10.12.2025

„Zew mężobójcy” Jamesa Jonesa, czyli o męskości mężczyzny

 James Jones (1921–1977) to mój mistrz języka. Wzorzec, który pokazuje, jak można myśleć o pisaniu i jak można pisać. Jak posługiwać się językiem z rozmachem, precyzją, czuciem. To autor wielkich tematów i poważnych spraw – sięgający po istotne kwestie egzystencji, relacji, wojny, męskości. Te deklaracje opieram zaledwie na dwóch przeczytanych powieściach, a fakt, że przede mną np. Długi tydzień w Parkman, działa na mnie jak gorączka czy wewnętrzne drżenie; naprawdę mnie rozpala. Na razie jednak Zew mężobójcy (1967) – książka, która zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Nie mogłem, po prostu nie mogłem nie poświęcić kilku godzin pracy nad blogowym szkicem na jej temat. A będzie o mężczyznach. O słabościach i przymusach. O odwadze i ucieczce. O życiu.

Najpierw jednak kilka słów o tym, o kim i o czym opowiada ta powieść. Zew mężobójcy to historia Rona Granta, uznanego amerykańskiego dramaturga (ekranizacja jego Pieśni Israfaela zdobyła pięć Oscarów), który podczas pobytu na Jamajce w gronie artystycznej elity angażuje się w nurkowanie głębinowe. Nie tylko podziwia rafy koralowe, ale także poluje na ryby i rekiny. To jego sposób radzenia sobie z emocjonalnym zamętem.

Ron, 36-latek, związany jest z 53-letnią Carol Abernathy, a zakochany w 27-letniej Lucky Videndi, z którą weźmie ślub. Od tego momentu pojawią się problemy: napięcia, niezrozumienie, podejrzenia o zdradę.

Wszystko to rozpisane na 623 stronach (Wydawnictwo Książnica, Katowice 1995, przeł. Andrzej Ziembicki) – w języku mistrzowskim, pełnym pięknych, niebanalnych opisów i niezapomnianych scen.

Zapadł mi w pamięć obraz Granta, siedzącego na podmorskim, skalnym grzybie i marzącego o masturbacji.

Zapadł mi w pamięć opis intymnej czynności męskiej: „Grant poczuł na plecach lekki dreszcz. Stwierdził również, że kryształki soli wbite w tkaninę slipów drażnią jego krocze i czubek siusiaka. Ukradkiem wsunął rękę w przemiękłe z tyłu spodnie, podrapał się i dokonał szybkiego przegrupowania klejnotów”.

Który mężczyzna nigdy nie przegrupowywał klejnotów? Nawet Al Bundy zna ten samczy, absolutnie męski gest. Samczy. O samczości będzie jeszcze mowa.

Albo – kapitalny fragment o wydobywaniu przez płetwonurków martwych ciał z zatopionego samochodu: „duszyczki unoszonej w śmietankowe niebiosa” [304] – śmietankowe, bo rzeka mętna.

I te majtki, które zsunęły się z utopionej… 

Dedykacja rzuca światło na pewien kierunek interpretacyjny. W tę wielką historię wpisuje się bowiem trójkąt miłosny: Ron-Carol-Lucky. 

Carol Abernathy (która zresztą ma męża) to dojrzała, choć rozhisteryzowana, kobieta, dająca poczucie bezpieczeństwa, ale w zamian oczekująca całkowitego podporządkowania. Ron jest jej, powiedzmy to wprost, utrzymankiem. Przynajmniej początkowo. A czemu tak się dzieje? „Ze strachu przed samotnością (...) tego rodzaju, przejmującej kosmicznym chłodem (...) wolał szukać schronienia w owej odrobinie miłości, która jeśli nawet go nie rozgrzewała, to przynajmniej nie pozwalała zamarznąć” [58]. A także dlatego że „chciał zostać niewolnikiem jakiejś kobiety, robakiem pełzającym u jej stóp, istotą godną wzgardy i traktowaną pogardliwie…” [234].

Tego rodzaju samoponiżenie nie jest tylko erotyczną fantazją. To sposób egzystencjalnego wycofania się z odpowiedzialności i dorosłości, ucieczka w rolę podporządkowanego, który przestaje być za siebie odpowiedzialny. 

Jednak w swoich rozważaniach nie pójdę śladem dedykacji i nie wybiorę wielkomiłosnego kierunku interpretacyjnego. Interesują mnie inne zagadnienia, którym poświęcona została ta wielka powieść Jamesa Jonesa: jak rozumieć męskość? Co to znaczy być mężczyzną? Skąd w mężczyźnie potrzeba zachowań ryzykownych? Dlaczego ci mężczyźni – najczęściej żonaci – oddają się tak niebezpiecznej aktywności? Przecież wpisane w nią jest realne ryzyko utraty zdrowia, a nawet życia.

Skąd ta potrzeba adrenaliny, doświadczeń balansujących na granicy?

Nurkowanie głębinowe to sport drogi, elitarny. Widzimy przecież bohaterów osadzonych w kręgu tzw. śmietanki towarzyskiej: pisarze, krytycy (z magazynu „Time”), aktorzy, hrabiny, modelki, właściciele hoteli, psychoanalitycy. Mężczyźni zamożni, uprzywilejowani, świadomi swojej pozycji – a jednak stale szukający przekroczenia granicy komfortu i bezpieczeństwa. Dlaczego?

