2.29.2024

„Panna Nikt” Tomka Tryzny, czyli podróż mentalna

 Powieść ta istniała w mojej świadomości od lat. Intrygował mnie tytuł – Panna Nikt. To dobry tytuł, tajemniczy, zachęcający. Tym chętniej po tę powieść sięgnąłem, bo ukazała się w 1994 r., czyli wtedy gdy – mając lat 10 – czytałem komiksy, a nie żadne książki; czyli w ostatniej dekadzie XX wieku, dekadzie szczególnej i dla mnie sentymentalnej. Głośno było o tej powieści. Krytycy i recenzenci toczyli spory, sam Czesław Miłosz poświęcił jej uwagę, nazywając ją w jednym ze swoich szkiców „pierwszą prawdziwie postmodernistyczną polską powieścią”. Miałem nosa do Panny Nikt, ponieważ odkryłem treści, które mnie interesują.


A opowiada ona o dojrzewaniu 15-letniej Marysi Kawczak, która przychodzi do nowej szkoły na ostatnie 2 miesiące nauki (klasa 8). Akcja rozgrywa się w Wałbrzychu pod koniec lat 80. XX w. 

I cóż tam się dzieje?

Marysia najpierw zaprzyjaźnia się z Kasią Bogdańską, potem z Ewą Bogdaj. Ta pierwsza jest dziewczyną o artystycznej duszy, zorientowaną filozoficznie i – że się tak wyrażę – mentalnie. 


Gdy schodziłyśmy z góry, Kasia opowiadała mi o tajemnicach ludzkiego umysłu. Mówiła, że świadomość człowieka to jakby kierowca ciężarówki z ogromną przyczepą, który nie wie, co znajduje się w tej przyczepie, ale nie może się zatrzymać i zajrzeć pod plandekę, więc musi jeździć po różnych okropnych wertepach i odgadywać po zachowaniach ciężarówki rodzaj ładunku, jego ciężar, i tak dalej. Więc trzeba ryzykować, a jednocześnie być bardzo ostrożnym, bo przecież w każdej chwili grozi nam katastrofa (Ks. I, rozdz. III).

- Jak to jest - mówię - że niektórzy ludzie są wariatami. 

- Są dwie szkoły - mówi Kasia. 

- Szkoły wariatów? - pytam, zdziwiona. Kasia śmieje się. 

- Nie. Chodzi o to, że niektórzy uważają, że jest to choroba o podłożu mechanicznym, a znów inni, że psychologicznym. Jak osobiście jestem za psychologią. 

- To znaczy, że co? 

- A to, że choroba psychiczna bierze się z myślenia, a nie ze zmian organicznych w mózgu (Ks. I, rozdz. III).

Kasia zmaga się z problemami psychicznymi, o czym później. Ukojenie przynosi jej komponowanie muzyki.

Druga dziewczyna – Ewa – pochodzi z bogatego domu, jeździ Yamahą, pije alkohol, po podstawówce planuje iść do liceum ogólnokształcącego. 

A Marysia to na razie Kopciuszek, nieopierzony kurczaczek. Troskliwie zajmuje się czworgiem swojego rodzeństwa, wspiera mamę i ojca górnika, który – gdy uzna, że trzeba – potrafi zbić ją pasem. Jest osobą religijną, chodzi do kościoła, spowiada się, modli. W Bogu znajduje ukojenie, a religijność jest dla niej wyznacznikiem moralności. Nie poddaje w wątpliwość porządku świata, jest podporządkowana woli dorosłych. 

Z tych 2 duetów – Marysia-Kasia, Marysia-Ewa – wyłania się obraz głównej bohaterki jako człowieka stającego się. Dziewczyna powoli zatraca swoją tożsamość i wyposaża się w tożsamość inną. Upodabnia się do przyjaciółek: ubiera się po cygańsku jak Kasia, stroi jak Ewa; pielęgnuje w sobie Pimpusia, podczas gdy Kasia – Dżigiego; raz jest Minką, raz Majką. Tę jej nową tożsamość mógłbym scharakteryzować jako szokującą, niemal obrazoburczą. Bo jak rozumieć plucie do kamiennej miseczki z wodą święconą, nazwanie swojej matki służącą albo wydanie rozkazu klęczenia przy śmierdzącym śmietniku? Kłamstwo w kontekście takich przemian wydaje się drobnym gestem, igraszką: „Trochę mi dziwnie, że tak mamusię okłamuję. Nigdy w życiu nie kłamałam, a teraz coraz częściej. Cóż, muszę kłamać, żeby być jak najwięcej z moją Kasią – mówi Marysia (Księga I, rozdz. III).

