana sportowo, w bawełnianych koszulkach i w dżinsach, i najbardziej ze wszystkiego brzydziła się Cygankami i ich kolorowymi szmatami. Więc nie posłuchała tego rozkazu, ale też natychmiast, od tego dnia, przestała mieć pomysły muzyczne. Siadała do syntezatora i grała jakieś swoje stare kawałki. No to poszła w końcu do krawcowej, zamówiła w miarę gustowny strój w stylu cygańskim, ubrała się tak, siadła do syntezatora... i nic. Usłyszała tylko chichot Dżigiego i jego słowa: nie ma Cyganki, nie ma muzyki, jest Cyganka, jest muzyka

Wtedy zrozumiała, że nie można go oszukać. Pojechała ze znajomym mamusi do taboru cygańskiego i kupiła od Cyganek całą kupę szmat z jedwabiu i kretonu w najohydniejsze wzorki na świecie. W domu je wyprała, obwiesiła się nimi jak choinka i w ciągu godziny skomponowała swoją najpiękniejszą suitę, którą Dżigi nazwał Cygańską księżniczką. Oznajmił jej także, że musi chodzić tak ubrana do końca życia” (Księga I, rozdz. III). 

Czy powieściowa Kasia jest wystarczająco utalentowana i będzie miała tyle szczęścia, aby osiągnąć w życiu sukces? Wybić się na polu muzycznym? Stać się, jak pragnie, największym kompozytorem w całej historii muzyki? Trudno na to pytanie odpowiedzieć, nigdy bowiem nie poznamy pełnej treści listu krytyka muzycznego z opinią o jej kompozycji. Osobiście skłaniam się ku odpowiedzi negatywnej, choć życzę jej jak najlepiej…. Wzrusza mnie ta bohaterka. Wzrusza mnie młody człowiek, którego toczy robak choroby psychicznej. 

Za sprawą narracji pierwszoosobowej, która ma oddać sposób myślenia 15-letniej Marysi, wzruszam się także. Wzruszam się, ponieważ język jej jest (zwłaszcza w Księdze I) językiem szczerym, uczciwym, prostym i przejmującym. I zastanawiam się, jaki będzie mój odbiór tej powieści za, powiedzmy, 20 lat? Czy poruszy mnie i wniesie nowe piękno tak, jak dzieje się to dzisiaj, w lutym 2024 roku? Za te 2 dekady będę człowiekiem innym, wyposażonym w kolejną wiedzę życiową, czytelniczą, mentalną. Mój stosunek do Andrzeja Wajdy, o którym wspomniałem w jednym z nawiasów, uległ radykalnej zmianie, gdy odkryłem, że urodził się w mieście, w którym urodziłem się ja, w Suwałkach! Jakże połechtał mnie fakt, że jego dom, tj. blok na terenie koszar przy ul. Wojska Polskiego 27, znajduje się jakieś 4 minuty piechotą od mojego domu rodzinnego. W latach 90. XX wieku, gdy recenzenci toczyli spory o Pannę Nikt, a widzowie szli do kin na ekranizację powieści Tryzny, nie miałem o tym pojęcia. Cóż mnie jakiś Wajda interesował? Dzisiaj inaczej patrzę na jego twórczość. 

Dzisiaj też niesłychanie podniecił mnie fakt, że muzykę do filmu zrobił Andrzej Korzyński, o którym – wydawało mi się – nie wiedziałem nic. Tymczasem człowiek ma na koncie wiekopomne dokonania. Zrobił muzykę m.in. do Akademii pana Kleksa z 1983 r., wymyślił Franka Kimono, skomponował arcypopularny singiel Mydełko Fa! Jednak wiem coś!

Soundtrack Korzyńskiego jest kapitalny! Fantastycznie oddaje urodę Panny Nikt i świetnie się go słucha! Dostępny jest tutaj.