Zauważyłem przy tym inne, powiązane zagadnienie: nieustanne alkoholizowanie się. Bohaterowie niemal bez przerwy piją – na łodzi, w hotelu, w restauracji, przed nurkowaniem, po nurkowaniu, przed snem.

Alkohol staje się środkiem regulującym napięcia – zarówno egzystencjalne, jak i emocjonalne. A także katalizatorem skrajnych myśli. Wyzwala w człowieku myślenie radykalne, impulsywne, intensyfikujące lęki i obsesje. Jak w poniższym fragmencie: „Kiedy [Ron Grant] tak siedział ciągnąc terapeutyczną whisky, przez jego mózg, przez niego całego, przemykały najrozmaitsze przerażające myśli. Myśli o przemocy, strachu, zabijaniu, o kretynizmie i duchowej kastracji zmieszały się do tego stopnia, że nie sposób je było od siebie oddzielić, bo zmieszały się niczym składniki jakiegoś piekielnego gulaszu. Rozogniona, zwierzęca zazdrość sprawiała mu taki ból, że byłby gotów wyć. Ale nie miał zamiaru wyć. A wszystkie na poły skonkretyzowane i tylko w połowie poddane analizie masochistyczne fantazje eksplodowały i zniknęły w łunie realnej możliwości. Byłby gotów zabić. Nie, oczywiście, że by jej nie zabił. W końcu, dostatecznie pijany, wrócił do sypialni. Przez chwilę spoglądał na Lucky, uśpioną w swoim łóżku zsuniętym z jego łóżkiem, patrzył na jej rozsypane na poduszce szampańskopłowe włosy. Była tak piękna [536].


Cztery refleksje o tym, dlaczego mężczyzna podejmuje zachowania ryzykowne

Wracam do pytania, ponawiam je z uporem i ukonkretniam je: skąd w mężczyźnie potrzeba zejścia pod wodę i uśmiercenia rekina? Z tej obszernej powieści wyłowiłem kilka możliwych odpowiedzi.

Oto pierwsza refleksja związana z postacią Ala Bonhama – właściciela sklepu ze sprzętem do nurkowania i mentora Granta: 

I refleksja:

Dzisiejszego popołudnia [Bonham] miał prawdziwą ochotę na wyskok w morze i uśmiercenie rekina. Ilekroć zbierało mu się na rozważania o własnej nieuchronnej śmierci – które towarzyszyły mu nieraz całymi dniami – mógł jedynie, żeby się od nich oderwać, postawić Alego u steru, popłynąć nad „Rekinią Metę”, gdzie zawsze można było liczyć na jedną czy dwie sztuki, gwałtownie zejść na dno z bagażem swej wściekłości i strachu, następnie zaś ukatrupić śmiercionośnym strzałem w łeb dwumetrowego rekina błękitnego, tygrysiego albo młota. Nawet kiedy strzał w łeb mu nie wychodził i trzeba było odcinać linkę łączącą go z harpunem, miał uciechę jak cholera. (...) Te numery jednak oczyszczały człowieka, podkręcały, wyzwalały od wszystkiego, co złe, w ogóle od wszystkiego. Bonham przychodził po nich do siebie. Nie musiał się obawiać, czy w razie czego mu stanie” [134].

W tym fragmencie nurkowanie zyskuje wymiar symboliczny i terapeutyczny. Bonham – zmagający się z lękiem przed śmiercią i życiowym wypaleniem – odnajduje chwilowe ukojenie w ekstremalnym doświadczeniu. Nie chodzi tylko o sport, o „rekreację”, chodzi o akt oczyszczenia. Zanurzenie w głębinie jest równoznaczne z konfrontacją z własnym strachem, a uśmiercenie rekina – z próbą ujarzmienia chaosu wewnętrznego.

I w tym cytacie, i w całej powieści Jonesa czuć pierwotną prawdę: męskość rodzi się często w opozycji do lęku. Tam, gdzie jest strach, musi pojawić się działanie. Tam, gdzie jest bezradność, musi pojawić się impuls. W przeciwnym razie – człowiek zamiera.

II refleksja:

Dlaczego zatem nie jest [Grant] uszczęśliwiony? (...) Przybył tu w poszukiwaniu rzeczywistości. Rzeczywistości mężczyzny. Rzeczywistości męstwa. Czego jeszcze? Któż może wiedzieć? Ucieczki przed świadomością, iż życie jest zbyt łatwe. Czuł w każdym razie, iż rzeczywistość ulotniła się z jego życia, z jego pracy – i to dawno temu. Rzeczywistość – za której utratę przynajmniej częściowo odpowiedzialność ponosi Carol Abernathy ze swoim osobliwym nawykiem dominowania, ze swoim kompleksem kwoki”.

Cytat ten zawiera w sobie kilka tropów: ucieczkę przed łatwością życia, tęsknotę za „męską rzeczywistością”, frustrację wynikającą z relacji z kobietą dominującą.