Tak, obserwujemy młodą dziewczynę, która zmienia się, kształtuje. Dziać się tak może w relacji z kimś, w konfrontacji z drugim człowiekiem. Kształt osoby rodzi się za pośrednictwem osób trzecich. 

A jednak tytuł powieści brzmi: Panna Nikt, więc zdaje się sugerować, że Marysia jest człowiekiem bez właściwości, nijakim, nic nieznaczącym. Tymi dwoma słowami charakteryzują ją Kasia i Ewa, ale czynią to w tonie lekceważącym, deprecjonującym, prześmiewczym. Lecz nawet nie do końca wiadomo, czy słowa te Marysia słyszy rzeczywiście, czy może są projekcją jej wyobrażeń (ekranizacja Andrzeja Wajdy nie pozostawia złudzeń: rzeczywistość empiryczna). Druga część powieści jest bowiem zaskakująca: Tryzna śmielej wprowadza wątki fantastyczne. Nie każdemu czytelnikowi fakt ten może się spodobać, niemniej czyni to powieść niejednoznaczną i niekoniecznie dedykowaną młodemu odbiorcy (pytanie, kto jest odbiorcą tej powieści, jest pytaniem zasadnym). Jeszcze mocniej niż dotychczas ujawnia się sfera oniryczna, świat śniony. 

Sen jest doświadczeniem psychodelicznym; psychodelicznym, czyli ujawniającym duszę. Z tych niekonkretnych, nieuchwytnych ujawniających zjawisk wyłaniają się pragnienia Marysi: pragnienie szczęścia i miłości. 

Wracam jednak do artystki Kasi, do Kasi mitomanki.

Ten, kto uruchamia zagadnienia związane z psychiką albo świadomie i śmiało żartuje z nich, czyni to nie bez powodu. Komunikuje bowiem w ten sposób ból życia wewnętrznego, ból duszy. Kasia – która „kiedyś powiedziała o sobie w żartach, że jest córką syreny i konika garbuska” czy która wyśmiewa się z miejscowej „wariatki”, powtarzającej „Pomoc drogowa? Pomoc gnojowa. Gnoja, gnoja” – wpisuje się w taki schemat. Kasia potrafi być agresywna (np. w czasie rozmowy z wychowawczynią), doświadcza wybuchów śmiechu albo napadów, które podobne są do epilepsji. Jakieś poszlaki prowadzą na terytorium schizofrenii albo – jeszcze bardziej – zaburzeń osobowości. Stąd ekscentryczny sposób ubierania się. Stąd głębokie pragnienie osiągnięcia poziomu mistrzowskiego na płaszczyźnie artystycznej i wiara w swój talent kompozytorski. A przede wszystkim jej głos wewnętrzny.


Wtedy wymyśliła sobie takiego małego chłopczyka. Nazwała go Dżigi i bawiła się z nim, a jak coś spsociła, to zawsze zwalała na niego. Później poszła do szkoły i zapomniała o nim. Zaczęła też grać na fortepianie w szkole muzycznej i okazało się, że jest cudownym dzieckiem. Gdy miała dziewięć lat, skomponowała swój pierwszy utwór, wszyscy się nim zachwycali. Mijały lata. Kasia coraz lepiej grała, komponowała coraz to lepsze utwory. Aż postanowiła, że zostanie największym kompozytorem w całej historii muzyki. I właśnie wtedy zaczęły się kłopoty. Siadała do fortepianu i czuła się pusta, nic jej nie przychodziło do głowy. Trwało to tygodniami i miesiącami. Zbrzydziła się fortepianem i muzyką, rzuciła szkołę muzyczną, była strasznie załamana .

(...)