Jakie są Wasze, jeśliście czytali, wrażenia z lektury pierwszej prawdziwie postmodernistycznej polskiej powieści? Albo z filmu, jeśliście oglądali? Albo – kto był w… Suwałkach?


2.03.2024

„Przemija postać świata” Hanny Malewskiej. Jakie piękne barbarzyństwo!

    Gdyby poszukać w sieci jakichś opracowań powieści Hanny Malewskiej Przemija postać świata (1954), nie znajdzie się ich wiele. A jest to powieść wielka i wspaniała, takoż wielce zapomniana czy raczej nieznana. Zupełnie niesłusznie i krzywdząco. Nie bez powodu od lat stoi w mojej biblioteczce i czeka na moment, gdy godny się stanę, by ją przeczytać. Doczekaliśmy się!



    Przemija postać świata przedstawia blisko dziewięćdziesięcioletni okres historii Italii (493-580), obejmujący koniec istnienia Imperium Rzymskiego i narodziny średniowiecza. Hanna Malewska odtwarza te czasy, zaczynając od momentu, kiedy Odoaker, germański przywódca, zostaje zamordowany przez Teodoryka, króla Ostrogotów. W narracji obserwujemy, jak zmiany w elicie władzy pociągają za sobą zmiany w życiu zwykłych ludzi – Goci wypierają Rugiów oraz Herulów i przejmują kontrolę nad terytorium, stając się nowymi władcami. Autorka ukazuje te wydarzenia z perspektywy pospolitych mieszkańców, którzy zmuszeni są dostosować się do kultury i prawa zdominowanego regionu, czyli przyjąć zromanizowany sposób życia. Przestają więc być częścią własnej historii.

    Nie tylko wątek historyczno-polityczno-wojenny jest treścią książki (sceny batalistyczne spod pióra pisarki są mistrzowskie!). Śledzimy sprawy ludzkie, gdzie na pierwszy plan wysuwają się dzieje nieudanego (zaaranżowanego przez Aureliusza Kasjodora) małżeństwa Gota Wizanda i Rzymianki Romuli, potem ich córki Ingundy. Zostanie ona osierocona przez matkę, a ojca pozna tylko z opowieści Kasjodora. Gdy podrośnie, zwróci się ku gockości, poślubi wodza Aligerna i wraz z nim opuści Italię, udając się na północ, za Alpy.

    Jest jeszcze drugi wątek miłosny: miłość wodza bizantyjskiego Belizariusza i Antoniny. Jest w końcu wątek religijny, w którym na plan pierwszy wysuwa się Benedykt z Nursji, założyciel zakonu Benedyktynów na Monte Cassino.

    Przemija postać świata nie jest łatwa w odbiorze. Wymaga cierpliwości, skupienia i przede wszystkim kompetencji czytelniczych. Ale po co i dokąd spieszyć się w trakcie lektury? Pozwólmy sobie zanurzyć się w piękną polszczyznę, którą ta powieść jest napisana; polszczyznę, gdzie barbarzyństwo przedstawiono w sposób… malowniczy, subtelny. Tutaj ból jest piękny, cierpienie malarskie. Tutaj środki wyrazu artystycznego nie są tak sugestywne i brutalne jak np. u Sienkiewicza albo Sapkowskiego (czy u Mika Waltariego – bom niedawno przeczytał Egipcjanina Sinuhe, którego także serdecznie polecam). Luźna kompozycja powieści z lukami i przemilczeniami, mowa pozornie zależna, monolog wewnętrzny – wszystko to i wiele więcej powoduje, że prozą tą delektowałem się. 