Ron Grant szuka czegoś realnego – takiego doświadczenia, które dałoby mu poczucie kontaktu z własnym istnieniem. W jego świecie sukces zawodowy, wygoda materialna i bezpieczeństwo emocjonalne nie przynoszą spełnienia, a wręcz przeciwnie – wywołują frustrację. Właśnie dlatego decyduje się na coś, co wykracza poza wygodne życie: nurkowanie, ryzyko, stawianie się w sytuacjach granicznych.

Ta „rzeczywistość męstwa”, której Ron szuka, to nie tylko fizyczna odwaga. To kontakt z pierwotną siłą: konfrontacja z lękiem, naturą, śmiercią. To także ucieczka przed życiem podporządkowanym silniejszej partnerce – relacji, w której został zredukowany do roli biernego, kontrolowanego obiektu.

Uderza w tym fragmencie przekonanie bohatera, że łatwe życie to nieprawdziwe życie. Że komfort – choć pożądany – rozmywa egzystencjalny kontur rzeczywistości. Dlatego wybiera drogę, która rani, ale daje sens.

III refleksja

Przez całe życie był tchórzem. I właśnie z tego powodu przez całe życie zmuszał się do czynienia rzeczy, które miały dowieść, że nie jest aż takim tchórzem, jakim – co doskonale wiedział – w istocie był. Absurdalna strategia. Nigdy z niej nic nie wynikało. No więc powtarzał te numery dzień po dniu.

Duma? Tak. Był dumny. Ale nie odważny. Nie zuchwały. Tak wyglądało jego życie dzień po dniu, przez całą wojnę. Czy potrafiłaby sobie wyobrazić takie życie dzień po dniu, przez cztery i pół roku, nieustannie, wyjąwszy dwie albo trzy okazje, kiedy zakipiała w nim krew – mówiąc o rekinach naukowcy używali terminu „odruch żerowania stadnego”, gdy jednak odnosili się do ludzi, nazywali rzecz „heroizmem” – czy więc potrafiłaby to sobie wyobrazić? Jedni ludzie byli odważni, drudzy po prostu nie byli. Należał do tych, którzy nie byli. I musiał się o tym przekonać. Jakoś, jeśli to było możliwe, musiał się o tym przekonać” [299].

Kapitalny fragment! Ron nie jest herosem – i doskonale o tym wie. Całe jego życie to próba zagłuszenia tej świadomości. Ryzyko, jakie podejmuje, nie jest wynikiem odwagi, lecz kompensacji lęku. On zmusza się do niebezpiecznych działań, by zbudować przed samym sobą narrację, że „jednak potrafi”. Człowiek bojący się własnej słabości prowokuje sytuacje graniczne, by sprawdzić, czy potrafi je przekroczyć.

Jones demaskuje więc romantyczny mit odwagi: nie każdy czyn ryzykowny jest wyrazem bohaterstwa. Często to tylko nerwowy gest człowieka, który próbuje uciszyć wewnętrzny głos mówiący: „Jesteś tchórzem”. Ron należy do tych, którzy nie są odważni — i nurkowanie, polowania na rekiny czy inne ekstremalne doświadczenia są dla niego desperacką próbą uzyskania dowodu odwrotnego.

To nie heroizm, lecz życie w nieustannym napięciu między dumą a strachem.

IV refleksja:

Przynajmniej milion razy Grant zadał sobie pytanie, dlaczego, do stu diabłów, to robi, skoro wcale nie musi. Przychodziła mu do głowy tylko jedna odpowiedź: po to, aby później, z łechcącą ego dumą, móc opowiadać, że to zrobił. Chełpić się przed bliźnimi, że to zrobił” [421].

Odnajduję tu najbardziej gorzki i przyziemny motyw podejmowania ryzyka: próżność. Grant nurkuje, poluje, naraża się nie po to, by odnaleźć prawdę o sobie, nie po to, by przekroczyć własny lęk – lecz by mieć historię do opowiedzenia. Taką, która nada mu splendor, wzbudzi podziw, uczyni z niego bohatera we własnych (i cudzych) oczach.

Gdybym więc miał krótko, króciutko podsumować cztery powyższe cytaty, to powiedziałbym tak: nie tylko strach, nie tylko ucieczka, nie tylko tęsknota za prawdziwością – ale także ego i potrzeba zachwytu innych pchają bohatera w głąb morza. I w głąb samego siebie.


Samczość, samczość, wszystko samcze

Gdy byłem uczniem podstawówki, później liceum, a potem studentem, przerażała mnie myśl o byciu w grupie złożonej wyłącznie z mężczyzn. Nieważne, czy chodziło o lekcje wychowania fizycznego, służbę wojskową, pracę na budowie, czy wyobrażony obóz koncentracyjny dla homoseksualistów – sam męski kolektyw budził we mnie lęk, opór, wstręt. Odpychała mnie wizja spoconych ciał, woni przepoconych skarpet i pach, agresywnej atmosfery pozbawionej cienia łagodności. Brak wrażliwości, empatii, subtelności – tego właśnie obawiałem się w przestrzeni czysto męskiej. Społeczność złożona wyłącznie z facetów wydawała mi się brutalna i całkowicie obca moim potrzebom, mojej osobowości.