Któregoś dnia, to było gdzieś tak dwa lata temu, miała sen. Przyśnił się jej śmieszny, bardzo brzydki chłopak o wielkich uszach. Powiedział, że ma na imię Dżigi i że to on był autorem wszystkich jej kompozycji i, jeśli ona chce, by komponował dla niej dalej, to musi wystarać się dla niego o sprzęt elektroniczny, bo fortepian to mu się dawno znudził. Kasia wyśmiała go w tym śnie i wygoniła za drzwi, ale, gdy obudziła się rano, napisała do tatusia długi list i już wkrótce dostała nowiutki syntezator i pieniądze na resztę potrzebnego sprzętu. 

I znów zaczęła komponować, i wychodziło jej to coraz lepiej. Ale też coraz częściej miała wrażenie, że nie jest sama w swoim ciele, że ktoś w niej siedzi i pomaga jej grać. Wtedy zrozumiała, że to Dżigi daje znać o sobie. Na początku był miły i bardzo go lubiła. Toczyła z nim w wyobraźni długie dyskusje o muzyce i o życiu, a także, dzięki niemu, potrafiła nawet przenikać cudze myśli. Nagle zaczął żądać od niej różnych dziwnych rzeczy. 

Pewnego razu rozkazał jej, że musi od tej chwili ubierać się jak Cyganka. A ona zawsze chodziła ubrana sportowo, w bawełnianych koszulkach i w dżinsach, i najbardziej ze wszystkiego brzydziła się Cygankami i ich kolorowymi szmatami. Więc nie posłuchała tego rozkazu, ale też natychmiast, od tego dnia, przestała mieć pomysły muzyczne. Siadała do syntezatora i grała jakieś swoje stare kawałki. No to poszła w końcu do krawcowej, zamówiła w miarę gustowny strój w stylu cygańskim, ubrała się tak, siadła do syntezatora... i nic. Usłyszała tylko chichot Dżigiego i jego słowa: nie ma Cyganki, nie ma muzyki, jest Cyganka, jest muzyka

Wtedy zrozumiała, że nie można go oszukać. Pojechała ze znajomym mamusi do taboru cygańskiego i kupiła od Cyganek całą kupę szmat z jedwabiu i kretonu w najohydniejsze wzorki na świecie. W domu je wyprała, obwiesiła się nimi jak choinka i w ciągu godziny skomponowała swoją najpiękniejszą suitę, którą Dżigi nazwał Cygańską księżniczką. Oznajmił jej także, że musi chodzić tak ubrana do końca życia” (Księga I, rozdz. III). 

Czy powieściowa Kasia jest wystarczająco utalentowana i będzie miała tyle szczęścia, aby osiągnąć w życiu sukces? Wybić się na polu muzycznym? Stać się, jak pragnie, największym kompozytorem w całej historii muzyki? Trudno na to pytanie odpowiedzieć, nigdy bowiem nie poznamy pełnej treści listu krytyka muzycznego z opinią o jej kompozycji. Osobiście skłaniam się ku odpowiedzi negatywnej, choć życzę jej jak najlepiej…. Wzrusza mnie ta bohaterka. Wzrusza mnie młody człowiek, którego toczy robak choroby psychicznej. 

Za sprawą narracji pierwszoosobowej, która ma oddać sposób myślenia 15-letniej Marysi, wzruszam się także. Wzruszam się, ponieważ język jej jest (zwłaszcza w Księdze I) językiem szczerym, uczciwym, prostym i przejmującym. I zastanawiam się, jaki będzie mój odbiór tej powieści za, powiedzmy, 20 lat? Czy poruszy mnie i wniesie nowe piękno tak, jak dzieje się to dzisiaj, w lutym 2024 roku? Za te 2 dekady będę człowiekiem innym, wyposażonym w kolejną wiedzę życiową, czytelniczą, mentalną. Mój stosunek do Andrzeja Wajdy, o którym wspomniałem w jednym z nawiasów, uległ radykalnej zmianie, gdy odkryłem, że urodził się w mieście, w którym urodziłem się ja, w Suwałkach! Jakże połechtał mnie fakt, że jego dom, tj. blok na terenie koszar przy ul. Wojska Polskiego 27, znajduje się jakieś 4 minuty piechotą od mojego domu rodzinnego. W latach 90. XX wieku, gdy recenzenci toczyli spory o Pannę Nikt, a widzowie szli do kin na ekranizację powieści Tryzny, nie miałem o tym pojęcia. Cóż mnie jakiś Wajda interesował? Dzisiaj inaczej patrzę na jego twórczość. 