    Ta delektacja była doświadczeniem estetycznym, to już samo w sobie ma walor terapeutyczny. Ale powieść również uwrażliwia na Piękno; na Piękno zdegradowane. W rozdziale 1. tomu II (powieść składa się z 2 tomów: Pokój, Wojna) znajduje się epizod, którego lektura wręcz boli, a który przytaczam poniżej. Oto broniące Grobowca Hadriana oddziały zrzucają na barbarzyńskich Gotów arcydzieła antycznej rzeźby:


.
    Na miły Bóg, myślę sobie, nigdy wcześniej nie spotkałem się z barbarzyństwem tego typu! Niszczenie dzieł greckich, dzieł mistrzów Złotego Wieku! Myślę, że gdyby powieść H. Malewskiej znana była powszechnie, to rzeczony fragment byłby w polskiej literaturze kultowy!

    Natomiast w rozdz. VI tego samego tomu dostajemy jakże smutny obraz opuszczonego, splądrowanego Rzymu. Koty i wieprze potęgują wrażenie:



    Powyższe fragmenty są dramatyczne, a ja przekraczam granice czasu. Buduje się we mnie i wzmacnia poczucie więzi z historią i dziedzictwem cywilizacji łacińskiej. Taka perspektywa może być – i chyba jest – terapeutyczna, gdyż przypomina o Pięknie, które stworzyła Europa. O Pięknie, które ulega aktom barbarzyńskim. Począwszy od tomu II tak się dzieje cały czas. Bo przecież subtelna opowieść H. Malewskiej to nieustanny napływ na Półwysep Apeniński kolejnych ludów, ciąg wyniszczających, następujących jedna po drugiej bitew i panowania kolejnych wodzów zastępujących kolejnych. Nawet gdy po wojnie z Narsesem resztki Gotów wycofują się z Półwyspu Apenińskiego, to Italia ponownie oczekuje najeźdźców, tym razem barbarzyńskich Longobardów. Stanie się ona „znowu jak człowiek rozpięty na torturach, który nie może ani żyć, ani umrzeć”.

    W tym czasie (Epilog - „Ortografia”) – Kasjodor ma 93 lata – w założonym przez siebie klasztorze Vivarium, a klasztor ten funkcjonuje jako skryptorium, ów „brat świecki”, ów „ostatni Rzymianin” wraz ze swoimi skrybami przepisuje dzieła historyków i filozofów, m.in. Pocieszenie filozofii Boecjusza; on sam zaś pracuje nad Ortografią. Przedstawiona jest jego, ich heroiczna praca, służąca ochronie kulturowego dziedzictwa Romy, intelektualnego dorobku człowieka. To promyk nadziei w świecie zdegradowanym. 

    Przemija postać świata kończy się słowami:



    Dawno nie myślałem o tym, jak to się dokładnie stało, że dzieła myślicieli starożytnych przetrwały do naszych czasów, a przynajmniej do czasów Gutenberga. Za sprawą H. Malewskiej klapki się otwierają. To zasługa dziesiątek, setek, tysięcy imiennych i bezimiennych skrybów, którzy poświęcili całe lata i żywota swoje, by przez wieki przepisywać papirusowe itp. zwoje. Ludziom tym zawdzięczamy, że człowiek może się rozwijać, nauka pogłębiać, myśl ludzka doskonalić. Myślę więc, że Przemija postać świata jest niejako hołdem złożonym tym małym, nieznanym ludkom, które wykonywały swoją żmudną pracę, byśmy dzisiaj mogli poznawać Mądrość tych, którzy budowali cywilizację europejską. 

    Dziś weźcie nowe zwoje, bracia. Zaczynamy od początku” – powiada Kasjodor. W tych słowach, i w ogóle w zakończeniu powieści, wyczytuję pocieszenie, zachętę do aktywnego życia poprzez niekończącą się pracę nad kulturą, obietnicę odnowy i możliwość reaktywowania świata, który przeminął. Znajduję wartość pisania, którego celem jest zachowanie i przekazanie wiedzy. Tak, to bardzo pocieszające. I w końcu cieszy mnie, że podobną rolę pełni post, który już się kończy. Bo utrwaliłem w nim nazwisko Hanny Malewskiej (1911-1983) i jej wielkie, intelektualne dzieło Przemija postać świata.