Tymczasem w Zewie mężobójcy odnajduję postać, która zdaje się ucieleśniać wszystko to, co mnie niegdyś odrzucało i przerażało – samca stuprocentowego, brutalnego, zuchwałego, fizycznego. Złodziejaszka albo kleptomana. Co ciekawe – Polaka! Frankie Orloffski, bo tak się nazywa, to właściciel sklepu ze sprzętem sportowym i nurkowym w Cape May. To właśnie z jego udziałem rozgrywa się jedna z końcowych scen powieści – mordobicie, co rozbawiło mnie… obficie. (Nawiasem mówiąc, James Jones także w Stąd do wieczności powołuje do życia polskiego bohatera, z tym że epizodycznego – a jest on sądzony przez sąd wojskowy za pederastię).

W kontekście tego bohatera pojawia się taki oto fragment:

Co to było? Orientacja nie tyle promęska, co antykobieca. A może jednak raczej promęska. Superpromęska. Superhiperpromęska. Ale nie homoseksualna. Czy też: zazwyczaj nie homoseksualna. Wręcz przeciwnie, faceci tego typu zwykle nienawidzili homoseksualizmu z pasją wręcz zatrważającą. Ale męska. Męsko-męska. Sprzymierzenie samców przeciwko światu. Ramię przy ramieniu. Żołnierz przy żołnierzu. Samczość, samczość, samczość. Wszystko samcze. Wszędzie samczość. Może ta orientacja stawała się antykobieca tylko wtedy, kiedy kobiecość dokonywała zamachu na samczość? Orloffskiemu aż ciekło z pyska to przekonanie” [272].

No powiedzcie sami, czy ten Jones nie jest wnikliwym obserwatorem? W niezwykle intensywny, podszyty ironią i celowo przerysowany sposób opisuje pewien archetyp męskości – hipermęskiej, zrytualizowanej wspólnoty samców, funkcjonującej niemal jak sekta. Uważam, że trafnie pokazuje, że za tą postawą kryje się nie tylko potrzeba przynależności, ale i lęk – zwłaszcza lęk przed przekroczeniem granicy między bliskością a pożądaniem. Dlatego też mężczyźni reprezentujący ten model reagują furią i odrazą na homoseksualność, ponieważ ta kwestionuje porządek ich świata. Ta superhiperpromęskość stanowi jedną z odpowiedzi na pytanie o to, dlaczego mężczyźni potrzebują potwierdzania swojej tożsamości w działaniu, walce, rywalizacji. 


Świat krąży wokół fiuta

Fragmentów w tej wielkiej amerykańskiej powieści, które zasługują na uwagę, jest rzecz jasna o wiele, wiele więcej. W końcowej rozmowie Rona z Lucky pojawia się znakomita refleksja podsumowująca sposób postrzegania męskości. Mowa tam między innymi o podglądaniu sikających ojców, o ich fajfusach, o facetach, którzy nigdy naprawdę nie dorastają. Bo – powiedzmy to wprost – świat męski krąży wokół kutasów, fiutów, siusiaków, klejnotów. Bogactwo synonimów, jakie serwuje tłumaczenie Andrzeja Ziembickiego, po prostu zachwyca. Polszczyzna okazuje się tu językiem przebogatym – także, a może zwłaszcza, w sferze erotyczno-cielesnej. I to jest piękne. Piękna jest polszczyzna, kiedy pozwala autorowi i tłumaczowi iść śmiało za językiem bohaterów, za ich wstydem, żartem, dumą, wulgaryzmem.

Tę myśl o „fiutkach” – o zabawie chłopców w dorosłych mężczyzn – formułuje Ron Grant, uznany amerykański dramaturg, autor zekranizowanej Pieśni Israfaela, która zdobyła pięć Oscarów. Nie będę jej cytował, choć ją spisałem i umieściłem w folderze z wielkimi cytatami.

Wielkimi cytatami. Wielkimi. Skoro mowa o czymś wielkim, pozwolę sobie zakończyć ten esej krótkim wyliczeniem wielkich tematów, jakie podejmuje James Jones w Zewie mężobójcy: męskość i tożsamość, obsesja i konfrontacja z żywiołem, wolność kontra uzależnienie, natura jako tło i test człowieczeństwa. I nie miałem nawet okazji rozpisać się o tytule, który w oryginale brzmi: Go to the Widow‑Maker. Tytuł wdzięczny, dający do myślenia – ale zostawię go na inną okazję. Czas dobić do brzegu. Ten tekst i tak już się rozrasta. I dobrze. W końcu opowiada o rzeczach poważnych, męskich, czyli fascynujących.

10.11.2025

„Most na rzece Kwai” Pierre’a Boulle’a, czyli Sokrates, Rambo i politpoprawni interpretatorzy

 Ach, cóż to była za wciągająca lektura! Czytałem i po prostu nie mogłem się oderwać. To znaczy – odrywałem się co kilka chwil, ale tylko po to, by zanotować myśl, zapisać zdanie, uchwycić skojarzenie. Nie chciałem, by mi umknęły, by poniósł je delikatny, ciepły wiatr znad Morza Śródziemnego, które leniwie lizało brzegi Mahdii w Tunezji, gdzie spędzałem urlop. Tam bowiem czytałem tę powieść o ludzkiej determinacji, honorze i wspaniałości cywilizacji zachodniej.