Dzisiaj też niesłychanie podniecił mnie fakt, że muzykę do filmu zrobił Andrzej Korzyński, o którym – wydawało mi się – nie wiedziałem nic. Tymczasem człowiek ma na koncie wiekopomne dokonania. Zrobił muzykę m.in. do Akademii pana Kleksa z 1983 r., wymyślił Franka Kimono, skomponował arcypopularny singiel Mydełko Fa! Jednak wiem coś!

Soundtrack Korzyńskiego jest kapitalny! Fantastycznie oddaje urodę Panny Nikt i świetnie się go słucha! Dostępny jest tutaj.

Jakie są Wasze, jeśliście czytali, wrażenia z lektury pierwszej prawdziwie postmodernistycznej polskiej powieści? Albo z filmu, jeśliście oglądali? Albo – kto był w… Suwałkach?


2.03.2024

„Przemija postać świata” Hanny Malewskiej. Jakie piękne barbarzyństwo!

    Gdyby poszukać w sieci jakichś opracowań powieści Hanny Malewskiej Przemija postać świata (1954), nie znajdzie się ich wiele. A jest to powieść wielka i wspaniała, takoż wielce zapomniana czy raczej nieznana. Zupełnie niesłusznie i krzywdząco. Nie bez powodu od lat stoi w mojej biblioteczce i czeka na moment, gdy godny się stanę, by ją przeczytać. Doczekaliśmy się!



    Przemija postać świata przedstawia blisko dziewięćdziesięcioletni okres historii Italii (493-580), obejmujący koniec istnienia Imperium Rzymskiego i narodziny średniowiecza. Hanna Malewska odtwarza te czasy, zaczynając od momentu, kiedy Odoaker, germański przywódca, zostaje zamordowany przez Teodoryka, króla Ostrogotów. W narracji obserwujemy, jak zmiany w elicie władzy pociągają za sobą zmiany w życiu zwykłych ludzi – Goci wypierają Rugiów oraz Herulów i przejmują kontrolę nad terytorium, stając się nowymi władcami. Autorka ukazuje te wydarzenia z perspektywy pospolitych mieszkańców, którzy zmuszeni są dostosować się do kultury i prawa zdominowanego regionu, czyli przyjąć zromanizowany sposób życia. Przestają więc być częścią własnej historii.

    Nie tylko wątek historyczno-polityczno-wojenny jest treścią książki (sceny batalistyczne spod pióra pisarki są mistrzowskie!). Śledzimy sprawy ludzkie, gdzie na pierwszy plan wysuwają się dzieje nieudanego (zaaranżowanego przez Aureliusza Kasjodora) małżeństwa Gota Wizanda i Rzymianki Romuli, potem ich córki Ingundy. Zostanie ona osierocona przez matkę, a ojca pozna tylko z opowieści Kasjodora. Gdy podrośnie, zwróci się ku gockości, poślubi wodza Aligerna i wraz z nim opuści Italię, udając się na północ, za Alpy.

    Jest jeszcze drugi wątek miłosny: miłość wodza bizantyjskiego Belizariusza i Antoniny. Jest w końcu wątek religijny, w którym na plan pierwszy wysuwa się Benedykt z Nursji, założyciel zakonu Benedyktynów na Monte Cassino.

    Przemija postać świata nie jest łatwa w odbiorze. Wymaga cierpliwości, skupienia i przede wszystkim kompetencji czytelniczych. Ale po co i dokąd spieszyć się w trakcie lektury? Pozwólmy sobie zanurzyć się w piękną polszczyznę, którą ta powieść jest napisana; polszczyznę, gdzie barbarzyństwo przedstawiono w sposób… malowniczy, subtelny. Tutaj ból jest piękny, cierpienie malarskie. Tutaj środki wyrazu artystycznego nie są tak sugestywne i brutalne jak np. u Sienkiewicza albo Sapkowskiego (czy u Mika Waltariego – bom niedawno przeczytał Egipcjanina Sinuhe, którego także serdecznie polecam). Luźna kompozycja powieści z lukami i przemilczeniami, mowa pozornie zależna, monolog wewnętrzny – wszystko to i wiele więcej powoduje, że prozą tą delektowałem się. 