O tej powieści wojennej słyszałem już dawno, a teraz – krążąc między regałami Biblioteki Śląskiej w Katowicach – natrafiłem na jej nowe wydanie (ArtRage, 2025), w twardej oprawie i z papierową obwolutą zaprojektowaną przez Łukasza Piskorka. Przekładu dokonał Jacek Giszczak. Celowo wyróżniam to nazwisko, ponieważ w dalszej części eseju przyjdzie mi z ów tłumaczem wdać się w małą polemikę na gruncie ideologicznym. Spotkamy również Johna Rambo, tego samego, którego zagrał Sylvester Stallone (książek Davida Morrella, twórcy postaci, nie czytałem). Bodaj dwa razy rozbłyśnie światło Williama Faulknera, odsłaniając moją osobistą, literacką tajemnicę. A nawet coś zanucę! Więc tyle atrakcji czeka Cię, Czytelniku, w tym tekście!

W 1957 r. powstał film w reżyserii Davida Leana (nagrodzony 7 Oscarami), choć nie stanowi on wiernej ekranizacji książki Pierre’a Boulle’a. Za to właśnie z tej produkcji pochodzi słynna, gwizdana melodia. Posłuchajcie, zanucę:

🎶 Fiuu fiuu! 🥁 Fiuu fiu 🥁 fiu fiu fiu 🥁 fiuuuu! 🎶

Jeśli komuś za mało, to tutaj link: https://www.youtube.com/watch?v=m2vyjidAYfs&list=RDm2vyjidAYfs&start_radio=1.


O czym jest Most na rzece Kwai?

Jej akcja rozgrywa się w roku 1943 w birmańsko-tajlandzkiej dżungli, w obozie jenieckim kontrolowanym przez Japończyków, usytuowanym nad tytułową rzeką. Historię streszcza blurb wydania: „Angielscy jeńcy wojenni w obozie zarządzanym przez pułkownika Saito mają w krótkim terminie wybudować most, którym ruszą japońskie transporty. Saito gardzi Anglikami, lecz natrafia na silny opór ze strony pułkownika Nicholsona, staromodnego brytyjskiego oficera, dla którego realizacja zadania staje się obsesją. Tymczasem brytyjscy agenci z jednostki Force 316 zrobią wszystko, by zburzyć obiekt o strategicznym znaczeniu”.

Most wznoszono nad szeroką, stromą rzeką: Kwai mierzy 400 stóp i płynie między wysokimi brzegami. Konstrukcja opiera się na 4 rzędach filarów, a przy jej budowie pracuje 500, może 600 ludzi – wychudzonych, chorych, pozbawionych sił. Panuje głód, panoszą się tropikalne choroby (beri-beri, malaria), a ciała więźniów pokrywają otwarte rany i owrzodzenia. Warunki pracy są nieludzkie, a za nieposłuszeństwo grożą niebywale surowe kary, włącznie ze ścięciem głowy. Praca w takich warunkach to „najohydniejsza zbrodnia” [115].

Most – ten fizyczny, inżynieryjny projekt – wyrasta w powieści na symbol celu, honoru, samozaparcia. Dla płk. Nicholsona jego wzniesienie to nie tyle przymus, ile sprawa prestiżu i „ucieleśnienie niezłomnego ducha”. Chce, by w nim „wprawne oko mogło od razu – w dowolnym zakątku świata – rozpoznać europejski kunszt i anglosaską dbałość o wygodę” [126].

Szybko staje się jasne, jaka zasada buduje świat powieści. Jest nią zestawienie ze sobą dwóch bohaterów zbiorowych: Brytyjczyków i Japończyków, czy mówiąc inaczej: skontrastowanie dwóch cywilizacji: zachodniej i azjatyckiej. Ten dualizm cywilizacyjny przenika całą strukturę powieści – od poziomu idei po detale codziennego życia w obozie. P. Boulle wyraźnie kontrastuje dwa porządki: zachodni – racjonalny, uporządkowany, oparty na planie i precyzji, oraz wschodni – empiryczny, improwizowany, „barbarzyński” w języku bohaterów. Prym, co znaczące, przyznany zostaje cywilizacji zachodniej.

I tak.

W świecie Zachodu budowanie mostów to dziedzina rozumu. Narrator podkreśla, że „taka realizacja wymaga szczegółowej znajomości reguł a priori, a owa umysłowa twórczość, poprzedzająca materialne dzieło, jest jedną z największych zdobyczy zachodniego geniuszu” [75]. Most nie powstaje z przypadku; jest rezultatem przemyślanego projektu, obliczeń i inżynieryjnej wiedzy.

Pułkownik Nicholson pragnie właśnie tę przewagę zamanifestować. Chce „wcielić swą wiedzę w dzieło mające wykazać wyższość świata Zachodu, zbudować most, który udźwignie japońskie pociągi w ich triumfalnym będzie ku Zatoce Bengalskiej” [78]. Budowa staje się więc nie tylko zadaniem technicznym, ale aktem cywilizacyjnego współzawodnictwa – niemal pokazem siły kultury.

Obraz ten pogłębia scena z kapitanem Reevesem, który „gdy przychodził z planem, linijką, poziomicą i innymi własnoręcznie wykonanymi przyrządami i ślizgał się już nad powierzchnią wody na chwiejnym rusztowaniu, chcąc dokonać pomiarów, a za nim szedł mały japoński inżynier, który nie odstępował go na krok, naśladował wszystkie jego gesty i z poważną miną zapisywał liczby w notesie” [121]. Zachód działa, Wschód – kopiuje. Jeden planuje, drugi przygląda się i notuje. Pierwszy uczy, drugi się uczy. Zupełnie jak Robinson Crusoe uczył Piętaszka tego, co kulturalne, cywilizacyjne. 

Symboliczna szczoteczka do zębów, o której wspomina się na str. 129 powieści, przedmiot oczywisty w codzienności Brytyjczyków, a w realiach wschodnich niekoniecznie znany, dopełnia obrazu cywilizacyjnej różnicy. Chciałoby się powiedzieć: przepaści między tymi dwoma światami.

Z kolei cywilizacja azjatycka, reprezentowana przez Japończyków, zostaje w powieści przedstawiona jako pozbawiona planu i inżynieryjnej precyzji. „Nie ma żadnego porównania między tym, co uważa za most cywilizacja, a użytkownikami rusztowania, jakie japońscy żołnierze przyzwyczaili się wznosić na kontynencie azjatyckim” [74] – czytamy. Konstrukcje wznoszone przez Japończyków to plątanina belek i desek, bez żadnego projektu i z „całkowitą pogardą dla założeń mechaniki statycznej” [75]. Ich metoda to „prymitywny empiryzm” [75], a w najlepszym wypadku „bezładny empiryzm” [78].

W tych warunkach ambicje Nicholsona nabierają wymiaru misji cywilizacyjnej. „Chodzi o to, by wykazać tym barbarzyńcom naszą wyższość. Zdaję sobie sprawę z trudności w tym zagubionym kraju [ma na myśli Tajlandię], gdzie brakuje środków, za to wynik będzie tym bardziej godny pochwały” [76] – mówi. Jego słowa brzmią jak manifest imperialnego przekonania o wyższościowej misji Zachodu: uporządkować, nauczyć, narzucić wzorzec.

Oj, zaczyna się robić niepoprawnie…


Czekając na politpoprawnych interpretatorów

W Tunezji było ok. 26 st. C. Pogoda różnorodna: upalnie i gorąco, wietrznie i deszczowo. Ciało mogło odpocząć i radować się. Sporo Polaków, Rosjan, Serbów, Czechów, Francuzów, byli nawet Portugalczycy. Leżałem nad basenem, czytałem książkę Francuza Pierre’a Boulle’a (pomyślałem, by sięgnąć po jego inną znaną: Planetę małp) i w kontekście różnic cywilizacyjnych rozmyślałem o relatywizmie kulturowym i o poprawności politycznej

Nic tylko czekać, aż po Most na rzece Kwai sięgną politpoprawni interpretatorzy – strażnicy dobrego smaku, moralnej czujności, antropologicznej czystości. Sięgną i będą komentowali nie tyle z literackiej potrzeby, ile z obowiązku tropienia ideologicznych zanieczyszczeń: rasizmu, ksenofobii, nierówności kultur, dyskryminacji cywilizacyjnej i innych narzędzi służących do dyscyplinowania człowieka, a stworzonych przez demokrację liberalną. Pragnę zauważyć, że wznowiona przez ArtRage powieść Pierre’a Boulle’a subtelnie wpisuje się w ten typ współczesnych napięć. A może raczej: przemyca znaki tych napięć. Dzieje się tak za sprawą… tłumacza. Obiecałem, że nawiążę do niego – i oto nawiązuję!

Trop pojawia się w jego przypisie. Tłumacz, komentując zawartą w pierwszym akapicie powieści problematykę (to ciąg pytań retorycznych, z którymi zostawia nas, czytelników, autor), pisze tak:

Pomimo tych dalekowzrocznych hipotez autor nie ustrzegł się powielania rasistowskich klisz, rozpowszechnianych w czasie pisania Mostu na rzece Kwai. Dalej w powieści określa ludzi Wschodu mianem ‘barbarzyńców’, ‘dzikusów’, ‘małp’, choć chciałoby się wierzyć, że czasem jest to tylko ironia wobec tego rodzaju dyskryminujących uprzedzeń”.

Drugi trop znajdziemy w przypisie na stronie 94 – tu też ujawnia się wrażliwość ideologiczna Tłumacza: „Określenia ‘barbarzyńcy’, ‘dzikusy’, ‘małpy’ w odniesieniu do Japończyków nie obudziły czujności peerelowskich cenzorów, można jednak przypuszczać, że przesadne wychwalanie „zachodniego geniuszu” spotkało się z ich reakcją, w pierwszym polskim przekładzie powieści Boulle’a brak bowiem ostatniego zdania tego akapitu” (w kolejnym i kolejnym przypisie wskazuje 2 dodatkowe akapity nieobecne w peerelowskim wydaniu Mostu). Zdanie, o którym mowa, brzmi: „Tylko ostateczny rezultat poruszał jego [płk. Nicholsona] umysł, symbolizując i kondensując w żywą strukturę ciężki trud i niezliczoną ilość doświadczeń zebranych podczas stuleci przez rasę wznoszącą się ku cywilizacji” .

Podsumujmy zatem, co się tu właściwie wydarzyło.