    Ta delektacja była doświadczeniem estetycznym, to już samo w sobie ma walor terapeutyczny. Ale powieść również uwrażliwia na Piękno; na Piękno zdegradowane. W rozdziale 1. tomu II (powieść składa się z 2 tomów: Pokój, Wojna) znajduje się epizod, którego lektura wręcz boli, a który przytaczam poniżej. Oto broniące Grobowca Hadriana oddziały zrzucają na barbarzyńskich Gotów arcydzieła antycznej rzeźby:


.
    Na miły Bóg, myślę sobie, nigdy wcześniej nie spotkałem się z barbarzyństwem tego typu! Niszczenie dzieł greckich, dzieł mistrzów Złotego Wieku! Myślę, że gdyby powieść H. Malewskiej znana była powszechnie, to rzeczony fragment byłby w polskiej literaturze kultowy!

    Natomiast w rozdz. VI tego samego tomu dostajemy jakże smutny obraz opuszczonego, splądrowanego Rzymu. Koty i wieprze potęgują wrażenie:



    Powyższe fragmenty są dramatyczne, a ja przekraczam granice czasu. Buduje się we mnie i wzmacnia poczucie więzi z historią i dziedzictwem cywilizacji łacińskiej. Taka perspektywa może być – i chyba jest – terapeutyczna, gdyż przypomina o Pięknie, które stworzyła Europa. O Pięknie, które ulega aktom barbarzyńskim. Począwszy od tomu II tak się dzieje cały czas. Bo przecież subtelna opowieść H. Malewskiej to nieustanny napływ na Półwysep Apeniński kolejnych ludów, ciąg wyniszczających, następujących jedna po drugiej bitew i panowania kolejnych wodzów zastępujących kolejnych. Nawet gdy po wojnie z Narsesem resztki Gotów wycofują się z Półwyspu Apenińskiego, to Italia ponownie oczekuje najeźdźców, tym razem barbarzyńskich Longobardów. Stanie się ona „znowu jak człowiek rozpięty na torturach, który nie może ani żyć, ani umrzeć”.

    W tym czasie (Epilog - „Ortografia”) – Kasjodor ma 93 lata – w założonym przez siebie klasztorze Vivarium, a klasztor ten funkcjonuje jako skryptorium, ów „brat świecki”, ów „ostatni Rzymianin” wraz ze swoimi skrybami przepisuje dzieła historyków i filozofów, m.in. Pocieszenie filozofii Boecjusza; on sam zaś pracuje nad Ortografią. Przedstawiona jest jego, ich heroiczna praca, służąca ochronie kulturowego dziedzictwa Romy, intelektualnego dorobku człowieka. To promyk nadziei w świecie zdegradowanym. 

    Przemija postać świata kończy się słowami:



    Dawno nie myślałem o tym, jak to się dokładnie stało, że dzieła myślicieli starożytnych przetrwały do naszych czasów, a przynajmniej do czasów Gutenberga. Za sprawą H. Malewskiej klapki się otwierają. To zasługa dziesiątek, setek, tysięcy imiennych i bezimiennych skrybów, którzy poświęcili całe lata i żywota swoje, by przez wieki przepisywać papirusowe itp. zwoje. Ludziom tym zawdzięczamy, że człowiek może się rozwijać, nauka pogłębiać, myśl ludzka doskonalić. Myślę więc, że Przemija postać świata jest niejako hołdem złożonym tym małym, nieznanym ludkom, które wykonywały swoją żmudną pracę, byśmy dzisiaj mogli poznawać Mądrość tych, którzy budowali cywilizację europejską. 

    Dziś weźcie nowe zwoje, bracia. Zaczynamy od początku” – powiada Kasjodor. W tych słowach, i w ogóle w zakończeniu powieści, wyczytuję pocieszenie, zachętę do aktywnego życia poprzez niekończącą się pracę nad kulturą, obietnicę odnowy i możliwość reaktywowania świata, który przeminął. Znajduję wartość pisania, którego celem jest zachowanie i przekazanie wiedzy. Tak, to bardzo pocieszające. I w końcu cieszy mnie, że podobną rolę pełni post, który już się kończy. Bo utrwaliłem w nim nazwisko Hanny Malewskiej (1911-1983) i jej wielkie, intelektualne dzieło Przemija postać świata.