Polski tłumacz zwraca uwagę, że peerelowscy cenzorzy nie byli zbyt cenzorscy w odniesieniu do „barbarzyńców”, „dzikusów” i „małp”. 

Polski tłumacz zauważa, że Pierre Boulle z przesadnym entuzjazmem wypowiada się o dorobku cywilizacji łacińskiej. 

I że zbyt jednoznacznie i niepochlebnie sportretował jej wschodniego antagonistę.

Czymś fatalnym jest nieuwzględnianie zdań czy akapitów dzieła literackiego tylko dlatego, że są one niezgodne z linią Partii czy duchem czasów, w tym wypadku czasów komunistycznych (pierwsze polskie wydanie Mostu na rzece Kwai pochodzi z 1959 r., przekład: Juliusz Kydryński). Ale równie fatalnym jest podawanie czytelnikowi subiektywnych interpretacji tłumacza. Uważam, że jego zadaniem – zadaniem tłumacza – nie jest traktowanie czytelnika jak uczniaka do dyscyplinowania. Niech interpretacje rodzą się w czytelniku, a nie w subiektywnym przypisie! Niech czytelnik sam myśli, waży i ocenia. Niech prowadzą go własne rozum i wrażliwość!

A nie że jest batożony epitetami w stylu „rasistowskie klisze”, dyskryminujące uprzedzenia”.

Zresztą, w powieści powraca deklaracja pułkownika Saito, komendanta obozu: „Nienawidzę Brytyjczyków”. Czy nie jest to, Panie Tłumaczu, przejaw – gdy już tak ochoczo posługujemy się pojęciami z dziedziny poprawności politycznej – mowy nienawiści, ksenofobii, rasizmu? Ten miecz przecież ma dwa ostrza i rżnie równo, demokratycznie.

Było gorąco, leżałem nad basenem, a porównanie z Sienkiewiczem nasunęło się automatycznie. Znaleźli się, znajdują się i z całą pewnością będą się znajdowali interpretatorzy spod znaku poprawności politycznej, którym przeszkadza wizja świata – taka, jaką autor widział, czuł i opisał. W pustyni i w puszczy to przykład niemal podręcznikowy. Trylogia – pisana „ku pokrzepieniu serc”, a więc ku ukojeniu zbolałej duszy, celebrująca polskość, historię i zwycięstwa – także. Nie raz i nie dwa spotykałem się z krytycznymi głosami nauczycielek języka polskiego, które kwestionowały obecność Sienkiewicza w kanonie lektur szkolnych. Tylko dlatego, że jest niemodny. Że niepoprawny politycznie. Jedna z nich powiedziała: „Trylogia Sienkiewicza jest niebezpieczna” – w domyśle: niebezpieczna w kształtowaniu postaw i wrażliwości młodego człowieka.

Cóż, jak widać, niebezpieczne jest wszystko, co wymyka się filtracji ideologicznej, wszystko, co nie pasuje do aktualnej tabelki z wartościami.

Odłożyłem Boulle’a i poszedłem przejść się po tunezyjskiej plaży. Wspaniały peeling dla stóp.


Ups!

Jakieś 1000 słów temu przywołałem cytat: taka realizacja wymaga szczegółowej znajomości reguł a priori, a owa umysłowa twórczość, poprzedzająca materialne dzieło, jest jedną z największych zdobyczy zachodniego geniuszu”. Nie jest to tylko pochwała zachodniego inżynieringu. W tle pobrzmiewa echo jednej z najstarszych zasad cywilizacji, zasady, którą już Sokrates uznawał za fundament myślenia i działania. To właśnie on domagał się, by rozmowa miała strukturę sensu, by nie była pustym trajkotaniem, lecz drogą dochodzenia do prawdy. Nie należy mówić rzeczy, których się nie rozumie; nie warto wyważać otwartych drzwi – lepiej szukać tego, co naprawdę istotne; porządek myślenia musi poprzedzać porządek działania.

Tak. Najpierw należy pomyśleć, zanim się cokolwiek uczyni. Najpierw refleksja, potem czyn. Najpierw „umysłowa twórczość”, dopiero potem „materialne dzieło”.

„Alku, ty najpierw pomyśl, potem rób” – mówi jeden z bohaterów mojej powieści. 

Co?

Ups! 

Czy ja właśnie napisałem „mojej powieści”?

🤭

Tak, tak napisałem. Nie dla poklasku, nie dla innych. Napisałem dla siebie – dla własnej satysfakcji, dla tej chwili twórczej jasności. By wyrazić radość, wdzięczność, pewien rodzaj wewnętrznego uniesienia i wyczekiwania, które powodują mną na kilkanaście (?) tygodni przed tym, co się nazywa debiutem prozatorskim. Ale nic więcej powiedzieć nie mogę, nie chcę.

Czasem mam wrażenie, że światło nowin przedziera się przez szczeliny rzeczywistości. Blogowej rzeczywistości. Tak jest właśnie w tej chwili. Jak w Światłości w sierpniu Faulknera.

Być jak John Rambo

Staś Tarkowski, Andrzej Kmicic, Michał Wołodyjowski – choć w tej opowieści nie wymienieni z nazwisk, a jedynie pomyślani przeze mnie w kontekście wcześniejszych okołopolonistycznych rozważań – zdołali na trwałe zająć miejsce w wyobraźni polskiego czytelnika. Wyobraźnię widza europejskiego, a nawet światowego, bez wątpienia zapłodnił John Rambo. I przywołuję go tu całkiem świadomie, ponieważ w Moście na rzece Kwai odnajduję przynajmniej 2 punkty styczne z tym amerykańskim superbohaterem.

Po pierwsze.

Postawa agentów jednostki Force 316 – pułkownika Greena, majora Shearsa, kapitana Wardena i podchorążego Joyce’a – budzi szczery podziw. Ich fizyczna sprawność, odporność psychiczna, a także precyzja i inteligencja zasługują na najwyższe uznanie. To nie są zwykli żołnierze. To superbohaterowie – z tej samej półki, co Kmicic, Wołodyjowski, Batman, James Bond czy właśnie Rambo. Oto krótki opis dokonań najmłodszego z agentów:

Joyce był u kresu sił. Shears uświadomił to sobie, gdy zobaczył, jak idąc do łóżka, podchorąży słania się na nogach. Po trzecim dniu, który spędził na wypatrywaniu, leżąc na brzuchu w zaroślach, nocą wyruszył w drogę powrotną i wrócił do kwatery, maszerując bez przerwy, zatrzymując się tylko po to, żeby coś zjeść. Nawet Tajowie z trudem znosili tempo, jakie im narzucił. A teraz z podziwem opowiadali o tym, jak młodemu białemu człowiekowi udało się ich zmęczyć” [118].

Joyce jawi się tu jako figura cichego bohatera – przekracza granice ludzkiej wytrzymałości, nie dla rozgłosu, lecz w imię misji. W jego sylwetce spotykają się dwa archetypy: klasyczny etos rycerski i nowoczesna fantazja o „człowieku niezniszczalnym”. Takie postaci nie tylko fascynują – one kształtują wyobraźnię czytelnika, wzmacniają mit skuteczności, sił, determinacji.

A po drugie.

W pewnym momencie narrator mówi o Reevesie: „Zawsze marzył o podjęciu wielkiego dzieła z dala od udręki administracyjnych wymogów, nieustannych zastrzeżeń urzędników, którzy oczekiwali, by się przed nimi tłumaczył, pod pretekstem niezbędnych oszczędności rzucali mu kłody pod nogi i unicestwiali jego wysiłki mające na celu stworzenie czegoś oryginalnego” [77].

W gruncie rzeczy myśl ta sprowadza się do jednego: pragnienia pracy wolnej od zbędnego biurokratycznego nadzoru. Paradoksalnie to właśnie w nieludzkich warunkach birmańsko-tajlandzkiej dżungli – daleko od cywilizacji, ale też daleko od cywilizacyjnych blokad – Reeves zyskuje możliwość realizacji tej wizji.

Podobną emocję – niechęć do, żę tak to ujmę, „papierowego państwa”, do wszechpotężnej biurokracji – wyraża scena z filmu „Rambo II”. Po zakończonej sukcesem misji ratunkowej Rambo wraca z jeńcami do bazy i staje twarzą w twarz z Murdockiem, urzędnikiem CIA, który wcześniej cynicznie sabotował akcję. Otoczony dokumentami, sprzętem i raportami, Murdock ucieleśnia system: bezosobowy, nieodpowiedzialny, ślepy.

Rambo nie wymierza sprawiedliwości wprost – nie zabija człowieka, który wydał rozkazy, lecz chwyta karabin i rozstrzeliwuje komputery, szafki, regały, papiery. To symboliczny akt zemsty na systemie – fizyczne zniszczenie biurokratycznego świata, który zdradził tych, którzy naprawdę ryzykowali życie.

Zarówno Reeves, jak i Rambo stają się więc figurami twórczego (lub destrukcyjnego) oporu wobec systemowego absurdu. Jeden próbuje coś zbudować mimo niewystarczających narzędzi (ale w kontekście wolności od biurokratycznego skrępowania), drugi – zniszczyć to, co samo w sobie jest przeszkodą. W obu przypadkach ujawnia się egzystencjalne pragnienie działania autentycznego, nieskrępowanego, wyzwolonego spod jarzma formalności.

Kończ, waść!

Będąc na urlopie w gorącej, ale temperaturowo znośnej, Tunezji, gdzie języki Morza Śródziemnego lizały plażę, skończyłem czytać Zew mężobójcy Jamesa Jonesa; przeczytałem Wojnę Louisa-Ferdinanda Céline’a oraz Most na rzece Kwai. Były to wspaniałe, cenne doświadczenia czytelnicze. Wniosły w moją myśl i wrażliwość coś istotnego – mieszankę niepokoju, zachwytu, obrzydzenia i podziwu. 

Zostały we mnie obrazy urlopowiczów z Polski, Rosji, Serbii, nawet Portugalii; okopany umysł pułkownika Nicholsona, samotna furia Rambo. A w tle – niezmiennie – ta sama, dobrze znana melodia. Zanucę ją raz jeszcze, posłuchajcie:

🎶 Fiuu fiuu! 🥁 Fiuu fiu 🥁 fiu fiu fiu 🥁 Fiuuuu! 🎶

Niech jeszcze chwilę wybrzmiewa, zanim wrócę do polskiej rzeczywistości.